ROMAIN ROLLAND DUSZA ZACZAROWANA
Tom I i II
3 ower Press 2000
Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000
4 TYTUŁ ORYGINAŁU FRANCUSKIEGO
< LAME ENCHANTEE> przełożył Franciszek Mirandola
5
PRZESTROGA DLA CZYTELNIKA
Stając u początku nowej wędrówki, nie tak długiej jak Jana Krzysztofa, która, jednak
obejmie także kilka etapów, przypominam czytelnikom przyjacielską prośbę rzuconą
w jednym z punktów zwrotnych dziejów mego muzyka. We wstępie do Buntu podkreśliłem,
że każdy tom winno się traktować jako rozdział dzieła będącego w ruchu, którego myśl
rozwija się wraz z tokiem życia, jakie przedstawia. Cytując stare powiedzenie: –
Koniec jest życia pochwałą, wieczór chlubą, dnia minionego – dodałem: – Gdy dotrzemy
do kresu, osądzicie, ile był wart nasz wysiłek.
Niewątpliwie każdy z tomów musi posiadać swoiste cechy i stanowić pewną całość jako
dzieło sztuki, ale przedwczesne byłoby sądzić wedle niego o idei ogólnej. Pisząc
powieść obieram istotę posiadającą ze mną cos wspólnego ( a raczej ona to dokonywa
wyboru) . Od tej chwili pozostawiam jej swobodę, nie wprowadzając wcale własnej osobowości.
Ciężkie to, zaiste, brzemię ta dźwigana od przeszło półwiecza osobowość i właśnie
niebiański dar sztuki przynosi wyzwolenie: możność pojenia się inną duszą i przechodzenia
w inne egzystencje ( nasi indyjscy przyjaciele powiedzieliby: inne nasze egzystencje;
gdyż wszystko jest w każdym z nas) .
Przeistoczony w Jana Krzysztofa, Golasa czy Anetkę Riviere jestem tylko sekretarzem
ich myśli. Słucham, co mówią, widzę ich czyny i patrzę ich oczyma. W miarę jak nabierają
wiedzy, czerpiąc z serca swego i z ludzi, uczę, się wraz z nimi; gdy się mylą,
padam, wstaje , gdy odzyskują równowagę, i ruszamy w drogę. Nie twierdzę, ze droga
to najlepsza, lecz jest ona naszą drogą. Choćby nie mieli racji Krzysztof, Colas
i Anetka, jednak żyją, a życie to nie najgorsza z racji.
Nie doszukujcież się tutaj tez ni teoryj. Macie przed sobą same jeno wnętrzne dzieje
życia szczerego, długiego i płodnego w radości i bóle. Obarczone jest ono niezawodnie
sprzecznościami, obfituje w błędy, ale także usiłuje osiągnąć w braku niedostępnej
prawdy harmonię ducha, która jest naszą prawdą najwyższą.
R. R. Sierpień 1922 r.
6
TOM PIERWSZY ANETKA I SYLWIA
Miłość to pierwsza z istot zrodzonych, Miłość, która wydała później myśl. . . ,
Rigveda
7
Część pierwsza
* * * Siedziała zwrócona tyłem do okna, a promienie zachodzącego słońca igrały po
silnym jej karku i ramionach. Wróciła właśnie do domu. Pierwszy to raz od wielu miesięcy
Anetka spędziła dzień cały na wsi, przechadzając się i pojąc słońcem wczesnej wiosny,
co oszałamia niby czyste wino, słońcem, którego blasku nie mąci cień bezlistnych
drzew, a rzeźwi chłodny wiew uciekającej zimy. W głowie jej huczało, tętniło w żyłach,
oczy miała zalane potokami światła. Pod spuszczonymi powiekami czerwone i złote błyski,
złotoczerwony nurt przelewał się przez całe jej ciało. Nieruchoma, odrętwiała na
krześle, zatraciła na chwilę świadomość. . .
Pośrodku lasu – staw z plamą słońca podobny oku. Wokoło drzewa o konarach mchem po-
rosłych. Odczuwa chęć kąpieli. Spostrzega, że jest rozebrana. Lodowata dłoń wody
dotyka jej stóp i kolan. Przejmuje ją dreszcz rozkoszy. Naga, przegląda się w złotoczerwonym
stawie. . . Ogarnia ją zawstydzenie nagłe i nieokreślone, jakby czyjeś oczy patrzyły
na nią z ukrycia. Aby im ujść, wchodzi głębiej w wodę, która jej sięga po szyję.
Wiry wody obejmują ją żywym oplotem, a grube liany wiją się wokół jej nóg. Chcę
się uwolnić, a grzęźnie w mule. Wysoko, na powierzchni stawu, śpi źrenica słońca.
Rozgniewana, uderza stopą w dno i wynurza się. Woda jest teraz szara, mętna, brudna.
Ale na połyskliwej jej tafli błyszczy nadal słońce. Anetka, chcąc wydobyć się z
mokrej, nieczystej toni, chwyta gałąź wierzby pochylonej nad wodą. Liściaste, podobne
skrzydłu witki okrywają nagie jej ramiona i biodra. Spływa cień nocy, Anetka czuje
na karku dotknięcie wieczornego chłodu.
Przychodzi do siebie. Kilka zaledwie sekund minęło od chwili, kiedy zapadła w marzenia.
Słońce kryje się za wzgórza SaintCloud. Nadciąga rzeźwe tchnienie wieczoru.
Ocknęła się. Wstaje, drżąc trochę i marszcząc brwi, gniewna, że tak się zapamiętała;
siada w głębi pokoju u kominka, przy ogniu. Miły to ogień, a palące się jasno polana
mają raczej nęcić spojrzenie i dotrzymywać towarzystwa niż ogrzewać. Przez otwarte
okno płynie wraz z wilgotnym powiewem wiosennej nocy melodyjny świergot ptaków, co
wróciły do gniazd i układają się do spoczynku. Anetka marzy. Ale tym razem oczy ma
otwarte. Z powrotem znalazła się w świecie realnym, we własnym domu. Jest znowu
sobą, Anetką Riviere. Pochylona ku ognisku różowiącemu jej młodą twarz, drażniąc
stopą czarną kotkę nadstawiającą brzuch ku złotym blaskom kominka, przypomina sobie
żałobę swą, na chwilę zapomnianą, przywołuje ( znikniony z serca) obraz istoty,
którą utraciła. Ubrana j est w ciężką żałobę, niezatarte ślady przeżyć bolesnych
rysują się na czole i w zaciśnięciu ust, a powieki nabrzmiałe są jeszcze od niedawno
przelanych łez. Jest jednak zdrowa, świeża, pełna soków żywotnych, jak budząca się
natura; silna, rozrosła, niezbyt ładna, ale dobrze zbudowana, ma bujne, kasztano-
wate włosy, złociste na karku, policzki i oczy jak kwiaty, a rozwiewająca się, jak
mgła, melancholia, którą osłonić pragnie krągłość ramion i przyćmić błądzące w
dali spojrzenia, czyni ją podobną do młodej wdowy wpatrzonej w niknący cień ukochanego.
Anetka była wdową w sercu swoim, ale ten, którego cień zatrzymać chciała wyciągniętymi
dłońmi, był jej ojcem.
Straciła go przed pół rokiem, w końcu jesieni. Młody jeszcze Raul Riviere ( miał
niespełna pięćdziesiąt lat) zmarł po dwudniowej chorobie na atak uremii. Od kilku
już lat czuł się niezdrowy i winien był szczędzić sił, nie zwracał jednak na to
uwagi, nie spodziewając się tak nagłego końca. Był znanym w Paryżu architektem, dawnym
stypendystą Villa Romana; przystojny, urodzony spryciarz, był obdarzony znakomitym
apetytem. Fetowany po salonach, lu-
8 biany w sferach urzędowych, umiał przez całe życie, pozornie bez zabiegania o to,
zbierać
korzystne zamówienia, zaszczyty i dobre okazyjki. Postać jego, iście paryska, spopularyzo-
wana była przez fotografie i rysunki w pismach oraz przez karykatury. Czoło miał
mocno sklepione, wydatne skronie, a głowę nosił pochyło jak byk gotujący się do ataku.
Wypukłe oczy błyszczały odwagą, włosy miał białe, bujne, przystrzyżone na jeża, muszkę
pod roześmianymi, żarłocznymi ustami, minę sprytną, trochę bezczelną, ale pełną
wdzięku i efronterii. Wszyscy go znali w Paryżu sztuki i użycia, a jednak naprawdę
nie znał go nikt. Posiadał naturę dwoistą i umiał się cudownie przystosowywać do
środowiska, aby je eksploatować, jednocześnie zaś potrafił sobie stworzyć życie
tajne, własne. Był człowiekiem o silnych namiętnościach i potężnych nałogach, którym
bynajmniej nie stawiał tamy, starannie się z tym jednak ukrywając, aby nie gorszyć
klientów. Urządził sobie sekretne muzeum ( fos ac nefas 1 ) , którego drzwi uchylał
tylko nielicznym wtajemniczonym; nie liczył się zgoła z upodobaniami i moralnością
ogółu, a jednocześnie dostosowywał do nich swoje jawne życie i oficjalne prace. Nie
znał go nikt ani spośród przyjaciół, ani wrogów. Nie miał zresztą wrogów, co najwyżej
rywali, którzy ciężko płacili za to, iż stanęli mu na drodze; pognębiwszy ostatecznie,
umiał ich sobie potem zjednywać, tak że nie tylko nie czuli doń urazy, ale niemal
gotowi byli z uśmiechem prosić o przebaczenie, jak ów nieśmiały, który przeprasza
za to, iż mu depczą po nogach. Bezwzględny i chytry, umiał dokonać nie lada sztuki
podtrzymując dobre stosunki zarówno z pokonanymi współzawodnikami jak i z kochankami,
które porzucił.
Mniej był szczęśliwy w małżeństwie, gdyż żona nie nauczyła się tolerować niewierności
męża, mimo iż – jak myślał – w ciągu dwudziestu pięciu lat pożycia powinna się była
z tym w pełni oswoić. Uczciwość jej była ponura, obejście chłodne, chłodna też piękność.
Pochodziła z Lyonu; uczucia jej były mocne, lecz zbyt wyłączne; nie umiała przywiązać
do siebie męża i brakło jej praktycznego talentu niedostrzegania tego, czemu przeszkodzić
nie mogła. Była zbyt ambitna, aby się skarżyć, ale nie umiała zrezygnować z okazywania
mu, że wie o wszystkim i cierpi. Był wrażliwy ( tak przynajmniej sądził) , przeto
unikał myślenia o tym, lecz żywił urazę do żony, że nie umie lepiej przysłaniać swoich
„ egoistycznych porywów ” . Od lat całych żyli niemal w separacji, choć kryli to
milcząco a zgodnie przed światem, tak że nawet córka Anetka nie zdawała sobie sprawy
z sytuacji. Nie badała zresztą przyczyn nieporozumień zachodzących pomiędzy rodzicami:
było jej to niemiłe. Młodość ma dość własnych spraw. Tym gorzej dla spraw innych.
Szczytem zręczności Raula Riviere było pozyskanie córki. Nie uczynił właściwie nic
w tym celu – zwyciężyła jego sztuka. Nie padło żadne słowo wymówki, nie wymknęła
się ani jedna aluzja do jakichś błędów żony. Był rycerski; córce pozostawił trud
domysłu. Uczyniła to nader prędko pod wpływem swoistego czaru ojca. Cała rzecz polegała
na tym, że nigdy nie obwiniał kobiety, która będąc jego żoną okazała się na tyle
niezręczna, że zepsuła sobie to szczęście. W owej nierównej walce pani Riviere musiała
zostać pokonana, a śmierć dopełniła jej klęski: umarła przed mężem. Raul pozostał
panem pola bitwy i serca córki. Przez pięć ostatnich lat Anetka żyła w atmosferze
moralnej swego czarującego ojca, który ją kochał i bez złej woli zresztą, otoczył
pokusami stanowiącymi przyrodzone mu środowisko. Szafował nimi tym hojniej, że
nie mógł wyżyć się na zewnątrz: przez dwa ostatnie lata życia zapowiedź choroby,
która go zabiła, – zmuszała Raula do zamknięcia się w zaciszu domowego ogniska.
. Nic tedy nie mąciło gorącej zażyłości łączącej ojca z córką i wypełniającej rozbudzone
na poły serce Anetki. Liczyła około dwudziestu czterech lat, ale serce miała młodsze,
gdyż zmysły jej były jeszcze uśpione. Ponieważ należała do tych, którzy mają długą
przyszłość przed sobą, i ponieważ wyczuwała w sobie głęboki nurt życia, dlatego,
być może, pozwalała, by ono płynęło, i nie śpieszyła się, by je sobie uświadomić.
Dziedziczyła po obojgu rodzicach; po ojcu wzięła rysy twarzy i ujmujący uśmiech,
który u niego obiecywał znacznie więcej, niźli zamierzał dać, a u niej, czystej jeszcze,
więcej znacz-
1 Fas ac nefas ( łac. ) – godziwe i niegodziwe. .
9 nie, niżby dać pragnęła; od matki zaś otrzymała pozorny spokój, umiar w zachowaniu
i suro-
wą moralność mimo poglądów nader liberalnych. Owa dwoistość pociągała czarem uwodzi-
cielskim jednej i rezerwą drugiej strony. Trudno było odgadnąć, który z temperamentów
miał w niej przewagę. Prawdziwa jej natura nie była dotąd znana. Ani ludziom, ani
jej samej. Nikt nie domyślał się, co kryje jej serce. Była niby Ewa półśniąca w raju.
Nie uświadamiała sobie własnych pożądań. Były jeszcze uśpione, nic ich jeszcze nie
rozbudziło. Starczyło wyciągnąć ręce, by dać im ujście, ale nie czyniła tego, zasłuchana
w ich radosny rozgwar, a może też nie chciała tego uczynić. . . Czyż wiadomo, do
jakiego stopnia sami się łudzimy unikając spoglądania tam, skąd zagraża niepokój?
Wolała nie dostrzegać owego morza wewnętrznego. Anetka taka, jaką znano, Anetka
świadoma samej siebie, była to osóbka spokojna, rozsądna, praktyczna, panująca nad
sobą, wyposażona w silną wolę i własny pogląd na świat, osóbka, która jednak nie
miała dotąd żadnej sposobności wypróbowania tych swoich cech w walce z zasadami panującymi
w świecie czy też obowiązującymi w środowisku domowym.
Nie zaniedbywała świata, nie była też zblazowana jego ponętami, przeciwnie – smakowała
je z doskonałym apetytem, równocześnie jednak odczuwała potrzebę poważniejszego zajęcia.
Nabyła dużo wiadomości, skończyła uniwersytet i zdobyła dwa dyplomy. Obdarzona inteli-
gencją
żywą, spragniona działania, lubiła precyzyjne metody pracy umysłowej, zwłaszcza w
zakresie nauk ścisłych, do których była szczególnie uzdolniona. Zdrowa jej natura,
wiedziona instynktowną koniecznością równowagi, czuła potrzebę przeciwstawienia ścisłej
metody naukowej, wolnej od niedomówień i mgieł, temu właśnie niepokojącemu czarowi
życia wewnętrznego, którego się bała, a które wbrew jej wysiłkom, w momentach słabości
czy bezwładu umysłowego, jawiło się u progu duszy. Aktywność ta, jasna, czysta,
jędrna i prosta, zadowalała ją na razie. Nie chciała myśleć, co nastąpi potem. Małżeństwo
nie pociągało jej i odsuwała od siebie myśl o nim. Ojciec z pobłażliwym uśmiechem
słuchał jej postanowień, ale ich nie zwalczał, gdyż było mu z tym dobrze.
* * * Zniknięcie Raula Riviere zachwiało aż do fundamentów życiem Anetki i dopiero
teraz przekonała się, jak silne znajdowała w ojcu oparcie. A przecież, oblicze śmierci
nie było jej obce. Już wcześniej poznała je, kiedy przed pięciu laty straciła matkę.
Ale oblicze to nie zawsze bywa jednakie. Pani Riviere spędziła kilka miesięcy w
sanatorium i odeszła w milczeniu, jak żyła, zabierając z sobą tajemnicę cierpień
i walk przedzgonnych oraz trosk całego życia. Naiwny egoizm młodości sprawił, iż
Anetka odczuła jedynie łagodny żal, podobny temu, jaki wywołuje pierwszy deszcz wiosenny,
a jednocześnie doznała ulgi, do której trudno przyznać się przed sobą; ostatni cień
wyrzutu zniknął wkrótce w promieniach beztroskich i pogodnych dni.
Inaczej umierał Raul Riviere. Cios dosięgnął go w pełni szczęścia, kiedy mniemał,
że długo jeszcze będzie się nim poił, i nie miał odchodząc ze świata żadnej filozofii
na pocieszenie. Cierpienie i widmo śmierci przyjął krzykiem buntu. Walczył, przejęty
zgrozą aż do ostatniego tchnienia, niby koń dopadający w galopie wzgórza. Te straszliwe
obrazy odbiły się niby w wosku na rozgorączkowanym umyśle Anetki. Po nocach dręczyły
ją przywidzenia. Nieraz, gdy leżała w mroku sypialni, mając już zasnąć, zrywała się
nagle i ponownie przeżywała agonię ojca; obraz jego śmierci i twarz jego jawiły
się przed nią z tak straszliwym realizmem, że zdawało się jej, iż sama umiera; nie
odróżniała jego spojrzenia od swego, jego tchnienia od własnego oddechu – i w jego
zamierających oczach widziała rozpaczliwe wołanie. Męka ta załamałaby ją, gdyby nie
siła młodości i odporność organizmu. Im silniej napięta jest cięciwa, tym dalej leci
strzała życia. Oślepiająca światłość owych omamień zgasła, zgładzona swą
10 własną siłą, pozostawiając po sobie mrok. Przepadły gdzieś rysy twarzy, głos i
jakby promie-
niowanie osobowości zmarłego, wszystko znikło: Anetka, usiłująca aż do wyczerpania
zatrzymać i utrwalić cień żyjący w niej dotąd, spostrzegła, że go już nie ma. Została
tylko ona. . . Sama. . . Zupełnie sama. Ewa zbudziła się w raju bez towarzysza obok
siebie, bez tego, który, jak wiedziała, był zawsze tak bliski, że nie próbowała go
nawet poznać; on zaś niepostrzeżenie przybierał w jej myślach niepewny jeszcze
kształt miłości. Nagle raj utracił swe bezpieczeństwo. I tam dotarły niespokojne
podmuchy z zewnątrz; dotarło tchnienie śmierci i tchnienie życia. Anetka rozwarła
oczy wśród mroków, jak pierwsi ludzie świadoma rozlicznych, czyhających wokoło niebezpieczeństw
i instynktem wyczuwająca walki, które będzie musiała stoczyć. Zaraz też zbudziła
się uśpiona dotąd energia i czekała, gotowa do walki. Samotność jej zaludniła się
potęgami namiętności.
Równowaga została zwichnięta. Niczym wydawały jej się teraz studia i prace, a stanowi-
sko, które im wyznaczyła w życiu, zgoła śmieszne. Druga część obszaru duszy, dotknięta
bólem, rozszerzała się w nieskończoność, a wstrząs wywołany ciosem obudził wszystkie
nerwy: wokół rany zadanej stratą ukochanego towarzysza, zbiegły się z najbardziej
ukrytych głębi jej istoty wszystkie moce miłosne, tajne i nieznane, przyciągnięte
otwierającą się pustką. Zdziwiona tą inwazją, Anetka starała się nadać im odmienne
znaczenie. Wysilała się, by kierować je wszystkie ku określonemu obiektowi swego
cierpienia – zarówno dotkliwe wołania zmysłów, które rozpalały jej krew wraz ze
zbliżaniem się wiosny, jak i niejasny a silny żal za szczęściem. . . straconym czy
upragnionym? Wyciągała ramiona ku temu, co jeszcze nie istniało, a serce wyrywało
się ku przeszłości, a może przyszłości. . . Ale wysiłki te kończyły się tym jeno,
że żałoba jej roztapiała się w dziwnym misterium bólu, namiętności i jakiejś tajem-
nej żądzy. Trawiło ją to i jednocześnie podniecało do buntu. . .
Tego wieczora kwietniowego bunt ów nią owładnął. Rozum dziewczyny oburzał się na
marzenia bezplanowe, nie kontrolowane od długich miesięcy, a tak niebezpieczne. Chciał
je stłumić, ale stawiły opór, nie słuchały, on zaś zatracił już zdolność rozkazywania.
. . Anetka oderwała w końcu oczy od ognia i wyzwalając się spod przemożnego czaru
nocy, która nadeszła tymczasem, wstała i otuliwszy się szlafrokiem ojca, zapaliła
lampę.
Gabinet Raula Riviere przytykał do ogrodu, a przez uchylone drzwi widać było teraz
wskroś młodego listowia drzew błyszczące w ciemności fale Sekwany. W dali rzeka tworzyła
ciemną masę, zda się nieruchomą, na której kładły się odbicia domów przeciwległego
brzegu, usiane jasnymi punktami rozświetlających się jedno po drugim okien. Ponad
wzgórzami SaintCloud gasły ostatnie błyski dnia. Raul Riviere miał wyrobiony
gust i chociaż nie okazywał go w stosunkach z bogatą klientelą, której tępą rutynę
i śmieszne kaprysy zawsze szanował, to jednak zamiast stawiać dla siebie dom, wybrał
położony na Quai de Boulogne stary pałacyk w stylu Ludwika XVI i zajął się tylko
jego wewnętrznym urządzeniem. Gabinet, gdzie pracował, mógł służyć również poczynaniom
miłosnym i niezawodnie pełnił nieraz tę drugą powinność. Riviere przyjmował tu
niejedną miłą wizytę bez budzenia niczyich podejrzeń, gdyż do gabinetu wchodziło
się wprost z ogrodu. Ale od dwu lat nie używano tych drzwi, a jedyną odwiedzającą
ojca kobietą była Anetka. Tutaj najmilej im było rozmawiać. Anetka chodziła z kąta
w kąt, to i owo porządkując, dolewając wody do wazonu z kwiatami, czasem zaś siadała
nagle bez ruchu, z książką w ręku, wciśnięta w róg sofy, patrzyła na gładką powierzchnię
rzeki i z roztargnieniem, nie przerywając niedbałej lektury, rozmawiała z ojcem.
On siedział w pozie wygodnej, świadczącej o znużeniu, a oczy jego chwytały bystro
każde poruszenie córki. To stare rozpieszczone dziecko musiało stanowić ośrodek myśli
wszystkich osób, z którymi obcował. Zasypywał ją tedy pytaniami, uwagami, przymówkami,
wyrzutami, serdecznościami dotąd, aż zwrócił na siebie całą jej uwagę i przekonał
się, że słyszy każde jego słowo. Podrażniona tym, a zarazem uszczęśliwiona, że nie
może się bez niej obejść ani chwili, Anetka porzucała wszystko, aby zająć się tylko
nim, a on, pewny teraz słuchaczki i zadowolony, hojnie szafował zasobami swego
błyskotliwego umysłu. Puszczał rakiety dowcipu,
11 obrywał płatki kwiecia wspomnień, wybierając, oczywiście, jeno pochlebne i przysposobione
ad usum delphini 2 , a raczej delfinki, której upodobania, tajne zainteresowania
i nagłe odrazy znał tak dobrze. Zawsze opowiadał jej to właśnie, co słyszeć pragnęła.
Anetka, cała w słuch zamieniona, dumna była z jego zwierzeń i słuchała, wierząc,
że uzyskała ze strony ojca znacznie więcej, niźli to udawało się przez całe życie
jej matce. Była jedyną, jak mniemała, powiernicą intymnej strony jego życia.
Atoli inny jeszcze powiernik znalazł się w jej rękach, mianowicie wszystkie papiery
pozostałe po ojcu. Anetka nie starała się ich poznać, cześć i miłość mówiły jej,
że nie ma do tego prawa, ale wchodziły w grę inne względy. Należało zadecydować o
ich losie, bo Anetka, jedyna spadkobierczyni, mogła . również umrzeć, a papierów
rodzinnych nie należało oddawać w obce ręce. Koniecznie tedy musiała je przejrzeć,
aby jedne zniszczyć, inne przechować. Zdecydowała się na to już kilka dni temu. Ilekroć
jednak znalazła się w gabinecie przepojonym obecnością umiłowanego ojca, nie była
zdolna do niczego prócz sycenia się tą atmosferą i godzinami siedziała bez ruchu.
Bała się, że otwierając stare listy zetknie się zbyt bezpośrednio z rzeczywistością.
. .
Ale trzeba to było uczynić i owego właśnie wieczora zdecydowała się. Tej nocy, rozma-
rzającej, przesyconej tkliwością, z niepokojem czuła, jak rozprasza się jej boleść,
i chciała utwierdzić się w przekonaniu, że zmarły jest jej niepodzielną własnością.
Przystąpiła do mebelka z różanego drzewa, nadającego się raczej do buduaru kokietki
niźli do gabinetu mężczyzny. Wysoka szyfonierka, w stylu Ludwika XV, pełna była
listów i papierów osobistych, zawartych w siedmiu czy ośmiu piętrach szufladek –
był to bowiem miniaturowy czarujący prototyp amerykańskich skyscrapers 3 . Anetka
uklękła, otwarła dolną szufladę, wyjęła ją i wróciwszy na swe miejsce u kominka,
położyła na kolanach, aby wygodnie zbadać zawartość. Cisza była zupełna. Anetka mieszkała
tylko ze starą ciotką, która prowadziła gospodarstwo i nie liczyła się wcale. Zawsze
w cieniu brata, ciotka Wiktoryna służyła mu przez całe życie, uważając to za naturalne,
i teraz zgodziła się pozostać w roli gospodyni u bratanicy. Jak stary kot stanowiła
część inwentarza domowego, a zapewne przywiązana była do mebli równie mocno jak do
ich właścicieli. Wieczorem wcześnie udawała się do swego pokoju i daleka jej obecność
oraz powolne, miękkie, starcze stąpanie nie przeszkadzały Anetce w marzeniach więcej,
niżby to czyniło zwierzę domowe.
Zaczęła czytać, zaciekawiona i nieco trwożna. Obdarzona jednak instynktem porządku
i spokoju oraz pragnieniem, by wokół niej wszystko było jasne i uładzone, opanowała
się, rozkładała listy bardzo powoli i z taką obojętnością, że sama chwilami odnosiła
wrażenie, iż ją to wszystko nic nie obchodzi.
Z początku przeczytała kilka listów matki. Uporczywy ton smutku, znany z własnego,
nie zawsze miłego doświadczenia, dotknął ją i upatrując w tym, jak zawsze, chorobliwy
nastrój umysłu zmarłej, szepnęła: – Biedna mama! – W miarę jednak dalszej lektury
zaczęła dostrzegać po raz pierwszy, że po stronie matki było wiele słuszności.
Zaniepokoiły ją wzmianki o niewierności ojca, ale zbyt stronniczo usposobiona, pominęła
je udając, że nie dość dobrze rozumie. Miłość ojca kazała jej zamykać oczy, dostarczając
po temu niezwalczonych racji. Jednak niebawem odkryła, jak wielka była powaga duszy
pani Riviere i jak głęboko zostały zranione jej uczucia; zaczęła też wyrzucać sobie,
że zapoznawszy ją przysporzyła nieraz cierpień jej pełnemu poświęceń życiu.
W tejże samej szufladzie drzemały i inne paczki listów, niektóre nawet rozwiązane
i pomieszane z listami matki, jakby na świadectwo lekkomyślności Raula, który beztrosko
stosował tę samą metodę i w korespondencji, i w życiu.
...
rutkowska-j