1965
W powolnym, turystycznym tempie zwiedzałem Bliski Wschód: Liban, Syria, Jordania, Jerozolima. Na dziesięć dni przed trzecią sesją siedziałem wygodnie w fotelu w Jeru-salem Intercontinental, spoglądając przez szyby na światła Świętego Miasta i słuchając rock and roiła, granego przez czterech Arabów, którzy bardzo chcieli wyglądać jak Beatlesi.
Zacząłem czytać paryską edycję nowojorskiego „Timesa". Wielki nagłówek krzyczał: „Pogłoski o amerykańskim odwrocie. Nie będzie deklaracji o wolności religijnej". Artykuł Israela Shenkera zwracał uwagę na zakulisowe działania amerykańskich biskupów, w celu zastąpienia liberalnego dokumentu o wolnościach takim, który byłby do przyjęcia dla konserwatystów z Kurii.
Zdecydowałem się w jednym momencie. Był czwartek. Sobór nie obraduje aż do poniedziałku. W niedzielę wsiądę w poranny samolot i po południu będę już w Rzymie.
W niedzielę w porcie lotniczym zauważyłem Johna Car-reya. Próbowałem umknąć mu, ale mnie dojrzał i nie miałem żadnej szansy ucieczki. Tak się cieszy, że mnie widzi. Georgina podróżuje teraz razem z nim. Jej postawa wobec podróży zmnieniła się raptownie po urodzeniu Patsy. Dziś lecą prosto do Nowego Jorku. Nie mają czasu, żeby zatrzymać się w Rzymie. Odetchnąłem z ulgą. Polecimy różnymi samolotami.
John pociągnął mnie do sali odlotów, abym przywitał się z Georgina. Była szczuplejsza, bledsza i wyglądała znacznie starzej niż wtedy, gdy widziałem ją po raz ostatni, ale nadal
jej postać przyciągała pożądliwe spojrzenia mężczyzn. Była bardzo ugrzeczniona i chłodna. W jej oczach czaiła się nienawiść do mnie. Nie miałem wątpliwości, że pewnego dnia zapragnie się zemścić. Cieszyłem się, że Patsy nie jest moją córką.
10 listopada
Droga Maureen,
Muszę napisać do Ciebie właśnie teraz, właśnie dziś w nocy. Chodzi o dwie doskonałe wiadomości, którymi koniecznie chcę się z kimś podzielić. Otóż mianowano mnie przełożoną pielęgniarek na Oddziale Psychiatrycznym w szpitalu. A to oznacza więcej pieniędzy, więcej pracy, większy prestiż i więcej czasu spędzonego tutaj, co jest dla mnie miłą perspektywą. Oznacza to również, że odniosłam sukces, a to jest również bardzo ważne. Uczyniłam coś, co przysięgłam sobie w momencie, kiedy brałam pieniądze od Brennanów.
Druga wiadomość nie jest tak ważna. Nie, cofam to. Jest jeszcze ważniejsza. Wczoraj stwierdziłam, że ważę dokładnie tyle, ile ważyłam, kiedy miałam dziewiętnaście lat. Osiągnięcie tego było o wiele trudniejsze niż otrzymanie awansu w pracy. Musiałam jak nigdy przykładać się do swojego wyglądu. No i wreszcie spróbowałam włożyć stare sukienki... pasowały! Jestem taka szczęśliwa, że uczczę to chyba jutro koktajlem mlecznym.
Wiem już, że jestem w stanie dać sobie radę w życiu. Wkrótce przestanę korzystać z pieniędzy Brennanów i znajdę sposób, żeby im wszystko zwrócić. Nie chodzi o pieniądze — nie potrzebują ich ani nie przyjmą — ale o miłość.
To jeszcze nie koniec. Wciąż nie jestem sobą — brzmi to jak z podręcznika psychiatrii —jednak jestem na najlepszej drodze. Za rok lub dwa zacznę szukać dla siebie mężczyzny; nie dlatego, żebym kogoś potrzebowała, ale dlatego, że dobrze jest mieć kogoś obok siebie.
Przeczytałam kopie tych histerycznych listów, jakie Tobie posłałam po śmierci Tima. Jaka wspaniała jesteś, Maureen, że znosiłaś te żale płaczącego dzieciaka. Teraz czytasz pisaną w zupełnie innym tonie samoanalizę.
Szkoda, że nie ma mnie z Wami w Rzymie. Tak bardzo współczuję Patowi. Masz rację, znalazłby szczęście i zbawienie u Czterdziestu Męczenników i podczas niedzielnych kolacji z rodziną. Znalazłby również szczęście u boku jakiejś dobrej kobiety (nie mam na myśli Ciebie!). Nie sądzę, aby był w stanie samodzielnie sobą kierować, ale też martwią ninie wasze wzajemne bliskie stosunki.
Ostatnie zdania będą niewybaczalnie kołtuńskie. Wybacz mi, ale muszę je napisać.
Czuję się winna wobec Kevina. Był na oddziale ostatniego lata, a ja zachowałam się jak idiotka. Strasznie go nienawidzę. Wiem, że to jest dziecinne, ale przynajmniej jestem w stanie pisać o tym szczerze. Nienawidzę go, ponieważ chciałam, żeby porzucił stan kapłański i ożenił się ze mną. Może wciąż tego chcę? Winie Kościół za zrujnowanie mojego małżeństwa z Timem (Ty wiesz, że nie bezpodstawnie) i winie Kościół za to, że nie pozwala mi mieć Kevina. Nienawidzę Kevina za to, że pozwala Kościołowi stać na naszej drodze.
Czy to nie jest wystarczający powód do nienawiści?
A może kocham go tak bardzo, że każda myśl o nim sprawia mi ból? Coraz większy od czasu, gdy zrozumiałam, że gdyby był żonaty, nigdy nie mógłby uczynić dla mnie tego, co uczynił — sprawić, że znów żyję.
Módl się za mnie. Ja już się nie modlę, a przynajmniej usiłuję to sobie wmówić.
Kocham Cię Ellen
Samolot wystartował z opóźnieniem i z jeszcze większym opóźnieniem wylądował w Rzymie. Było niemal ciemno, kiedy dotarłem do stanowiska odprawy paszportowej. Wychodząc z budynku portu lotniczego, usłyszałem znajomy głos:
— Oho, śpieszymy do Rzymu na ostateczną rozgrywkę, co?
Był to Dermot McCarthy, niemalże wzór przystojnego Irlandczyka. Ostatnie dwa dni spędził na konferencji w Neapolu, jak mi powiedział, i teraz powracał na rapido.
— Ten twój Pat Donahue staje się ostatnio powszechnie znaną figurą — rzucił z szerokim uśmiechem.
— Naprawdę? — zapytałem głosem, który miał nie ujawniać emocji.
— Tak. Słyszałem właśnie od swoich przyjaciół z prasy brytyjskiej, że w jednej z niedzielnych gazet znajdzie się duży artykuł o tym, jak ogromną rolę odegrał w rozstrzygnięciu sporów na temat wolności religijnej.
— Nie wiedziałem, że zostały rozstrzygnięte.
— No cóż, nic nie zostało jeszcze rozstrzygnięte, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. — Mrugnął do mnie jednym okiem. Znaleźliśmy się w tłumie Włochów walczących o taksówki. — Ale mam powody, żeby wierzyć, że zostaną rozstrzygnięte jutro rano, dzięki dramatycznej interwencji jednego spośród waszych amerykańskich kardynałów.
Zawartość żołądka podeszła mi niemal do gardła.
— Nigdy nie licz na amerykańskich kardynałów — powiedziałem. — Tym bardziej na tego, który staje się nieodpowiedzialny po zmierzchu.
Dermot roześmiał się wesoło.
— Och, ojcze Kevinie, nie bądź taki przebiegły. Wiadomo mi także, że autor artykułu zamierza napisać o pewnej amerykańskiej rozwódce, która doskonale opiekuje się Patem. Co ty na to?
— Jestem pewien, że ten tekst będzie miał wielkie powodzenie — odparłem.
— Łączą ich bardzo bliskie stosunki, prawda? No cóż, zobaczymy, co się wydarzy.
Drżącą ręką Maureen po raz kolejny wykręciła ten sam numer telefonu. Siostra w Villanova odezwała się identycznym, zmęczonym głosem. Nie. Padre Brennana jeszcze nie ma. Tak, wraca dzisiaj, ale nie wiadomo, o której godzinie. Tak, oczywiście, można zostawić wiadomość. Jak brzmi pani nazwisko? Tak, tak, oczywiście. H-A-G-G...
Maureen odłożyła słuchawkę. Dobry Boże, Kevin, gdzie jesteś? Znów musisz nam pomóc.
Zaciągnęła mocniej wokół talii pasek płaszcza kąpielowe-vo. Drżała. W mieszkaniu było bardzo gorąco. Chłód tkwił yj niej samej.
Coś strasznego wydarzy się dziś wieczorem w restauracji Polesi. Boże, dlaczego ten Pat jest takim idiotą? Ten wstrętny nedal Martinelli używa go jako narzędzia w potwornym spisku. A Patowi zdaje się, że uratuje Kościół.
Kochali się po lunchu: spokojnie, powoli, czule, gdy niania była na spacerze z Sheilą. Pat i Sheila zostali dobrymi przyjaciółmi. Córeczka Maureen zdawała się weselsza i szczęśliwsza niż kiedykolwiek. Pat — zadziwiające — doskonale czul się wśród dzieci.
Gdy skończyli się kochać, Maureen zasnęla. Obudziły ją odgłosy ubierającego się Pata.
— Już idziesz? — zapytała ziewając.
— Dziś przy kolacji mam ważne spotkanie — odparł. A potem dodał: — Z kardynałem. — Mówił cicho, jakby zdradzał sekret. Naiwny. Ale wspaniały mężczyzna. Cóż za silne ramiona.
— Z którym? — zapytała, przeczuwając coś groźnego.
— Z Richardem kardynałem Cushingiem — odparł, zapinając koszulę.
— Nie wiedziałam, że znasz go na tyle dobrze, by jeść z nim kolację.
— Wcale go nie znam — stwierdzi! Pat, naciągając spodnie na silne, doskonale umięśnione nogi. — Ale to bardzo ważna kolacja w Polesi.
Nazwę restauracji zapamiętała niemal mechanicznie.
— Niezbyt eleganckie miejsce jak na kardynała — mruknęła.
— Takie spotkania nie mogą się odbywać w uczęszczanych miejscach — stwierdził Pat, wyraźnie zadowolony z siebie i swojego sekretu.
— Wolność religijna? — zapytała, starając się przybrać ton konspiratorski.
Tylko mrugnął do niej okiem, pocałował czule i wymknął się z mieszkania.
— Cholera jasna, Kevinie Brennan, gdzie jesteś? —
Dźwięk jej własnego glosu w pustym-mieszkaniu niemal ją przeraził.
— Proszę cię, dobry Boże, pomóż mi — modliła się rozważając równocześnie, czy Bóg zechce w ogóle słuch kogoś, kto żyje w świętokradczym związku.
Zatelefonowałem do mieszkania Maureen. Zajęte. Czekałem w budce, ignorując gniewne okrzyki i gesty Włochów, którzy również chcieli skorzystać z telefonu. Spróbowałem jeszcze raz. Tym razem telefon był wolny. Maureen niemal natychmiast podniosła słuchawkę.
— Kevin — powiedziałem. — Co u ciebie słychać, Maureen? Niemal płakała.
— Czy otrzymałeś informację w Villanova? — zapytała bez wstępów.
— Nie, telefonuję z hallu Grand Hotelu. Właśnie przyjechałem z lotniska.
— Czy zmartwiłbyś się, gdybyś się dowiedział, że Pat ma tete-a-tete z kardynałem Cushingiem w Polesi?
— Byłbym przerażony. Co się stało?
— Od kilku dni pracował nad czymś i był bardzo tajemniczy. Myślę, że chodzi o wolność religijną. Kevin, powstrzymaj go przed... nie wiem, przed czym, ale go powstrzymaj!
— Czy to jest naprzeciwko Chiesa Nuova?
— Tak. — Jej głos znów był silny i pełen ufności. — Na Piazza Sforza Caesarini, przed starą siedzibą Borgiów.
— Jeśli nie zatelefonuję do ciebie przed jedenastą, połóż się do łóżka i śpij. Możesz przyjąć, że mi się udało.
Odwiesiłem słuchawkę i przypomniałem sobie, że potrzebuję jeszcze jednego żetonu. Wyszedłem z budki, stanąłem w kolejce przed recepcją, aby go kupić, z kamienną twarzą przyjąłem spojrzenie recepcjonisty, mówiące, że jako osoba nie goszcząca w hotelu, nie jestem tu pożądany, i wróciłem do telefonów.
Wszystkie były zajęte. Jedna budka właśnie się zwolniła i zamierzała wejść do niej pierwsza w kolejce młoda, ładna
rzymianka. Wykorzystałem jej ślamazarność i ją uprzedziłem. Rzuciła w moim kierunku garść najgorszych włoskich przekleństw, ale umilkła, gdy obdarzyłem ją ostrym, zimnym spojrzeniem.
Telefon w Villanova dzwonił chyba bez końca. Wreszcie jakiś zniechęcony portiero podniósł słuchawkę i urażonym pronto dał mi do zrozumienia, że tylko głupcy telefonują do kogoś o piątej trzydzieści w niedzielę po południu.
Znów długie minuty czekałem, zanim swoje pronto wyrzekł John Murray.
— Tu Kevin Brennan. Pat Donahue będzie jadł kolację z Cushingiem w Polesi dziś wieczorem. Chcą dogadać się w sprawie wolności religijnej na jutro rano. Idź tam i jakoś przeszkodź Patowi.
— W porządku — odparł Murray krótko.
— Restauracja znajduje się na Piazza Sforza.
— Wiem. Dzięki, Kevin — odparł Murray i odłożył słuchawkę.
Otworzyłem drzwi i gestem zaprosiłem do budki młodą kobietę. Jej brązowe oczy Sophii Loren błyszczały z gniewu. Ukłoniłem się grzecznie i w łamanej włoszczyźnie przeprosiłem ją za swoje zachowanie. W pierwszej chwili zacięła się w złości, ale rude irlandzkie włosy rozmiękczają kobiece serca. W końcu uśmiechnęła się i zaakceptowała moje przeprosiny gestem ręki świadczącym, że wszystko jest OK.
Zaczaiłem się w barze na Corso Yittorio Emanuele. W miejscu tym można odnieść wrażenie, że czas zatrzymał się na roku 1935 i że za chwilę w drzwiach pojawi się osobiście Greta Garbo. Szybko wypiłem jedną czystą dużą whisky, a potem następną.
Po drugiej stronie ulicy przy pokrytych czerwonymi obrusami stolikach przed domem Borgiów siedziało tylko kilku klientów. Przy którymś z nich zauważyłem dwóch mężczyzn w sutannach; siwe włosy jednego mężczyzny lśniły w blasku lamp ulicznych. Najprawdopodobniej Pat miał mu wręczyć tekst deklaracji o wolności religijnej, który Martinelli szykował na jutro rano.
W duchu przekląłem Pata za dziecięcą naiwność, a Cu-
shinga za to, że daje się tak łatwo podchodzić od czasu, gdy opuścił bezpieczny Boston. Przeklinałem też swoich amerykańskich sprzymierzeńców za to, że się nie pojawiają.
Przekleństwa pomogły. Przy krawężniku zatrzymała się taksówka i wysiadło z niej pięć osób. Rozbrzmiał głośny, rubaszny śmiech. Zdawało mi się, że rozpoznaję potężną sylwetkę biskupa Johna Wrighta z Pittsburgha i wysoką, chudą postać Johna Murraya. Wyszedłem z baru, wsiadłem w taksówkę i pojechałem do Parioli. Z wściekłości zaciskałem zęby.
Czytałem gazety niemal do jedenastej, kiedy to dobre siostry zaczynają zamykać na noc drzwi wejściowe. Dopiero wtedy poszedłem do wspólnego pokoju. Murray i George Higgins przybyli dosłownie chwilę wcześniej, z szerokimi uśmiechami na twarzach. Murray dał mi znak, że wszystko jest w porządku.
Interwencyjne wystąpienie kardynała Cushinga zostało odwołane na jego prośbę, oświadczył szybko Felici. Słowa te przeszły niemal niezauważone w zalewie innych krótkich komunikatów.
A jednak Kuria wciąż prowadziła w rozgrywce. Na ostatniej roboczej sesji Soboru, przed przerwą w obradach, jeden ze współprzewodniczących ogłosił, że głosowanie nad dwiema deklaracjami, przewidziane w tym momencie, zostaje odłożone do następnej sesji.
Wśród soborowych ojców rozległ się szmer niezadowolenia. Meyer walnął pięścią w ławkę tak, że aż zatrzeszczała. Podbiegł do zastygłego w bezruchu Ottavianiego i pochylił się nad biednym starcem, jakby chciał go udusić. Ottaviani przyznał później wobec swych amerykańskich przyjaciół — szczerze, jak się okazało — że to nagłe zagranie Kurii kompletnie go zaskoczyło.
Wyszedł z bazyliki św. Piotra z głębokim niesmakiem, zniechęcony do Kościoła i papieża. Ten człowiek to katastrofa. Nigdy nie wykaże odwagi wtedy, kiedy sytuacja będzie tego wymagała.
Następnego dnia Maureen zawiozła mnie na lotnisko Fiumicino, znów ubrana w obcisłą, szarozieloną mini-su-kienkę. Pocałowaliśmy się serdecznie na pożegnanie.
— Jedno pytanie, Kevin — szepnęła mi do ucha, kiedy się rozstawaliśmy. — Co ty z tego masz?
— Jedna odpowiedź — odparłem. — Od czasu do czasu czuły pocałunek uroczej kobiety.
— Wygrałeś bitwę, ale przegrałeś wojnę — powiedziała ]Vlaureen z żalem.
— Meyer tak nie myśli. Uważa, że hałas, jaki narobiliśmy po odłożeniu głosowania, bardziej przestraszył papieża niż stanowisko Kurii. Utorowaliśmy sobie drogę. Deklaracja z całą pewnością zostanie przyjęta na końcowej sesji w przyszłym roku.
— Mam nadzieję, że się nie mylisz. Czy wiesz, że Pat nie szczędzi teraz peanów pochwalnych dla Meyera? Głośno mówi, że to największy współcześnie żyjący dostojnik Kościoła.
Ścisnąłem ramię Maureen i poprowadziłem ją do kolejki przed stanowiskiem kontroli paszportów.
— On ma rację, Maureen.
Wielki Holender nie doczekał smaku zwycięstwa. Umarł kilka miesięcy później na raka mózgu.
Tego samego dnia umarła dla mnie archidiecezja chicagowska.
Jeśli natomiast chodzi o Patricka Donahue, żył i miał się doskonale.
R 1966-1967
Patrick Donahue nalegał, żebym przyszedł na powitalną kolację do siedziby arcybiskupów. Było to na początku marca 1966.
— Niech to będzie ponowne pojednanie starych rzymian — nalegał. Nie bardzo wiedziałem, dlaczego podpadłem pod tę kategorię. Naszym nowym szefem został Daniel kardynał O'Neil, facet zbyt rubaszny i zbyt gadatliwy.
— Cieszę się, że cię widzę, Kevin — powiedział, waląc mnie otwartą dłonią w plecy. Był wysokim, przypominającym trochę stracha na wróble mężczyzną, o małej głowie, okolonej prostymi, brunatnymi włosami. — Zawsze ceniłem twojego ojca i jego pracę — dodał.
Był w stanie powiedzieć kilka słów o każdym ze swoich gości, wykazując, że wzbudzamy jego zainteresowanie. Sprawiało to na mnie wrażenie do momentu, gdy zrozumiałem, że wszystkie informacje wykuł na pamięć po przedstawieniu mu ich przez Pata przed spotkaniem.
O'Neil wprowadził swobodny nastrój, osobiście przyrządzając i podając drinki. Najpierw serwowano alkohol, a dopiero potem podany został bardzo wyszukany obiad. Konwersacja nie była ani poważna, ani zbyt ożywiona; opowiadano głównie najnowsze kościelne plotki i rozmawiano o rzeczach zupełnie bez znaczenia. Kiedy wniesiono czerwone wino i podano pachnące befsztyki, wszyscy zajęli się jedzeniem.
Wypiłem jednego Jamesona i jedną szklaneczkę białego wina. O'Neil zafascynował mnie w sposób, w jaki pająk fascynuje muchę. Z jego ust dobywał się istny huragan słów,
dudniąc, brzęcząc, dzwoniąc natarczywie, słów niby przypadkowych, a jednak wkrótce zauważyłem, że niemal zawsze zahaczających o samego arcybiskupa.
— Jak się ma twój proboszcz, Larry? — zapytał jednego z młodych „rzymian". — Dużo pije?
Niedawno wyświęcony chłopak zawahał się, ale udzielił arcybiskupowi takiej odpowiedzi, jakiej ten oczekiwał.
— Nie, ekscelencjo. Jak ekscelencja wie, proboszcz był kiedyś kapelanem wojskowym. To człowiek o żelaznej samodyscyplinie.
— Sam nigdy nie służyłem w wojsku. — Arcybiskup przełknął spory kawałek mięsa. — A jednak dobrze poznałem kapelanów, kiedy pracowałem w Sekretariacie Stanu, drzwi w drzwi z monsiniorem Montinim, naszym obecnym papieżem. Po wojnie spędziłem trochę czasu w Berlinie. Wylądowałem na Tempelhoff w pierwszym DC-6 po poddaniu miasta. Pomagałem organizować most powietrzny. Jak wiecie, Rzym odegrał w tym istotną rolę. Szczegóły nigdy nie ujrzały światła dziennego. Cóż, przyjdzie ludziom poczekać na moje pamiętniki, przypuszczam. — Skończywszy jeść, wychylił duszkiem wielki kielich czerwonego wina.
Dokładnie przyjrzałem się arcybiskupowi. Pierwszy DC-6 wylądował w Europie dopiero kilka lat po wojnie. Kiedy w 1948 roku organizowano pomoc lotniczą dla Berlina, O'Neil był już kanclerzem w Paterson, w stanie New Jersey.
— Spodobał ci się Rzym, Kevinie?
— Cóż, najważniejsze dla mnie było to, że podczas czwartej sesji przeszła wreszcie deklaracja o wolności religijnej. To ma duże znaczenie dla naszego kraju.
— Gdybym tylko mógł ci opowiedzieć całą prawdę, jak ciężko musieliśmy walczyć, żeby do tego doszło — arcybiskup kontynuował, sięgając po kolejny befsztyk ze stojącego przed nim wielkiego talerza. — Czy uwierzysz, że niektóre z tych rzymskich kanalii pod koniec trzeciej sesji chciały namówić biednego Cushinga, zebu zaproponował alternatywny tekst? Ciężko było, ale nie dopuściliśmy do tego. Poprzedniego wieczoru wykonałem kilka telefonów do
przyjaciół Cushinga, żeby go od tego odwiedli. A dużo nie brakowało, mówię ci.
Czy wiedział, że to ja zatelefonowałem do Murraya? Niemożliwe. Usłyszał więc historię, jak powstrzymano Cushinga, a sam mianował się jej bohaterem.
Pat jadł swój befsztyk nie podnosząc wzroku.
Postanowiłem przeprowadzić mały eksperyment.
— Z pewnością dokonali tego ci spośród was, którzy p0 południu poszli z petycją do papieża po tym, jak Kuria zablokowała głosowanie na zakończenie trzeciej sesji.
Pat spojrzał na mnie i zrobił minę, jakbym przybył co najmniej z Marsa. O'Neil tego dnia nie kiwnął nawet palcem. W rzeczywistości zniknął nie wiadomo gdzie, kiedy kardynał Meyer go szukał, aby podpisał petycję.
O'Neil chwycił przynętę.
— Naprawdę, niewiele brakowało, Kevin. — Wlał w siebie kolejną porcję wina. — Gdybym nie nalegał na sporządzenie tej petycji, konserwa wygrałaby. W ciągu kilku godzin wykonaliśmy ogromną pracę. I muszę ci coś powiedzieć: wyraz twarzy papieża świadczył o tym, że jest zadowolony. Daliśmy mu po prostu siły, których potrzebował, żeby postawić na swoim. Powiedział do mnie...
Nie słuchałem dalej. Nie mogłem już strawić tych bzdur.
Pat nie wyglądał na zbyt szczęśliwego, kiedy żegnał mnie przy drzwiach.
— To naprawdę wspaniały człowiek, Kevin — powiedział. Jego oczy błagały, abym potwierdził.
— Gówno — odparłem.
5 marca 1967
Znalazłam mężczyznę. Jest idealny... no, może nie do końca, ale wiele mu nie brakuje. Jest psychiatrą i — czy wyobrażasz sobie, co powie moja rodzina? — jest Żydem.
Jest wysoki (cóż, przynajmniej w porównaniu ze mną), ma kręcone, ciemne włosy i szarą, pociągłą twarz — wygląda jak asceta ze Starego Testamentu, tylko nie ma brody. I ma takie bardzo łagodne, brązowe oczy.
Nie obchodzi mnie, czy się ze mną ożeni, czy też nie. Co więcej, ja nie chcę wyjść za niego, przynajmniej na razie. Jeszcze przez kilka lat pragnę odgrywać rolę grzesznej wdówki, żeby zobaczyć, jak to jest.
Twój przyjaciel Pat jest teraz ważnym człowiekiem w Kościele w Chicago. Ale wyglądał strasznie na pogrzebie swojego ojca w lutym. Wynędzniały, zmęczony, nerwowy...
Będę Cię nadal informowała o moim psychiatrze.
— Czy kiedykolwiek myślałeś o małżeństwie, Kevin? To znaczy, czy rozmyślałeś o jakiejś kobiecie i o tym, że byłoby ci z nią bardzo dobrze?
Joe Herlihy, starszy brat Marty'ego, drżał w zimnych podmuchach marcowego wiatru. Znajdowaliśmy się na cmentarzu na Mount Olivet. Właśnie powierzyliśmy ziemi ciało Anny Prindeville, urodzonej w County Galway, w Irlandii, przed sześćdziesięciu laty. Jej syn, Tom, o czerwonych, zapłakanych oczach i twarzy ściętej przez ból, odebrał księgę z rąk kapłana tutejszej parafii i sam czytał modlitwy pogrzebowe; ostatnie błogosławieństwo Kościoła dla jego matki. Żona Toma zaciskała kurczowo ręce i głośno mu odpowiadała. Reszta zgromadzonych przyłączyła się do rytuału, mniej lub bardziej zdając sobie sprawę, że uczestniczy w swego rodzaju rebelii. Nawet Joe Herlihy, wicekanclerz i członek świty kardynała, odmawiał modlitwy.
— Od czasu wyświęcenia, masz na myśli? — zapytałem wicekanclerza. — Do cholery, nie, Joe. Byłem zbyt zajęty. Joe potrząsnął głową.
— Pytałem, czy kiedykolwiek, Kevin. Czy żyje na świecie kobieta, która mogłaby zostać twoją żoną?
Zacząłem zastanawiać się, czy Joe, doprowadzony niemal do histerii przez naszego lunatycznego kardynała, myśli o opuszczeniu stanu kapłańskiego. Rozpoczęliśmy drogę powrotną do samochodów, wśród grobów, w padającym mokrym śniegu, który natychmiast topił się na brunatnej glebie cmentarza.
— Kiedyś była taka jedna — odparłem szczerze. Szliśmy dalej w milczeniu, tylko zmrożony piach chrzęścił p0H naszymi stopami.
— Czy zastanawiałeś się, jak by ci się z nią żyło? Nie chciałem kontynuować tej rozmowy.
— Dla niej byłoby to piekło, niestety. Moja siostra Mary Ann, twierdzi, że nie stanowiliśmy dobranej pary.
— Tej wiosny papież opublikuje encyklikę o celibacie' najpierw jednak o sprawach społecznych, liberalną. O celibacie będzie druga z kolei, ściśle trzymająca się dotychczasowego kursu. Pat mówi, że po Pawle VI nie można się niczego innego spodziewać.
— Nie potrzeba mądrości twojego szefa, żeby dojść do tego wniosku — westchnąłem. Pokonaliśmy mały pagórek, będący granicą cmentarza, i podeszliśmy do samochodu Joego. — To bardzo łatwe: być liberałem, jeśli chodzi o sprawy dziejące się na zewnątrz organizacji i być konserwatystą wobec samej organizacji. Nie potrzeba do tego żadnej odwagi.
— A co ty osobiście o tym sądzisz? Twoje środowisko każe ci mieć inną opinię na ten temat. — Joe otworzył mi drzwiczki swojego czarnego pontiaka.
— Dlaczego muszę mieć jakąś opinię? Nie wiem, co mam sądzić na ten temat. — Wsiadłem do samochodu i z wściekłością zatrzasnąłem drzwiczki.
Joe uruchomił silnik i cierpliwie czekał, aż samochody przed nami włączą się do ruchu na 111. Ulicy. Niebo było szare. Prognozy pogody zapowiadały obfite opady śniegu. Zrobiło mi się przykro, że byłem szorstki wobec Joego. Miał wiele problemów na głowie: szalonego kardynała, no i Pata, pięć lat młodszego od niego, poza jego plecami mianowanego kanclerzem. Nie wspomnę już o rozpadającej się w oczach archidiecezji.
Co więcej, Joe przed dwoma laty uratował mnie przed Danielem kardynałem O'Neilem. Po śmierci Meyera, a przed przybyciem arcybiskupa Newark, przeniesiono mnie ze św. Praksedy i otrzymałem stanowisko na uniwersytecie. Nalegał na to Joe, argumentując, że w św. Prak-
sędzię będę mógł pracować w weekendy i będę miał mocniejszą pozycję, jeśli okaże się, że nowy kardynał nie przepada za naukowcami. Byłem zły na Joego i nawet na niego za to nakrzyczałem. Po kilku miesiącach pobytu 0'Neila w mieście przeprosiłem go jednak. Biedny Leo Mark Rafferty został bez słowa odwołany przez kardynała, który przybył do miasta z listą potencjalnie niewygodnych, starszych proboszczów; w ten sposób O'Neil jednym pociągnięciem zlikwidował zarodki przypuszczalnej opozycji wobec swojej władzy.
Leo zmarł trzy miesiące później. Już nie doszedł do siebie po bezlitosnym stwierdzeniu arcybiskupa: „Księże proboszczu, starzejecie się". Cholernie bolesne stwierdzenie; Leo usłyszał je z ust swego duchownego przełożonego w niedzielne popołudnie, na tydzień przed świętami Bożego Narodzenia. Nowy proboszcz, czując, że będę pozostawał pod baczną obserwacją arcybiskupa, ochoczo zwolnił mnie z weekendowych obowiązków. Po ośmiu i pół roku moja ukochana św. Prakseda nagle oddaliła się ode mnie i stałem się wyalienowanym naukowcem, zamieszkującym w suterenie Newman Club, odciętym od ludzi, dla służenia którym przecież mnie wyświęcono. Mimo to ciągle odwiedzało mnie tutaj wiele osób, głównie młodzi ze św. Praksedy, którzy w tym okresie wkraczali stopniowo w dorosły świat.
Nie mając, poza pracą naukową, nic do roboty, zabrałem się do pisania popularnych, przystępnych książek psycho-logiczno-religijnych. Moja pierwsza książka, zgrabnie zatytułowana Samooszukiwanie, odniosła ogromny sukces. Znalazłem w sobie nowe powołanie, które przynosiło pieniądze, uznanie i wręcz sławę oraz nieprzychylność moich kolegów, księży.
— Miałeś, niestety, rację co do O'Neila — powiedział Joe, skręcając w końcu w 111. Ulicę. — To facet chory psychicznie.
— W języku nauki określiłbym go jako aspołeczną osobowość, Joe. — Przez chwilę poczułem się w swoim żywiole. — To człowiek, który nie potrafi ufać innym osobom. Nie kłopocze się uczuciami innych, nie odróżnia
prawdy od fałszu, nie dotrzymuje obietnic, nie ma żadnych zasad. Ale kiedy tego chce, potrafi być najbardziej czarują, cym i miłym facetem pod słońcem.
— Nie wiesz nawet połowy — stwierdził Joe ponuro. —-Wbrew swej opinii, jest zupełnie niekompetentny w sprawach finansowych. Doprowadzi nas do bankructwa.
— W jaki sposób? Przecież nie buduje nowych szkół, nie zakłada parafii...
— Myślę o fatalnym lokowaniu pieniędzy. O łapówkach, które płyną do Rzymu. Gdybym ci tylko mógł powiedzieć... — głos mu zadrżał. Po chwili kontynuował: — A ludzie, którymi się otacza? Z wyjątkiem Pata, to albo zachłanni złodzieje, albo idioci, albo jedno i drugie.
— Jest gorzej, niż myślałem — stwierdziłem. Od dłuższej już chwili zastanawiałem się, po co Joe o tym wszystkim opowiada.
...
rutkowska-j