LEWTRO~1.DOC

(2942 KB) Pobierz
LEW TROCKI MOJE ŻYCIE

LEW TROCKI MOJE ŻYCIE

PRÓBA AUTOBIOGRAFII AUTORYZOWANY PRZEKŁAD Z ROSYJSKIEGO JANA BARSKIEGO I STANISŁAWA

ŁUKOMSKIEGO

2 Copyright by Tower Press

Wydawnictwo „ Tower Press ” Gdańsk 2001

3

PRZEDMOWA

Ukazuje się obecnie znaczna liczba pamiętników, może znaczniejsza nawet, niż w jakimkolwiek

innym okresie czasu. Tłumaczy się to obfitością tematów. Bieżące wypadki historyczne

tem większe budzą zainteresowanie i m dramatyczniejsza i bogatsza w nagłe zmiany

jest dana epoka. Malarstwo pejzażowe nie mogłoby powstać na Saharze. „ Kalejdoskopowe

” epoki, jak nasza, rodzą potrzebę spojrzenia na dzień wczorajszy, tak bardzo daleki,

oczami tych, którzy w nim byli czynni. Tem objaśnić należy ogromny rozwój literatury

pamiętnikarskiej podczas ostatniej wojny. Być może, że to usprawiedliwia również

ukazanie się książki niniejszej.

Przerwa w czynnej politycznej działalności autora umożliwiła wogóle pojawienie się

jej na świecie. Konstantynopol został jednym z nieprzewidzianych, jakkolwiek nie

przypadkowych, etapów mego życia. Jestem tutaj na biwaku – nie po raz piewszy zresztą,

– i czekam cierpliwie na to, co się dalej stanie. Bez pewnej dozy , , fatalizmu ”

życie rewolucjonisty byłoby wogóle niemożliwe. Tak czy inaczej, konstantynopolski

antrakt okazał się najodpowiedniejszą chwilą do obejrzenia się za siebie, zanim okoliczności

pozwolą znowu ruszyć naprzód.

Początkowo napisałem pobieżne szkice autobiograficzne do gazet i zamierzałem poprzestać

na tem. Na tem miejscu zaznaczę, że ze swego obecnego schroniska nie miałem możności

sprawdzić, w jakiej postaci szkice te doszły do czytelnika. Ale każda praca posiada

własną logikę. Dopiero w chwili, gdy kończyłem artykuły dziennikarskie, naprawdę

zajął mnie mój temat. Wówczas postanowiłem napisać książkę. Przyjąłem inną, bez porównania

szerszą, skalę i wykonałem calą pracę na nowo. Pierwotne artykuły dzienikarskie i

książka niniejsza mają tylko tyle wspólnego, że omawiają ten sam przedmiot. Poza

tem zaś są to dwie różne prace.

Ze szczególną dokładnością traktuję okres rewolucji sowieckiej, którego początek

przypada na chorobę Lenina i rozpoczęcie kampanji przeciw „ trockizmowi ” . Walka

epigonów o władzę, jak tego staram się dowieść, była nietylko walką osobistą. Była

wyrazem nowego politycznego okresu: reakcją przeciw Październikowi i przygotowaniem

Termidora. Z tego właśnie wynika odpowiedź na pytanie, które mi tak często stawiano:

„ W jaki sposób utraciliście władzę? ”

Autobiografia rewolucyjnego polityka zazębia się w sposób nieunikniony o cały szereg

zagadnień teoretycznych, związanych ze społecznym rozwojem Rosji, częściowo zaś i

całej ludzkości, szczególnie zaś o te kr ytyczne okresy, które zwą się rewolucjami.

Oczywiście, nie miałem możności rozpatrywania w tej książce istoty skomplikowanych

problematów teoretycznych. Jednak tak zwana teorja ciągłej rewolucji, grająca w mem

osobistem życiu tak wielką rolę, a która, co ważniejsze, staje się teraz tyle aktualna

dla krajów wschodnich, przewija się przez te stronice, jak odległy leitmotiv. Jeśli

to nie zadowoli czytelnika, to mogę mu tylko powiedzieć, że rozpatrywanie istot y

problematu rewolucji stanowić będzie treść oddzielnej książki, w której postaram

się zreasumować ważniejsze teoretyczne wnioski z doświadczeń ostatnich dziesięcioleci.

4 Ponieważ na kartach mojej książki przewija się znaczna ilość osób,

niezawsze w tem oświetleniu, któreby one same wybrały dla siebie lub dla swej partji,

zapewne wiele z pośród nich uważać będzie, że moje wywody pozbawione są koniecznego

objektywizmu. Już ukazanie się urywków tej pracy w czasopismach wywołało tu i owdzie

protesty. To jest nieuniknione. Nie należy wątpić, że gdyby mi się nawet udało zrobić

z tej autobiografji poprostu dagerotyp mego życia – do czego wcale nie dążyłem –

to i taka autobiografia obudziłaby echa sporów, które wywołane zostały w swoim czasie

przez opisywane w niej wypadki. Książka ta nie jest jednakże obojętną fotografją

mego życia, lecz jego częścią składową. Na kartach jej prowadzę w dalszym ciągu walkę,

której poświęciłem całe moje życie. Opisując, charakteryzuję i oceniam, odpowiadając,

bronię się i, częściej jeszcze, nacieram. Zdaje mi się, że jest to jedyny sposób,

stworzenia biografji objektywnej w pewnem wyższem tego słowa znaczeniu, tzn. uczynienia

jej najwierniejszem odbiciem osoby, stosunków i epoki.

Objektywizm nie polega na udanej obojętności, z jaką należycie skrystalizowana obłuda

mówi o przyjaciołach i wrogach, narzucając czytelnikowi pośrednio to, co niezręcznie

byłoby powiedzieć wprost. Tego rodzaju objektywizm jest jedynie tylko salonową pułapką.

Nie jest mi ona potrzebna. Z chwilą, gdy poddałem się konieczności mówienia o sobie

– nikomu jeszcze nie udało się napisać autobiografji, nie mówiąc o sobie, – nie mam

żadnych powodów do ukrywania moich sympatyj i antypatyj, mojej miłości i nienawiści.

Książka ta jest pracą polemiczną. Odbija się w niej dynamika życia społecznego, które

całkowicie zbudowane, jest na sprzecznościach. Zuchwałość ucznia w stosunku do nauczyciela,

szpilki zawiści, ukrywane pod pokrywką uprzejmości salonowych, nieprzerwana konkurencja

handlowa, zaciekła rywalizacja we wszystkich dziedzinach techniki, wiedzy, sztuki,

sportu, utarczki parlamentarne, w których pulsuje głęboka rozbieżność interesów,

codzienna nieludzka walka prasowa, strejki robotnicze, rozstrzeliwanie demonstrantów,

pyroksylinowe posyłki, które cywilizowani sąsiedzi wymieniają drogą powietrzną, płomienne

języki wojny domowej, niewygasające prawie na naszej planecie – wszystko to są rozliczne

formy „ polemiki ” społecznej, od powszedniej, codziennej, normalnej, prawie niedostrzegalnej,

mimo napięcia – do zwykłej, wybuchowej, wulkanicznej polemiki wojen i rewolucyj.

Taka jest nasza epoka. Wzrośliśmy z nią razem. Oddychamy nią i żyjemy. Czyż więc

możemy nie być polemistami. jeśli chcemy być wierni naszym ojczystym czasom?

Istnieje jednak inne, bardziej elementarne kryterjum, dotyczące zwykłej uczciwości

w przedstawianiu faktów. Podobnie, jak najbardziej nieubłagana walka rewolucyjna

liczyć się musi z okolicznościami miejsca i czasu, najbardziej polemiczny utwór musi

przestrzegać tych proporcyj, jakie istnieją między rzeczami i ludźmi. Mam nadzieję,

że przestrzegałem tego warunku, nie tylko w stosunku do całości, ale i w szczegółach.

W niektórych, coprawda nielicznych, wypadkach podaję dyskusję w formie dialogu. Nikt

nie może wymagać dosłownego odtworzenia dyskusyj, toczonych wiele lat temu. Nie roszczę

nawet pretensyj do tego. Niektóre dialogi mają raczej charakter symboliczny. Ale

w życiu każdego człowieka są chwile, kiedy ta czy inna rozmowa szczególnie mocno

zapada w pamięć. Zazwyczaj rozmowy takie często powtarza się bliskim i politycznym

5 przyjaciołom. Dzięki temu utrwalają się w pamięci. Oczywiście, mam tu

przedewszystkiem na myśli rozmowy o charakterze politycznym. Muszę zaznaczyć, że

zwykłem zawierzać mej pamięci. To, co mi przekazywała nieraz poddawałem objektywnemu

sprawdzeniu, zawsze z dobrym rezultatem. Zresztą konieczne jest tu pewne omówienie.

Jeśli moja topograficzna pamięć, nie mówiąc już o muzycznej, jest bardzo słaba, a

wzrokowa, podobnie jak i lingwistyczna, całkiem średnia, to jednak pamięć ideową

mam znacznie wyższą od przeciętnego poziomu. A właśnie idee, ich rozwój i walka,

jaką toczyli ludzie, zajmują w książce tej pierwsze miejsce.

Coprawda, pamięć nie jest automatycznym licznikiem. Przedewszystkiem nie jest bezinteresowna.

Częstokroć odrzuca lub usuwa w cień epizody niedogodne dla kontrolującego ją instynktu

życiowego, zwłaszcza z punktu widzenia miłości własnej. Ale to już należy do krytyki

„ psychoanalitycznej ” , która czasami bywa dowcipna i pouczająca, częściej jednakże

jest kapryśna i samowolna.

Nie potrzebuję chyba podkreślać, że wytrwale kontrolowałem mą pamięć przy pomocy

dokumentów. Bez względu na trudne warunki pracy – mam tu na myśli poszukiwania bibljoteczne

i archiwalne – miałem możność sprawdzenia wszystkich najistotniejszych okoliczności

i dat, które mi były potrzebne.

Począwszy od roku 1897 walczyłem przeważnie z piórem w ręku. Dzięki temu, wydarzenia

mego życia pozostawiły prawie nieprzerwane drukowane ślady na przestrzeni 32 lat.

Walka frakcyj w partji od 1903 roku obfitowała w osobiste wycieczki. Od czasu przewrotu

październikowego historja ruchu rewolucyjnego zajmowała wiele miejsca w dociekaniach

młodych uczonych sowieckich i instytucyj. Wyszukiwano w archiwach rewolucji i carskiego

departamentu policji wszystko, co wzbudza zainteresowanie, i wydawano w druku z rzeczowemi,

szczegółowemi komentarzami. Podczas pierwszych lat, kiedy nie trzeba było jeszcze

nic ukrywać, czy maskować, pracę tę prowadzono z wielką sumiennością. , , Dzieła

” Lenina i część moich prac opublikowało wydawnictwo państwowe z przypisami, zajmującemi

dziesiątki stronic w każdym tomie, i zawierającemi materjał faktyczny niezastąpiony,

tyczący zarówno działalności autorów, jak i wydarzeń danego okresu. Wszystko to,

oczywiście, ułatwiało mi pracę, pozwalając stworzyć prawidłową kanwę chronologiczną

i uniknąć, przynajmniej rażących, omyłek faktycznych.

Nie mogę zaprzeczyć, że życie moje toczyło się niezupełnie zwykłym trybem. Jednakże

przyczyn tego doszukiwać się należy raczej w warunkach epoki, niż w mojej osobie.

Oczywiście, konieczne były również pewne cechy osobiste, aby wykonywać ową dobrą

czy złą pracę, jaką wykonywałem. Jednakże w innych warunkach historycznych te indywidualne

właściwości mogłyby spać spokojnie, jak drzemie niezliczona ilość ludzkich skłonności

i namiętności, na które brak popytu w danym układzie społecznym. Wzamian za to może

zdołałyby się ujawnić inne cechy, zdyskwalifikowane lub stłumione dzisiaj. Nad subjektywizmem

wznosi się objektywizm, który decyduje w ostatecznym rozrachunku.

Moja świadoma i aktywna działalność, która rozpoczęła się mniej więcej w 1718 roku

życia, upływała w ciągłej walce o określone idee. W mem życiu osobistem nie było

żadnych zdarzeń, które jako takie zasługiwałyby na uwagę ogółu. Wszystkie wyróżniające

się fakty mojego życia związane są z walką rewolucyjną i przez nią tylko nabierają

znaczenia. Tylko ta okoliczność może usprawiedliwiać ukazanie się mojej autobiografji.

6 Jednakże ta okoliczność jest zkolei źródłem trudności dla autora. Okazało

się bowiem, że wydarzenia życia osobistego są tak ściśle splecione z tkaniną wypadków

historycznych, że trudno je od siebie oddzielić. Książka zaś niniejsza mimo wszystko

nie jest pracą historyczną. Wydarzenia omawiam nie ze względu na ich znaczenie objektywne,

lecz zależnie od tego, jak wiązały się z faktami mego życia osobistego. Nic więc

dziwnego, że w charakterystyce poszczególnych wydarzeń i całych etapów niema tej

proporcji, którejby można było żądać, gdyby książka moja stanowiła pracę historyczną.

Granicę między aulobiografją i historją rewolucji musiałem ustalać empirycznie. Nie

rozpraszając historji mego życia w dociekaniach dziejowych, musiałem jednakże dać

czytelnikowi, jako punkt oparcia, opis wydarzeń, t yczących rozwoju. społecznego.

Wychodziłem przytem z założenia, że zasadnicze kontury wypadków znane są czytelnikowi

i że pamięci jego dopomóc tylko należy krótkiemi wzmiankami o faktach historycznych

i kolejności ich przebiegu.

W chwili ukazania się książki tej w druku ukończyłem 50 rok życia. Dzień moich urodzin

zbiega się z dniem wybuchu rewolucji październikowej. Mistycy i wieszczbiarze mogą

z tego wyciągać dowolne wnioski. Ja sam zwróciłem uwagę na ten ciekawy zbieg okoliczności

dopiero w trzy lata po przewrocie październikowym. Do 9 roku życia mieszkałem bez

przerwy na zapadłej wsi. Osiem lat uczęszczałem do szkoły średniej. Po raz pierwszy

zostałem aresztowany w rok po ukończeniu szkoły. Uniwersytetami były dla mnie, jak

i dla wielu mych rówieśników, więzienie, wygnanie, emigracja. W carskich więzieniach

siedziałem dwa razy, ogółem około 4 lat. Na carskiem wygnaniu byłem za pierwszym

razem około 2 lat, za drugim – kilka tygodni. Dwukrotnie uciekałem z Syberji. Na

emigracji w różnych krajach Europy i Ameryki spędziłem ogółem około 12 lat, dwa lata

przed wybuchem rewolucji 1905 roku i prawie dziesięć lat po jej zdławieniu. Podczas

wojny zostałem skazany wyrokiem zaocznym na zamknięcie w więzieniu w hohenzollernowskich

Niemczech ( 1915) , w następnym roku wydalono mnie z Francji do Hiszpanji, skąd,

po krótkiem zamknięciu w madryckiem więzieniu i miesięcznym pobycie pod nadzorem

policji w Kadyksie, wysłany zostałem do Ameryki. Tam też zastała mnie rewolucja lutowa.

W drodze z NewYorku w marcu 1917 r. zostałem zaaresztowany przez Anglików i przebywałem

miesiąc w obozie koncentracyjnym w Kanadzie. Brałem udział w rewolucjach w latach

1905 i 1917, byłem przewodniczącym petersburskiego sowietu delegatów w 1905, później

w 1917. Brałem bezpośredni udział w przewrocie październikowym i byłem członkiem

rządu sowieckiego. W charakterze komisarza ludowego do spraw zagranicznych prowadziłem

rokowania pokojowe w Brześciu Litewskim z delegacjami Niemiec, AustroWęgier, Turcji

i Bułgarji. W charakterze komisarza ludowego do spraw wojennych i morskich poświęciłem

około pięciu lat organizacji czerwonej armji i stworzeniu czerwonej floty. W ciągu

1920 roku objąłem również kierownictwo zdezorganizowanej sieci kolejowej.

Główną jednak treść mego życia – poza latami wojny domowej – stanowiła działalność

partyjna i literacka. Wydawnictwo państwowe przystąpiło w 1923 roku do zbiorowego

wydania mych prac. Dotychczas wydano trzynaście tomów, oprócz pięciu tomów prac wojennych,

które ukazały się poprzednio. Wydawnictwo wstrzymano w 1927 roku, kiedy prześladowanie

„ trockizmu ” stało się szczególnie zaciekłe.

7 W styczniu 1928 roku zostałem przez ówczesny rząd sowiecki

deportowany, przebyłem rok na granicy Chin, w lutym 1929 roku wygnano mnie do Turcji:

piszę te słowa w Konstantynopolu.

Nawet w tym skrócie nie można nazwać monotonnym zewnętrznego bi egu mego życia. Przeciwnie,

sądząc według ilości zmian, nieoczekiwanych zdarzeń, ostrych konfliktów, wyniesień

i upadków, rzecby można, że życie moje raczej obfitowało w , , przygody ” . Tymczasem

zaś pozwolę sobie powiedzieć, że w usposobieniu nie mam nic wspólnego z poszukiwaczami

przygód. Jestem raczej pedantem i konserwatystą w mych przyzwyczajeniach. Lubię i

cenię dyscyplinę i metodę. Zupełnie nie dla paradoksu, ale dlatego, że tak jest istotnie,

muszę powiedzieć, że nie znoszę nieporządku i niszczycielstwa. Zawsze byłem bardzo

pilnym i sumiennym uczniem. Te dwie cechy zachowałem i w późniejszem życiu. W latach

wojny domowej kiedy w mym pociągu przebyłem przestrzeń, równą kilku długościom równika,

cieszyłem się z każdego nowego płotu ze świeżych sosnowych desek. Lenin, który wiedział

o tej mojej namiętności, nieraz drwił z niej po przyjacielsku. Dobrze napisana książka,

w której znaleźć można nowe myśli, dobre pióro, przy pomocy którego podzielić się

można własnemi myślami z innymi, zawsze były i są dla mnie najcenniejszemi i najbliższemi

mi owocami cywilizacji. Dążenie do nabywania wiedzy nie opuszczało mnie nigdy, i

wielokrotnie w życiu doznawałem uczucia, że rewolucja przeszkadza mi w systematycznej

pracy. Tem niemniej jednak prawie trzydzieści trzy lata mego świadomego życia całkowicie

wypełnia walka rewolucyjna i gdybym miał raz jeszcze rozpocząć życie na nowo, bez

zastanowienia poszedłbym tą samą drogą.

Piszę te słowa na trzeciej zkolei emigracji, w czasach, kiedy moi najbliżsi przyjaciele

znajdują się na zesłaniu i w więzieniach republiki sowieckiej, w utworzeniu której

brali decydujący udział. Niektórzy z nich wahają się, cofają, korzą przed przeciwnikiem.

Jedni dlatego, że zbankrutowali moralnie, drudzy, bo nie znajdują samodzielnego wyjścia

z labiryntu okoliczności, inni jeszcze – pod naciskiem materialnych represyj. Dwa

razy przeżywałem już taką masową dezercję z pod sztandarów: po upadku rewolucji 1905

roku i na początku wojny światowej. Dostatecznie dobrze wiem więc z życiowego doświadczenia,

czem są te historyczne przypływy i odpływy. Są one podporządkowane własnemu prawu.

Niecierpliwością jedynie nie można przyśpieszyć zmiany. Przywykłem rozpatrywać historyczną

perspektywę w oderwaniu od osobistego losu. Poznać prawidłowość wydarzeń i znaleźć

w tej prawidłowości własne miejsce – to pierwszy obowiązek rewolucjonisty. I jednocześnie

najwyższe osobiste zadowolenie, dostępne tylko dla człowieka, który nie ogranicza

swych celów do dnia dzisiejszego.

Lew Trocki

Prinkipo, dn. 14 września 1929 r.

8

ROZDZIAŁ I

JANÓWKA

Dzieciństwo słynie jako najszczęśliwszy okres życia! Czy jest tak zawsze? Nie, tylko

nieliczni mają szczęśliwe dzieciństwo. Idealizacja dzieciństwa wywodzi się ze starej

literatury warstw uprzywilejowanych. Beztroskie, otoczone dostatkiem, bez żadnej

chmurki dzieciństwo w rodzinach wykształconych i bogatych od pokoleń, wśród pieszczot

i zabaw, pozostawało w pamięci, jak zalana słońcem polana na początku drogi życiowej.

Magnaci lub plebejusze, opiewający magnatów, kanonizowali w literaturze tę nawskroś

arystokratyczną ocenę dzieciństwa. Olbrzymia większość ludzi, o ile wogóle spogląda

wstecz, widzi co innego: ponure, głodne, zależne dzieciństwo. Życie krzywdzi słabych,

a któż jest słabszy od dziecka?

Moje dzieciństwo nie było dzieciństwem głodu i chłodu. W okresie mego przyjścia na

świat, rodzina moja znała już dostatek. Był to jednakże surowy dostatek ludzi, wybijających

się dopiero z biedy, i nie chcących zatrzymać się w połowie drogi. Wszystkie mięśnie

były napięte, wszystkie myśli skierowane ku pracy i oszczędzaniu. W tym trybie życia

dzieci zajmowały skromne miejsce. Nie znaliśmy braków, ale nie znaliśmy również szczodrobliwości

życia i jego pieszczot. Nie wyobrażam sobie mego dzieciństwa ani jako słonecznej

polany, jak drobna mniejszość, ani jako ponurej pieczary głodu, przemocy i krzywd,

jaką jest dzieciństwo wielu, dzieciństwo większości. Było to szarawe dzieciństwo,

w drobnomieszczańskiej rodzinie, na wsi, w zapadłym kącie, gdzie przyroda jest bujna,

a obyczaje, poglądy i potrzeby skromne i przyziemne.

Atmosfera moralna, otaczająca moje najmłodsze lata, i ta, w jakiej upłynęło moje

późniejsze świadome życie – to dwa różne światy, oddzielone od siebie nie tylko dziesiątkami

lat i krajów, ale górskiemi łańcuchami wielkich zdarzeń i, mniej może widocznemi,

choć dla poszczególnej jednostki niemniej doniosłemi, wewnętrznemi przepaściami.

Podczas pisania bruljonu t y c h wspomnień wydawało mi się nieraz, że opisuję nie

własne dzieciństwo, lecz dawną wędrówkę po dalekich krajach. Usiłowałem nawet opowiadać

o mojem życiu w trzeciej osobie. Jednakże ta konwencjonalna forma zbyt przypomina

beletrystykę, t. j. to, czego przedewszystkiem pragnąłbym uniknąć.

Mimo przeciwieństw dwuch światów, jedność indywidualności przenika jakiemiś podziemnemi

drogami z jednego do drugiego. Tem właśnie tłumaczy się, mówiąc ogólnie, zainteresowanie

biografjami i autobiografjami ludzi, którzy – z tych czy innych względów – zajęli

obszerniejsze miejsce w życiu społeczeństwa. Dlatego też spróbuję dosyć szczegółowo

opowiedzieć o mem dzieciństwie i latach szkolnych, nic nie odgadując zgóry i nic

nie przesądzając, t. j. nie nawiązując faktów do wybranych zgóry uogólnień – poprostu

tak, jak było i jak zachowałem w pamięci.

Czasami zdawało mi się, że pamiętam, jak ssałem pierś matki. Jednakże, sądzę, że

poprostu przeniosłem na siebie to, co widziałem u młodszych dzieci.

9 Miałem mętne wspomnienia jakiejś sceny pod jabłonią w sadzie, która

rozegrała się, gdym miał półtora roku. Ale i to wspomnienie nie j es t wiarogodne.

Najwyraźniej pozostało mi w pamięci takie wydarzenie: jestem z matką w Bobrynce,

u państwa C. , gdzie jest dwuczy trzyletnia dziewczynka. Mnie nazywają narzeczonym,

dziewczynkę moją narzeczoną. Dzieci bawią się w salonie, na malowanej podłodze, potem

dziewczynka znika, a malutki chłopczyk stoi sam przy komodzie i przeżywa chwilę osłupienia,

jak we śnie. Wchodzi matka z panią domu. Matka patrzy na chłopczyka, potem na kałużę

obok niego, potem znów na chłopczyka, z wyrzutem kiwa głową i mówi: „ Jak ci nie

wstyd ” . . . Chłopczyk patrzy na matkę, na siebie, potem zaś na kałużę, jak na coś

całkowicie mu obcego. – To nic, to nic – mówi pani domu – dzieci zapomniały o wszystkiem

przy zabawie.

Maleńki chłopczyk nie odczuwa ani wstydu, ani skruchy. Ile lat miał wówczas? Prawdopodobnie

dwa, a może i trzy.

W tym samym mniej więcej czasie, przechadzając się z niańką po ogrodzie, natknąłem

się na żmiję. – Spójrz, Liowa – rzekła niania, pokazując w trawie coś błyszczącego,

– tabakierka zakopana w ziemi. Niania wzięła patyczek i zaczęła odkopywać ziemię.

Sama niania nie miała pewno więcej ni ż szesnaście lat. Tabakierka rozwinęła się,

wyciągnęła i w postaci żmji z sykiem popełzła po trawie. – Aj, aj! – krzyczała niańka

i, schwyciwszy mnie za rękę, szybko uciekła. Trudno mi było przebierać prędko nogami.

Zachłystując się, opowiadałem potem, jak myśleliśmy, że znaleźliśmy w trawie tabakierkę,

a okazało się, że była to żmija.

Przypomina mi się jeszcze jedna dawna scena w „ gospodarskiej ” kuchni. Ani ojca,

ani matki niema w domu. W kuchni, oprócz służącej i kucharki, są ich goście. Starszy

mój brat, Aleksander, który przyjechał na wakacje, też się tu kręci. Staje obiema

nogami na drewnianej łopacie, jak na szczudłach, i długo tańczy na niej po klepisku

kuchni. Proszę brata, żeby ustąpił mi łopaty, usiłuję wgramolić się na nią, przewracam

się i płaczę. Brat podnosi mnie, całuje i na rękach wynosi z kuchni.

Miałem już na pewno z cztery lata, kiedy ktoś posadził mnie, bez siodła i uzdy, tylko

z uździenicą ze sznura, na wielką szarą kobyłę, łagodną jak owca. Szeroko rozstawiwszy

nogi, obiema rękami trzymałem się grzywy. Kobyła spokojnie podwiozła mnie do gruszy

i przeszła pod gałązką, która uderzyła mnie po brzuchu. Nie rozumiejąc co to znaczy,

zsuwałem się wdół po zadzie, póki nie spadłem w trawę. Nie bolało, ale było to coś

niepojętego.

Kupnych zabawek w dzieciństwie prawie nie miałem. Raz tylko matka przywiozła mi z

Charkowa papierowego konia i piłkę. Z młodszą siostrą bawiłem się lalkami własnego

wyrobu. Razu pewnego ciocia Fenia i ciocia Raisa, siostry ojca, zrobiły nam kilka

lalek z gałganków i ciocia Fenia wyrysowała im ołówkiem oczy, usta i nos. Lalki te

wydawały mi się czemś niezwykłem i pamiętam je dotąd. Pewnego zimowego wieczoru Iwan

Wasiljewicz, nasz mechanik, wyciął i skleił z kartonu wagon z oknami, na kołach.

Starszy brat, który przyjechał na Boże Narodzenie, odrazu oświadczył, że taki wagon

można zrobić w dwie minuty. Zaczął od tego, że rozkleił mój wagon, uzbroił się w

linijkę, ołówek i nożyczki, długo kreślił, ale kiedy wyciął to, co narysował, części

wagonu nie chciały się zejść.

Wyjeżdżający do miasta krewni i znajomi pytali mnie nieraz: – Co ci przywieźć z Elizabetgradu,

czy Mikołajowa? Oczy mi płonęły. O coby tu poprosić? Przychodzono mi z pomocą. Proponowano

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin