Forever.
Na zawsze.
written by Wendy.
Jeśli kłamiesz, nie możesz wymagać od innych, aby mówili Ci prawdę.
Alex jest młodą, odnoszącą sukcesy piosenkarką. Niestety, jej największe marzenie wydaje się niemożliwe do spełnienia - zaśpiewanie z Królem. Co jednak, jeśli się myli? I Michael może nie tylko z nią zaśpiewać, lecz być jej przyjacielem, a nawet kimś więcej?
Prolog: Nieodwracalne zmiany
Urodziłam się dwunastego sierpnia 1989 roku. Niektórzy twierdzą, że przez wychowanie się w wolnym kraju nie znam prawdziwego życia (niestety, ludzie często mylnie mnie oceniają, nie znając mnie, nie zamieniwszy ze mną słowa). Czyżby? Miałam długie, szczęśliwe, bardzo ciekawe dzieciństwo. Oprócz nauki i rozrywek wypełniała je praca – ukochana przez mnie, lecz mimo wszystko ciężka i wymagająca poświęceń; ale gdyby nie ona, nigdy nie miałabym możliwości odnalezienia swojego szczęścia...
Pomimo wielu kłopotów rodzinnych zawsze byli przy mnie bliscy, na których mogłam liczyć. Bardzo to doceniam. Ufali mi w ciemno, kochali taką, jaka jestem, nie żądali nic w zamian... Mam dobre relacje nawet z moimi byłymi chłopakami. Jednakże moją największą miłością od zawsze była muzyka - toteż człowiek, który jest moim życiem, jest muzyką.
Doskonale pamiętam marzenie, jakie pojawiło się w mojej głowie niedługo po poznaniu go. Pragnęłam sprawić, aby był tak szczęśliwy, jak niegdyś. On spełnił wszystkie moje marzenia. On był tym, z którym nie żałowałam niczego. On był tym, który pokazał mi smak realnego życia, wolności. Ujawnił, na czym polega prawdziwa miłość. On był tym, na którego czekałam, nawet o tym nie wiedząc.
Ja zaś uświadamiałam go, że musimy pozostać tak ludzkimi, tak skromnymi, jak tylko możemy. Nie pozwalałam uwierzyć w słowa obcych, pokazywałam, jak bardzo jest ważny, potrzebny, niezastąpiony, kochany. Przypominałam, iż nie wolno nam się poddawać.
Pozostawił nieodwracalne zmiany na mojej egzystencji, duszy i sercu, gdy miałam dziewiętnaście, dwadzieścia lat.
I Mistrz
Wrzesień 2008 roku
Wyłączyłam silnik i upewniłam się, że motor jest stabilnie oparty, po czym szybkim ruchem rozpięłam suwak skórzanej kurtki – jadąc, należy być pewnym, iż ewentualne otarcia zostaną złagodzone, ale słońce grzało tego dnia Nowy Jork. Następnie wysunęłam z kieszeni okulary przeciwsłoneczne i błyskawicznie zdjęłam kask oraz założyłam na nos przyciemniane szkła - w taką pogodę nie miałam najmniejszej ochoty robić makijażu, a paparazzi byliby zachwyceni widokiem Alex Rock wyglądającej na swoje osiemnaście lat.
Przeczesałam palcami włosy, po czym skierowałam się w stronę studia, które mieściło się trzy budynki dalej. Słoneczna pogoda wywoływała dobry nastrój, więc uśmiechnięta przywitałam się z ochroniarzem. Zawsze był skory do rozmów, podobnie jak „goryl” braci Jersey; nawet ich wygląd niektórych mylił: obaj byli Afroamerykanami, mieli jasnobrązowe oczy, łyse czaszki, trochę nadwagi; odznaczali się naprawdę wysokim wzrostem. Anegdotka: w młodości ochroniarz wytwórni wybił sobie ząb na lodowisku, jednak jego mama szybko wcisnęła go na miejsce. Greg wciąż go używał!
– Cześć, Greg! Jak żywot twój?
– Ach, nie narzekam, Olu. Nudzi ci się, że postanowiłaś przyjść do pracy? - Zażartował.
– A co innego można tutaj robić po dwóch tygodniach?... - Wyszczerzyłam zęby.
– Taka dziewczyna jak ty zawsze ma coś ciekawego do roboty. Ale sądzę, że dobrze, iż tu dziś jesteś. Mamy pewnego ciekawego gościa... - Uśmiechnął się tajemniczo.
– Tak? Kogo? - spytałam zaintrygowana.
– A, nie, nie, nie powiem... Chyba że go nie poznasz... Ale moim zdaniem tobie się to należy. No, miłej roboty! - Otworzył drzwi, więc wiedziałam, że nic więcej się nie dowiem.
„Cholera, przecież on wie, jakie to dla mnie frustrujące! Trudno, może się dowiem. A jeśli nie, to oby nie był to ktoś naprawdę dobry...” myślałam.
Poszłam po klucze do swojego studia, a potem do bufetu po wodę z cytryną (dobrą na gardło) - ale nie cytrynową - zawierała cukier! Przy okazji pogadałam z innymi podopiecznymi naszej wytwórni - spytałam, czy nie wiedzą, kto tu nagrywa. Niestety, czeski film. Czy ktoś sobie robił ze mnie jaja, czy może była to jakaś super tajna sprawa?! Cóż, tak czy siak, postanowiłam się tym nie przejmować i poszłam do studia.
Ruszyłam schodami - pracowałam na drugim piętrze * i po jeździe motorem zawsze starałam się trochę dotlenić. Na swojej kondygnacji ruszyłam, stukając obcasami motocyklowych butów (były takie szałowe!), lecz stanęłam w szoku, gdy ze studia obok usłyszałam:
– ...I used to feel I should give away my heart / ...Kiedyś czułem, że powinienem dać moje serce
And it shows that fear of needing them, / I to pokazuje ten lęk ich bycia w potrzebie,
Then I read the headlines and it said they're dying here / Wtedy przeczytałem nagłówki mówiące, że oni tu umierają
And it shows that we must heed instead... / I widać, że musimy za to baczyć...
Oczy zrobiły mi się wielkie jak dwuzłotówki. Skąd w mojej wytwórni hymn świata?! Co prawda trochę zapomniany, ale jednak... Opamiętałam się jednak, że nie powinnam była tak podsłuchiwać czyichś nagrań. To dobrze, że ktoś nadal doceniał taką muzykę, która będzie trwała wiecznie... Nigdy nie traciłam nadziei, że Król jeszcze powróci i wszystkim szczęki opadną - a co! Cieszyłam się na możliwość kontaktu z jakimś muzykiem, który również nie wstydził się przyznać do tego, iż cenił i stawiał sobie za wzór największego artystę wszech czasów.
Do siebie skierowałam się na palcach - o tyle, ile mi się udało, na szczęście obcasy nie były zbyt wysokie - w końcu i tak byłam „długa”.
Lubiłam moje nowojorskie studio. Miało klimat: było duże, przestronne, ze złocistozielonymi ścianami (nawet gdybym nie była taka stara, to wstyd byłoby mi po nich pisać, tak, jak w Pradze!). Sprzętu było tyle, co u nas w Pradze i Warszawie, nawet na moją prośbę znajdowały się tam zwykłe PC-ty z Windowsami, a nie te kretyńskie Maci, które tak uwielbiała cała Ameryka. A mikser to rarytas - Leszek wolał tłuc się za ocean, abyśmy mogli go używać!
Na ścianie wisiał piękny kolaż ze zdjęciami, który załatwiła mi kochana Karolinka, a w szafce leżały poukładane miniaturowe cedeki z nagranymi podkładami oraz schludnie ułożone w teczce wszystkie teksty piosenek.
Ponieważ dużą wadą (chyba jedyną, obok zanieczyszczania środowiska i niemożliwości kimnięcia się) jazdy na motorze była niemożność słuchania muzyki, od razu włączyłam moją ulubioną Dangerous Michaela Jacksona. Po prostu kochałam Black or White, Give in to Me i to wszystko! Zadziwiało mnie, że on mógł śpiewać i Billie Jean, i Beat It, i Heal the World, i She's Out of My Life i Human Nature i jeszcze The Way You Make Me Feel! Co prawda mnie udawało się śpiewać i mocne kawałki, i ballady, ale z utworów Michaela najlepiej wychodziło mi Black or White. Uwielbiałam ten teledysk!
A w dodatku on był nie tylko muzykiem. Widziałam, jak pięknie rysował i jakie fantastyczne wiersze pisał! Gdyby człowiek chciał się z nim porównywać, od razu popadłby w wielkie kompleksy, wiedziałam z własnego doświadczenia... Właśnie dlatego nigdy nie pomyślałam, że miałam wszystko - nie sprzedałam sto siedemdziesięciu milionów płyt na całym świecie, nie miałam najlepiej sprzedającego się albumu wszech czasów, nie dostałam dwunastu nominacji i ośmiu nagród Grammy jednego wieczoru... Och, można by tak pół dnia wymieniać.
Tak, jedyną rzeczą, jakiej zazdrościłam mojej siostrze było to, że widziała Michaela dwukrotnie na żywo. Była na jego dwóch koncertach, w Pradze i Warszawie. A ja tylko słyszałam go na żywo - fragment koncertu na Bemowie...
Ale OK, przestańmy rozmyślać o Mistrzu, którego pewnie nigdy nie miałam spotkać, (niestety!) i zajmijmy się pracą... Cóż, skoro był czeski film, to zaśpiewajmy coś po czesku! Wzięłam tamburyn, włączyłam swoją muzykę i zaczęłam śpiewać:
– Tolikrát / Tyle razy
slyším, že se neztratím, / słyszę, że się nie zgubię,
prý se nemám čeho bát. / podobno nie mam się czego bać.
Tolikrát / Tyle razy
koukám dírkou klíčovou, / Patrzę przez dziurkę od klucza,
co se všechno může stát. / co się wszystko może stać.
Všechno je, / Wszystko jest,
všechno je stejné / Wszystko jest takie samo
prej, že to dál takhle nejde / Mów, że nie możesz tak kontynuować
na „velké” věci si přivykám!... / Do „dużych” rzeczy jestem przyzwyczajona!
O tak, kochałam śpiewać, także po czesku (ale polski był zdecydowanie do tego najlepszy!). Wykonanie Zavři oči z trasy przypomniało mi też, jak to chwaliłam się grą na perkusji i grałam Billie Jean (hmm, brzmiało jak polifonia z komórki, lol) przechodzącą w Du Hast Rammstein!
„O matko, laska, jak dalej tak będziesz bujać w obłokach, to nigdy nowej płyty nie nagrasz!” skarciłam się w myślach i naprawdę zajęłam się robotą - wzięłam tekst, włączyłam instrumental, by spróbować napisać najnowszy utwór we wszystkich językach, które dobrze znałam - no, oprócz francuskiego, może kiedyś. Moi françois est un peu... Właśnie, nie pamiętałam, jak był „mierny”.
Po dwóch godzinach napisałam dwie zwrotki. Do refrenu miałam pewne zastrzeżenia, a przejścia wcale nie mogłam napisać. Postanowiłam zrobić sobie małą przerwę (tak, tak, zawsze byłam strasznym leniem!). W szafce znalazłam ostatni, jeszcze nie przeczytany Vogue (tam nie można było się obejść bez tamtej snobistycznej gazety, chcąc być „kimś”!) i ciastka sprzed dwóch dni - te słodkie, typowo amerykańskie, które akurat lubiłam - choć były tak niezdrowe dla zębów (bardziej dbałam o zęby niż o linię, serio. Nosiłam aparat ortodontyczny i później dostałam prawdziwego świra na tym punkcie. Nie to, że klamerki były niefajne, o nie!)! Wybuliłam też pół mojej wody, słuchając HIStory MJa:
– Somebody please, have mercy, / Proszę, niech ktoś ma litość,
'Cause I just can't take it! / Bo po prostu nie mogę tego znieść!
Stop pressurin' me, / Przestańcie na mnie naciskać,
Just stop pressurin' me! / Po prostu przestańcie na mnie naciskać!
Make me wanna screeeaaam! / Aż chce mi się krzyczeć!
Make you wanna screeeaam! / Aż chce ci się krzyczeć!
Uwielbiałam Scream. Śpiewałam do końca, nie omieszkując się ocenzurować niegrzecznego słowa, mając przy tym dziką zabawę. Zawsze włączałam ten utwór, gdy miałam nadmiar energii, a brak koncertów, by się wyżyć. Można było wszystko wykrzyczeć i już!
Mając wybiórczy nastrój, przełączałam HIStory po Childhood - długo, nie? Tak było i wtedy. Puściłam Invincible. Gdy HIStory nie poszła do końca, zaczynałam od czwartej ścieżki, więc usłyszałam aksamitne takty Break of Dawn. Śliczna była! Nuciłam melodię, nie przejmując się treścią utworu i przeglądałam gazetę, rozciągając nogi na biurku. O tak, żyć nie umierać! Hm, ale przydałby mi się tu mój kochany Ziutek... I jakieś wygodniejsze siedzenie niż obrotowe krzesło...
Wtem do drzwi ktoś zapukał - niezbyt natarczywie, ale zdecydowanie. Zaskoczona upuściłam gazetę i uderzyłam kostką o nogę mebla - cała ja.
– Come in, please - Odezwałam się, siadając, jak przystało. Kogo tu przyniosło?! Przecież to studio było tylko moje, sami mi je dali za platynę. A może mieli zamiar mnie stąd wywalić? Albo usłyszeli, co wyczyniam i chcieli mi oznajmić, że tu się robi tylko poważną robotę, a obijać się mogłam w Europie?
– Zgłaszam się po prawa autorskie.
– A dzień dobry? - powiedziałam niezbyt inteligentnie i miło. W szoku patrzyłam na mężczyznę w drzwiach.
* w amerykańskim – w brytyjskim (i w polskim) to byłoby drugie piętro, bo liczymy parter.
II Ten dzień trzeba gdzieś zapisać
– Good afternoon. - Uśmiechnął się. Nie wiedziałam, czy śmiał się z mojej pomyłki, czy życzliwie się uśmiechał. W ogóle nie byłam pewna, czy to naprawdę on, czy jakiś sobowtór. Głos miał całkiem podobny, z tego, co pamiętałam. A sobowtórów miał mnóstwo. A... A bransoletkę mógł sobie skombinować podobną... Czy było możliwe, że tamten człowiek mniej więcej mojego wzrostu (bez obcasów), w czarnej, skórzanej kurtce (fajne te suwaki!), ciemnogranatowych jeansach (nie, nieprzykrótkich) i czarnych, połyskujących mokasynach, o długich, lśniących, mocno kręconych włosach, dużych, ciemnobrązowych oczach (wooow, były naprawdę cudowne, nieporównywalne do tych ze zdjęć, w które kiedyś wgapiałam się godzinami!), bardzo bladej skórze był... Królem Popu?! Cóż, z pewnością prędzej Jacksonem niż Hendriksem *... Ratunkuuu... „Diana, dlaczego cię tu nie ma?! Ty jedna powiedziałabyś mi, czy to on! I sama zaczęła nawijkę!” krzyczałam w myślach.
– A, tak... Ciągle zapominam... Good afternoon. - Uśmiechnęłam się miło, aby zatrzeć nieciekawe pierwsze wrażenie - miałam nadzieję, iż on wiedział, że często jest mylne. - Prawa autorskie? Kurde, to mam przekichane. Sony przywala się do wszystkiego bez względu na wszystko na YouTubie. Zawieszą mi konto i zero informacji.
– Niestety tak robią. Ach, przepraszam, że zapomniałem o powitaniu. - Przywołał na ładną, bladą twarz skruszony uśmiech.
– Nie, to ja przepraszam, że się tak zachowałam... - Zarumieniłam się.
– Ależ nie, to mój błąd, zapomniałem o tak oczywistej i ważnej rzeczy.
Uśmiechnęłam się szeroko, chyba nawet jak idiotka.
– Zdarza się, w końcu jesteśmy zalatani. Nie ma problemu.
Odwzajemnił uśmiech i wyciągnął ku mnie rękę.
– Michael Jackson.
Przypomniały mi się słowa dziennikarza RMF fm-u z Jacksonmanii **, że powiedział im najpierw jedną najważniejszą rzecz: „I am Michael Jackson”. Absurdalnie mnie to rozbawiło, ale z całych sił starałam się nie wybuchnąć śmiechem, tak jak wtedy, gdy ciotka tłumaczyła mi, że we francuskim są trzy „e” i jak się je wymawia. Uff, na szczęście byłam silna i udało mi się zacisnąć szczęki.
– Alex Rock.
I wtedy przypomniało mi się, że z ludźmi Mike zazwyczaj witał się poprzez uścisk... I mi się dostało.
Michael Jackson mnie uścisnął. Na powitanie. Oh My Cute God. Na szczęście nie mógł zobaczyć mojego kretyńsko szczęśliwego uśmiechu. Chyba już nie musiałam zazdrościć niczego Petrze... Chociaż nie, tej nowej zajebistej tuniczki - owszem!
Późnym wieczorem wróciłam do domu. Mój ukochany Joseph wybiegł mi na powitanie z uśmiechem, słysząc warkot silnika. Kurczę, ale miał banana na twarzy! Chyba powinnam częściej pracować do nocy...
– Kochanie! Nareszcie jesteś! Czekałem na ciebie z kolacją... - Ledwo zdjęłam kask, a on się musiał do mnie kleić. Nie, żeby mi się to nie podobało...
– Mrr, jak miło, że poświęcasz swój żołądek, aż wrócę z pracy... - wymruczałam między pocałunkami, przebierając w jego dość długich, ciemnych włosach.
– I wcale nie chodzę jak bomba zegarowa - zauważył dumnie.
– No, trzeba ten dzień gdzieś zapisać... Także z jeszcze jednego powodu...
– Jakiego?
Uśmiechnęłam się od ucha do ucha na samo wspomnienie. To się nazywa dzień pracy!
– Nie uwierzysz, kto dziś był w naszej wytwórni!
– No, sprawdź mnie. Kto?
– Wierz lub nie, ale... Michael Jackson - powiedziałam dobitnie. Byłam zawsze bardzo szczera i nigdy nie okłamałam Joe'ego, więc rozdziawił buzię i wybałuszył oczy.
– O jaaaa cięęę... I co? Ktoś dał radę się do niego dostać?
– Właściwie nikt nie wiedział, że on tam jest... - Opowiedziałam mu, jak to było. Słuchał mnie ze stale otwartymi ustami. Cóż, ja sama nie mogłam w to uwierzyć. Napisałam jednak na Facebooku: OMCG!! OMCG!! Jestem w studiu z KRÓLEM!!! Aow! Hee-Hee! Nie chcę się obudzić!!! OMCG!
– ...
KotwGlanach