KLEIPO~1.DOC

(1262 KB) Pobierz
K

K. W. WÓJCICKI KLECHDY STAROŻYTNE

PODANIA I POWIEŚCI

LUDOWE

Tower Press 2000

Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

 

Dominikowi Magnuszewskiemu

Kiedy pierwszej wiosny przeminie poranek, jak miło wskrzeszać pamięcią te sny dziecin-

ne, te cuda i powieści, których pełno by kawek na słotę, każdy niemal do swojej kołyski

nawiązał i marzył o nich małym pacholęciem, gdy ze czworaków podnosił wyżej czoło

ku niebu!

Ale nie ten cel jedynie mają niniejsze Klechdy, by miłym dziecinnym chwilom naszego

żywota zaśpiewały alleluja: zbiór ich ma dać poznać fantazję ludu polskiego, a razem

ukazać cząstkę niepiśmiennej literatury, która dotąd w całym jaśnieje blasku przy

ognisku chaty sielanów.

Któż ich nie zna? Kto nie przypomina, a z wspominkiem nie westchnie za tymi laty,

gdy je chciwie chwytało ucho dziecinne, gdy każdy wtedy był za bajkami, jak on stary

szlachcic poety, za szumką i dumką?

Niech po rosie jęknie dumka, Niech zaszumi w lesie szumka, To jakbym był opętany,

W lasy, pola, słuch, wzrok nęcę, Zasłuchany, zapłakany, Wracam dumać po piosence.

A zadrzemię, to mi łażą Szumki, dumki ponad twarzą, Ponad okiem, ponad czołem; Drzemię

z dumką, jak z aniołem.

Jaskółka przypomina wiosnę, te klechdy niech ci przypomną twego przyjaciela; niech

jak ten ptak rodzinny, co ulepia gniazdko pod twoją strzechą, i klechdy moje znajdą

słodkie przyjęcie pod twoim dachem. Posyłam ci owoc moich wędrówek, plon lat wielu,

uzbierany to na wątłych tratwach górali, to w śniegowych górach, na piaszczystym

Mazowszu i czarnej glebie krakowskiej, to w lasach Kurpi i na równinach starego Podlasia.

One w dymnej chacie skracały przydłuższe wieczory. Rodzone siostry pieśni ludu, więcej

przysiadłe do zimowych wieczernic niż pieśni.

Spojrzyj na te koła wiejskich słuchaczy i opowiadacza! Noc już na dworze ciemna,

zimny wiatr poświstuje, śniegowa zamieć wszystko okrywa, a w chacie przy piecu i

kominie nie czują zimna, przy cieple ognia nie słyszą poświstu wichru słuchając bajek

i powieści: bo te powieści pełne cudów i dziwów przestraszają, zachwycają, silniej

niż do naszych przemówią do serc prostych sielan, gdyż dla nich żyją cuda, widzą

je jeszcze i wierzą w nie szczerze. Dobry opowiadacz budzi w nich przestrach i radość

na przemian. Oto noc, zębata strzyga piszczy na dachu, upiór wychodzi z mogiły, wilkołak

wyje za płotem, a całe koło drży przestrachem i z bijącym sercem ściska się coraz

bliżej jedno drugiego jak trwożliwe owce. A tu książę możny sprawia wesele, huczą

grajki, miody leją po podłodze i wszyscy radośnie klaszczą w ręce, bo o przestrachu

zapomnieli, już nie słyszą ani strzygi, ani wilkołaka za płotem.

Ileż lat już upłynęło, ile zmian w tych latach, ale bajki zawsze bawiły pokolenia

ludu. Słuchaliśmy je z zajęciem, z czystą wiarą, bo z całą ufnością w dziwy: zapomnieli

potem o nich,

5 gdy przestaliśmy wierzyć w dziwy, zostawując w spuściźnie jako cacko dla naszych

dzieci, a

nikt przecież nie zważał, że w nich prawdziwa rodowa, przedchrześcijańska jeszcze,

oddycha fantazja.

Nieraz pragnąłeś, mój druhu, mieć odświeżone w pamięci, szukałeś z tęsknotą i pragnie-

niem, budziłeś je w duszy swojej pełnej poezji. Otóż ci więc posyłam: widzisz w nich

dowód, żem pamiętał o tobie, żeś mi bliski serca!

Niech one posłużą ci do wskrzeszenia jakiego obrazu, a ja dosyć się cieszyć nie przestanę,

gdy – będę mógł wyrzec: : „ Klechdy moje, na próżno was w świat nie posłałem. ”

Jachronka nad Narwią 1837 r.

6

[ WSTĘP ]

A powieści ludu chcecie? Naród baje jako dziecię!

T. L [ enartowicz, Szopka ] Nie pogardzaj bajką gminną, ona się wysnuwa z serca ludu,

z jego pojęć, marzeń, nadziei, z całego jego bytu w pewnej epoce: dlatego też objawia

w sobie żywotne pierwiastki narodu, jego charakter i pogląd na życie.

L. Sztyrmer, Kataleptyk, t. 1. Do literatury ludu jak należą pieśni i dumy, przypowieści

i przysłowia, tak równie powieści, które pod nazwą bajek z ust do ust przechodzą.

Jak pierwsze składają prawdziwą poezję krajową, księgę filozofii, rozumu rodowego

i doświadczenia, tak ostatnie tym są u ludu, czym nasze romanse historyczne, obyczajowe,

uczuciowe i fantast yczne. Dotąd pomiędzy ludem, tak w Polsce jako i na całej Rusi,

są opowiadacze wielce cenieni, którzy w gronie wiejskim, wśród zimowej doby, przy

zamieci śnieżnej, prawieniem bajek skracają wesoło długie godziny nocy. A w tych

bajkach często znajdziesz prawdę historyczną, owinioną grubą baśni pajęczyną, częściej

przesądy wystawione ze wszystkimi szczegółami, zawadzi tu niekiedy i staroświecka

myśl słowiańskoprzedchrześcijańska. Zwyczaj zapomniany daje także wątek do powieści.

Liczba ich jest mnoga, ale zebrać wszystkie, spisać i objaśnić, nie tak rzecz łatwa

ani podobna, by jedna ręka potrafiła ten ogrom w całej zupełności objąć. Jeżeli

do zbioru przysłów znaleźć można w dawnej literaturze naszej niemałą pomoc, a pieśni

ludu zajęły umysły i żywo około nich krzątać się zaczęto, tedy powieści nie tknięte,

zająwszy myśl moją, i na moje przyszły ręce.

Puszczam więc je jak ptaki młode z gniazda, niepewne lotu i przyjęcia na tej ziemi,

na której się zrodziły lub na której wędrowne z stron dalekich już się od wieluset

lat przyswoiły.

Klechdy podzielić można na trzy części: Do pierwszej należą starożytne podania przedchrześcijańskich

jeszcze wieków, jak powieści o powietrzu, wichrze, wilkołaku itp. Podania przywiązane

do miejsc jakich czy zwalisk zamkowych, czy skał i kamieni, gór, rzek, jezior, jaskiń

i pieczar.

Do drugiej – osoby wprawdzie historyczne, ale o których albo kroniki nasze milczą,

lub małe dają objaśnienia. Tu należą zaprawdę najstarożytniejsi bohaterowi, mężowie

olbrzymiej siły, których pamięć lud w osobach Waligóry i Wyrwidębu zachował, sławnego

rozbójnika Madeja, a w końcu czarodzieja Twardowskiego.

Do ostatniego rzędu i najobfitszego należą powieści o czarach i czarownicach, o zaklętych

królewicach i królewnach, o cudownych zamkach itp.

We wszystkich rej wiodą bujne marzenia wyobraźni i cudowność. Cudowność ta zawsze

upragniona, nie tylko się w samych Klechdach odbija, wyobraźnia ludu tak jest jej

pełną, że można rzec, iż do żywota jego należy. Jeszcze nie straciły starodawnego

uroku i swojej poezji ciemne bory, rzeki i jeziora: pierwsze widzi [ Ruś ] zamieszkane

rusałkami, majkami, a w górach dziwożonami.

Na srebrnej wodzie starego Bugu i Białej Wodzie 1 , i historycznym Gople pląsają

bogunki i topielce szkodliwi. Nie tylko ziemię zaludniły nadzwyczajne istoty, powietrze

nawet jest ich pełne.

W postaci lśniącej gwiazdy młoda dziewczyna widzi kochanka, ku niemu wzdycha i wy-

ciąga dłonie, by go przyjąć w swoje ramiona. Świetliki nocne są dusze pokutujące:

wiatr gwałtowny porusza zły duch jedynie, równie jak zamieszkuje piec stary z rozwalonej

chaty i

1 Dawna nazwa Wisły; patrz S. Klonowicza Flisa.

7 starą wierzbę. Nie dosyć, w postaci sowy śmierć przepowiada, tumani i błądzi krokiem

bied-

nego wędrowca. Zaklęte dusze jeszcze dyszą w rozwalinach dawnych zamków, a jęk pogro-

bowy, który ucho ludu słyszy, jest jakby westchnieniem upadłego grodu.

Jeszcze zaklęcia swojej nie straciły mocy; potęgą słowa flisy doznają burzy. Niejeden

zaklęty młodzian w wilczej skórze pokutuje długo, a pod piórem wrony, kruka i orła

zaklęte potomstwo wielkich rodzin kryje wielkie imiona i stare herby. 2

Czereda pokutujących w różnych postaciach nie zniknęła w naszym wieku, a jeżeli nie

słychać o nich po miastach, w siołach, na drogach rozstajnych, w górach i po lasach

jęk ich cichy i bolesny budzi trwożliwe echa. Trąbki pokutujących myśliwych rozlegają

się po kniejach przerzedzonych, lubo się nie mięszają jak dawniej z pomrukiem niedźwiedzia.

Chociaż upiorom nie ucinają głowy, serca osikowym nie przebijają kołem ani na czarnym

źrebcu nie szukają ich mogił, przecież widomie ukazują się dotąd, a wiele powieści

dokładnie samych opisują upiorów.

Czarownice na łopatach i miotłach swobodnie jeżdżą na Łysą Górę, chociaż je nie pławią

ani męczą jak przed stu laty.

Cudowność ta i fantastyczność rozlała się mgłą widomą na całej Słowiańszczyźnie.

Jak dawniej mniemał lud, tak i dotąd wierzy, że księżyc i słońce musi się codziennie

płukać w nieziemskich padołach, pełnych studziennej wody, by zawsze błyszczały jasnym

światłem. A to światło słoneczne, przecież promień skwarny, przed którym topielcy

i upiory uciekają, dla których jest zgubnym, zabija w krainie Serbów ich starodawnego

władcę. Zatrzymajmy uwagę nad tą klechdą Serbów.

1. TROJAN 1

– Podaj mi konia! prędzej mi podaj, już słońce od dawna zaszła. Gwiazdy już świecą

i księżyc świeci, a rosa błyszczy na smugach. Wiatr, ciepły ustał, a choć powiewa,

nie pali żarem, lecz chłodzi. Więc dalej na koń! bo każda chwila jest chwilą dla

mnie straconą. Z bijącą piersią od dawna czeka czarnobrewa krasawica. Lotem poświstu,

lotem gołębim, na rączym koniu poskoczę, bo noc już krótka, dzień taki długi, a

w nocy tylko żyć mogę.

Tak wołał Trojan, król mężnych Serbów, nie znosząc promieni słońca: nie zaznał blasku

ani dnia nigdy białego w życiu nie widział. Albowiem gdyby choć jeden promień zaświecił

głowie Trojana, rozpłynąłby się jak chmura deszczem, zwłokami jego byłaby rosa.

2

2 W okolicach Dobromila utrzymuje się dotąd podanie między ludem, że każdy umierający

z Herburtów zamieniał się w orła. Pieśni ludu polskie i ruskie, serbskie, czeskie

i Słowaków w Węgrzech, stawiają dowody na podobne przemiany. W jednym z rękopisów

polskich z 1526 roku znalazłem wzmiankę, że córki przemożnego domu Pileckich, a do

tego pierworodne, jeżeli zmarły przed zamążpójściem, zamieniały się w gołębie; zamężne

zaś w ćmę nocną i ukąszeniem przepowiadały zgon każdemu z członków tej rodziny.

8 Posłuszny giermek wywodzi konia, Trojan nań skacze i leci, a wierny giermek Trojana

z

kopyta za nim pośpiesza. – Chłodno i wietrzno! to doba dla mnie! – zawoła Trojan

radosny – gwiazdy choć świecą, księżyc choć świeci, bladym promieniem nie grzeją.

Rosa kroplista jak biały koral okrywa łąki zielone, a w każdej kropli oglądam żywą

twarz gwiazdy i twarz księżyca. Jakie milczenie i jaka cisza! nic nie przerwie zadumania,

puchacz zaledwo z ciemnego lasu smętnym się głosem ozowie.

– O! panie mój – na to sługa odrzeknie – wolę ja słońce, dzień biały, choć żarem

pali, promieniem grzeje, milszyć jak nocy cienie dzień biały. Bo w cieniu nocy nic

nie uwidzę, żadnej barwy nie rozróżnię: czy to bosiljak 3 , czyli to róża, barwinek

albo fiołek, ciemnota nocy za jedno stawia, na próżno szukać oczyma. Oto w tej dobie

wszystko zasypia, ptak i ludzie, i zwierzęta, czasami jeno z wioski nad drogą, z

wieśniaka chaty płomień zabłyśnie, czasami tylko stróż wierny domu, poczuwszy wilka

albo cudzego, szczekaniem echo rozbudzi. Jak morza fale, kłosiste zboże ruszone

wiatru powiewem chwieje się, kłania, lecz w ciszy nocnej żadnego ptaka nie słyszym.

Bo śpiewak wiosny, szary skowronek, zbudzony promieniem słońca, bijąc skrzydełki

nad miedzą wzlata i wita z słońcem dzień biały, w nocy jak każdy człowiek zasypia,

by pokrzepić swoje siły, a my, o panie! wśród nocnych cieni, nocnego zmroku, lecimy!

3

Z dala zajaśniał dworzec z modrzewia, bo w każdym oknie światło błyskało, tam na

Trojana czekała luba, przyjąć go w swoje objęcia. Trojan podwoił razy na kania

i bieżał polotem strzały, przebiega chyżo i most lipowy, chyżo podwórzec kamienny.

Stanął przed gankiem, zeskoczył z konia, biegnie w komnaty znajome. Stał długo giermek

trzymając konie, sen mu zakleja powieki, otrząsł się ze snu i rzekł do siebie:

– O! już kury dawno pieją, trzeba zbudzić mego pana, droga niemała jeszcze do zamku,

a niedługo będzie świtać.

Podchodzi pod drzwi komnaty i żylastą bije dłonią. – Zbudź się, panie! zbudź się,

panie! bo niedługo zacznie świtać, dosiadajmy prędzej koni, powracajmy już do zamku.

– Snu mi, sługo, nie przerywaj! – Trojan się gniewny ozowie – wiem ja lepiej, kiedy

świta, kiedy hasło śmierci mojej – słońce – zabłyśnie promieniem. . Pilnuj konie,

czekaj na mnie!

Posłuszny giermek nie odrzekł słowa i znowu długi czas czekał. Spojrzy przed siebie

– świtanie zorzy z przestrachem widzi: więc biegnie, żylastą dłonią silniej uderza

w podwoje ciemnej komnaty.

– Zbudź się, o panie! – woła z rozpaczą – widziałem zorzy świtanie! Jeśli na chwilę

zostaniesz jeszcze, promień cię słońca zabije.

– Poczekaj chwilę, zaraz pobiegnę, byle na konia dość czasu, nim po zorzy błyśnie

słońce, będę w murach swego zamku.

Posłuszny giermek czeka troskliwie, nareszcie po długim staniu wybiega Trojan, skacze

na konia i biegnie polotem strzały.

3 Bosiljak ( wasilek: occimum basilicum Linneusza) – ulubiony u Serbów w pieśniach,

jak u naszego ludu ruta, a na całej Rusi kalina i barwinek.

9

4

Ledwo podwórzec przebiegł kamienny, na pół lipowego mostu, aż widzi światło zza góry

jasne.

– Panie! ! to słońce! – wykrzyknie giermek. . – Więc chwila śmierci zbyt bliska!

– z goryczą odrzeknie Trojan. – Zsiędę z rumaka na chłodną ziemię, przycisnę ciało

nieszczęsne, okryj mię płaszczem, a o zachodzie przybywaj z biegunem po mnie.

I skacze z konia drżący i słaby, pada na ziemię wilgotną, a wierny giermek swojego

pana kryje troskliwie pod grubym płaszczem.

Sam z rumakami śpieszy do zamku, w żelazną uderza bramę. – Otwórz! ! odźwierny, otwórz

co prędzej! – woła drżącym głosem sługa.

. Spadł most zwodzony, wpada do zamku i czeladź wszelką zwołuje. – Gdzie pan? ? gdzie

Trojan? – pytają wszyscy. On ze łzami konia wskazał. – Pan na polu rozciągniony,

na wilgotnej ziemi leży, skryty pod płaszcz, o zachodzie mam po niego śpieszyć z

koniem.

5

Był dzień skwarny, wiatr nie powiał, słońce piekło jak ognisko. Pod płaszczem stulony

Trojan, drżąc z gorąca i bojaźni, poprzysięgał sobie w duchu, że jeżeli wyjdzie cały,

już nie będzie czekał zorzy.

Szli pasterze pędząc trzody i nadeszli na Trojana. Patrzą, widzą, że płaszcz leży,

więc podnoszą: widzą człeka, nagle cały płaszcz zrzucili. Trojan krz yczy i zaklina:

– Zakryj płaszczem mię, , człowiecze! nie dopuszczaj ognia, słońca! Próżno błagał

i zaklinał: słońce świeci, a promienie prosto w twarz Trojana biją. Ucichł nagle,

bo już oczy w dwie się krople rozpłynęły, taje głowa, sz yja, piersi – w krótkiej

dobie całe ciało, jakby w łzy się zamieniło. A pamiątka zwłok Trojana w kroplach

rosy chwilę błyszczy, skwarny promień żaru słońca i te krople prędko suszy.

6

O zachodzie wierny sługa z dworzanami zamku śpieszy: nie zastaje już Trojana. Widzi

jeno, że płaszcz leży, ręce łamie i zawodzi. 4 Próżne łzy twe, próżne żale, one

pana nie obudzą.

Z Trojana zamku gruzy zostały, a w komnacie jego ciemnej, kędy nigdy promień słońca

nie zajaśniał, nie zaświecił, dziś jaskółczym gniazdom świeci i wilgotne suszy ściany!

Przytoczyliśmy to podanie Serbów na dowód, że nie brakuje tego rodzaju powieści i

w innych pokoleniach wielkiego szczepu Słowian. Trojan w mgle wieków tak odbija,

jak nasze Waligóry i Madeje.

Z wielkiej liczby klechdów starożytnych kronikarze jednę nam przechowali ze słowiań-

skich czasów. Posłuchajmy powieści, którą nam Baszko i zasłużony heraldyk Bartosz

Paprocki opowiadają zgodnie. Zapomniał już o niej lud dzisiaj, a jednakże dawniej

powszechnie

4 Zawodzić – po serbsku: tuziti, jest to płakać straty umarłego. Dotychczas w Serbii

matka za synem, siostra za bratem, przez trzy lata zawodzą w pole wychodząc.

10 w okolicach Tyńca i Wiślicy znaną była, przytoczyć ją więc muszę jako ważny i

ciekawy,

pomnik tej gałązki literatury.

2. [ WALGIERZ WDAŁY ]

Wdały Walgierz albo Walter, hrabia na Tyńcu i pan zamku tynieckiego, bawiąc się w

postronnych krainach dla przejrzenia spraw rycerskich, zatrzymał się na dworze

króla francuskiego. Mąż urodziwy, odwagi i zręczności niepośledniej, w gonitwach

i turniejach pierwszy dank odnosił i oczy wszystkich zwrócił na siebie, szczególniej

córki królewskiej imieniem Helgundy. Dla niej przyjął urząd podczaszego, a gdy misy

stawiał na stole, uważał, z jakim zajęciem wpatrywała się w jego oblicze, jak oczyma

ścigała każde poruszenie dorodnego dworzanina.

Był na tymże dworze Arinaldus, królewicz niemiecki. Ten, rozkochany w Helgundzie,

jakkolwiek wzgardy doznawał, ciągle gorzał namiętną miłością. Walgierz dla ujęcia

sobie więcej nadobnej królewnej, przekupiwszy stróże zamkowe, codziennie podchodził

pod jej okna i głosem miłym i dźwięcznym śpiewał dumy smutne.

Helgunda zbudzona, zachwycona śpiewem niewidomego trubadura, przywołać rozkazała

strażników zamku, ażeby jej wyjawili nocnego śpiewaka. Gdy ci, przekupieni, nie chcieli

wyznać prawdy tłumacząc się, że z zakrytym obliczem przychodzi, królewna śmiercią

im zagroziwszy zmusiła do wydania Walgierza. Poczęła go dopiero zapalczywiej miłować,

a potem i do siebie na pokój wzywać. 5 Tam postanowiła, widząc przeszkody od ojca,

uciec z Walgierzem do Polski.

Ale zazdrosny Arinald wywiedział się tajemnicy, śpieszy do swego królestwa, przez

które musiał Walgierz powracać, i na Renie zakazawszy przewoźnikom, aby mniej nie

brali jak grzywnę złota, starali się przy tym uciekającego zatrzymać.

Walgierz z Helgundą wkrótce nadbiega, rozkazuje surowo przewoźnikom, by go co prę-

dzej na drugi brzeg wysadzili, a gdy ci, zatrwożeni, posłuszni Walgierzowi zażądali

zapłaty, ten rzuca złoto, wpław Ren przebywa i ku Polsce śpieszy.

Arinald dowiaduje się, że Walgierz już Ren przebył, uzbraja się co prędzej, dosiada

bieguna i dopędza przeciwnika.

– Stój, , zdrajco! – wołał nań z daleka – przewozu nie zapłaciłeś i królewską córęś

ukradł! ! – Kłamiesz! – odwróciwszy się Walgierz odpowiedział – przewóz zapłaciłem,

a córa królewska dobrowolnie ze mną jedzie.

Popędliwy Arinald wyzywa go na pojedynek, z warunkiem, że kto zostanie zwycięzcą,

zostanie panem i królewnej, i łupu przeciwnika.

Rozpoczyna się bójka. Helgunda, co stała za Walgierzem, życząc mu zwycięstwa, była

bodźcem Arinaldowi, stojąc mu na oczach. Niemiec zagrzewany jej widokiem parł silnie

Walgierza, tak, że ten cofać się przymuszony, ujrzał przed sobą kochankę, dla której

bój zacięty toczył. Widok jej zapalił go mocniej: uderza, obala wroga na ziemię

i bez litości zabija. 6 Zdziera zbroję, a ze zwycięskim łupem i królewną powraca

do zamku swojego, Tyńca.

Ale zaledwie przybył, poddani żałobliwie się uskarżali na Wisława pięknego, książęcia

wiślickiego z rodu Popiela jeszcze, o ciężkie krzywdy, jakich doznawać musieli. Walgierz,

gdy na próżno żądał sprawiedliwości, rozgniewany zbiera swoje rycerstwo i w jednej

bitwie

5 Własne słowa Bartosza Paprockiego z dzieła: Herby rycerstwa polskiego, 1584 r.

6 Godzisław Baszko, kronikarz.

11 rozbiwszy Wisława chorągwie, samego jak brańca okuć rozkazał i do wieży wsadził

na zam-

ku tynieckim. Wkrótce na rozkaz króla Walgierz pośpieszył stanąć ze swoim zastępem

do obrony granic. Helgunda rozpaczała przy odjeździe męża. Gdy zajęty wyprawą rycerską

długo nie przybywał, Helgunda opływając we wszelkie dostatki poczęła tęsknić i

zwierzyła się wiernej służebnice z uskarżeniem: „ żem ani dziewka, ani żona, ani

też wdowa ” .

Zrozumiała przywiązana a przebiegła służka tęsknicę swojej pani; radzi przeto, że

w zamku jest więzień dorodny, co ją potrafi ukoić.

Wprowadzono pięknego Wisława, rozkutego z więzów, do komnaty Helgundy; ta, zapo-

mniawszy poprzysiężonej wiary mężowi, nie tylko staje się występną, ale z więźniem

do Wiślicy ucieka.

Po skończonej wyprawie wojennej przybywa na Tyniec Walgierz okryt y sławą r ycerską.

Lecz zaledwie wjechał na podwórzec zamkowy, zdziwiony, nie widząc Helgundy, co zwykle

wybiegała za mury na powitanie męża, zapytuje służby, dworzan i czeladzi o powód

i odbiera okropną wiadomość, że uciekła z Wisławem.

Uniesiony zemstą i rozpaczą, sam jeden, w tej samej zbroi okrytej kurzawą, śpieszy

do Wiślicy. Helgunda była samą, Wisław na łowy wyjechał. Chytra i zdradziecka niewiasta

wybiega przeciw Walgierza, a padając na kolana, skarży Wisława, że ją przemocą

uprowadził z Tyńca, zaklina, by się ukrył we wskazanej komorze, a wyda mu Wisława

dla zaspokojenia słusznej zemsty.

Usłuchał Walgierz, lecz za późno poznał zdradę wiarołomnej żony: napadnięty, przemocą

okuty w kajdany. Wisław, lękając się, by więzień nie uszedł, oddał go pod straż swojej

siostry Ryngi.

Dla większej męczarni Walgierza posadzono go na żelaznym wole, a obróż z szyi przybito

do ściany. Tak skuty miał za więzienie komnatę, gdzie w pobliskości Wisław z Helgundą

w oczach więźnia okazywali swoją miłość. Walgierz musiał patrzeć na wiarołomną żonę

i okrutnego zwodziciela i wroga, lecz nic nie mówił ponure zachowując milczenie.

Rynga, mając dozór nad nim, szpetna aż do obrzydzenia, litując Walgierza męczarni,

a więcej w nim rozkochana, obiecuje z więzów uwolnić z warunkiem, że ją pojmie za

małżonkę, a życie uszanuje brata.

– Przystaję i przyrzekam wszystko! – odrzekł Walgierz chciwy uwolnienia – jeno rozkuj

mię z tych kajdan i podaj mój oręż niezłomny.

Rynga otworzyła kłódki kajdan i miecz Walgierzowi oddała, wisiał on albowiem na osob-

nej ścianie. Walgierz już wolny, oręż za plecyma ukrył, zachowując...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin