Magdalena Ryglicka
IGA
Marzec 2010,
I
Znów to samo… Dzień jak każdy inny z 365 lub 366 w roku Pańskim – no może z tą tylko cechą szczególną, że styczniowy. Czarna klawiatura pod palcami, odblask monitora szczypiący w oczy i raczej nie wpływający na poprawę ich „urody”, dźwięk drukarki wypluwającej kolejny zapisany skrawek papieru z poważnie prezentującymi się tabelami, których istnienie ktoś wymyślił, ktoś inny napracował się nad ich zapełnieniem, a które i tak zostaną spokojnie schowane w teczkach opatrzonych tytułem: analizy i raporty; które zakończą bezpiecznie swój żywot na zawsze zamknięte w opasłych segregatorach i zupełnie przez nikogo nie widziane – koszmar! Kubek z niedopitą trzecią lub czwartą kawą o zbyt mocnym gorzkawym aromacie z nutką słodu i mleka… Stos papierów, notatki, piętrzące się wydruki i…… i człowiek? Tak… Człowiek – kobieta po trzydziestce, obecna, acz dalece skupiona nie na tym, co ją otacza.
To Iga –ładna trzydziestopięciolatka, szczęśliwa, realizująca z powodzeniem swoje plany zawodowe, szybko przesuwająca się po kolejnych szczeblach kariery i niepoprawna kobieta czynu. No, dobrze jutro będzie lepiej – pomyślała- dzisiejszy dzień jest już stracony! To chyba przez tę pogodę, która fatalnie omamiła umysł, a ciało pozbawiła ostatniego poczucia jakiejkolwiek mocy! Najgorszy z możliwych stanów ducha i umysłu – totalna niemoc! To nie było w jej stylu i zdarzało się Idze raczej nadludzko rzadko!
Oswoiwszy się z myślą chwilowego „opadnięcia z sił wszelkich,” Iga już zaczęła planować czym zajmie się jutro. Koniecznie musi zrobić zakupy, ogarnąć mieszkanie i pomyśleć o jakimś wyjątkowym prezencie dla Adama, który pojutrze wraca po sześciu koszmarnie długich miesiącach nieobecności; po sześciu długich miesiącach samotnie spędzanych wieczorów, trudnych do przeżycia pustych weekendów. Ale koniec! Koniec zazdrosnych spojrzeń rzucanych przez Igę na przechodzących ulicą zakochanych, koniec nerwowego wyczekiwania na upragniony dźwięk komórki, z którą stała się przez ten czas nierozłączna. Cały jej świat osobistego życia, całe jej uczucie i intymność zamknęły się na te miesiące, tygodnie i dni w krótkich rozmowach przez telefon, mailach i sms-ach.
Dobrze, że nareszcie jej Adam wraca! Wraca do niej, do Igi o ciemnych, trochę sarnich błyszczących oczach, ciemnych kasztanowych i niesfornie wywijających się przy każdym lekkim podmuchu wiatru włosach; które Iga często bez specjalnego powodu, odruchowo odgarniała znad oka charakterystycznym, trochę nerwowym ruchem lewej dłoni. Wraca do niej na … - na zawsze! Teraz będzie ważna tylko ona –Iga, a nie jakaś tam praca naukowa, doktorat, badania, eksperymenty… A przecież sama zachęcała go do wyjazdu na ten staż. Przekonywała go, że taka szansa może się już nie powtórzyć, że pół roku to nie tak długo, że wystarczy im miłości na pokrycie samotnych chwil i tęsknoty. Dziś wie, że to nie było takie proste, że ta tęsknota zjadała ją od środka niczym krwiożerczy potwór, że często paraliżowała jej chęć do robienia czegokolwiek, a wieczorami ściskała żołądek i gardło, na końcu wywołując ukradkiem ocierane łzy. Ale to już za nią. Teraz tylko żyć, kochać Adama i być kochaną!
Snując plany przygotowań na przyjazd Adama, powoli wracała jej energia, to zasługa wrodzonej skłonności do marzeń i pozytywnego myślenia. Ale przede wszystkim ożywiała ją miłość do ukochanego mężczyzny i rozpierająca euforia z powodu jego powrotu.
Cały kolejny dzień Iga postanowiła spędzić na przygotowaniu kulinarnych smakołyków powitalnych, a w dalszej kolejności poświęcić się przygotowaniom własnej stęsknionej za Adamem osoby. Chciała, żeby to powitanie było wyjątkowym wstępem do ich dalszego wspólnego życia. Zaraz po tym jak Adam ochłonie po półrocznej nieobecności, po trudach podróży i po burzliwym powitaniu z nią, zabiorą się za przygotowania do ślubu. Adam nalegał aby pobrali się przed jego wyjazdem do Francji, ale Iga uznała, że mają zbyt mało czasu na przygotowania i nie chce najważniejszego wydarzenia w jej życiu organizować na prędce, byle jak i w pośpiechu. Przekonała narzeczonego, o swojej racji, że śluby jesienną porą są smutne, przygnębiające, a jesienny deszcz nie jest najlepszą wróżbą na przyszłość dla listopadowych nowożeńców. Adam uległ namowom i wyjechał do Paryża, Iga została…
Z kłębowiska myśli wyrwał ją dopiero telefon. Kątem zmęczonego oka odczytała numer na wyświetlaczu komórki – to Agata – przyjaciółka ze wspólnego podwórka kamienicy przy ulicy Szarej. Ulica rzeczywiście nie odbiegała zbytnio wizerunkiem od swej nazwy, ale równoważył to koloryt jej mieszkańców - tygiel artystycznych dziwaków i życiowych nieudaczników w nieznany cudowny sposób zgromadzonych w jednym miejscu prawdopodobnie dzięki „gospodarce planowanej zasobów mieszkaniowych” ówczesnego administratora mieniem komunalnym. Ale zarazem miejsce o niepowtarzalnej rodzinnej atmosferze, gdzie latem wspólne pranie wesoło szeleściło od rana do wieczora na sznurach rozpiętych pomiędzy murami parteru; gdzie głos stróża Pana Wiesia spod numeru 3 przeganiał czeredę dzieciaków plączących się w śnieżnobiałe prześcieradła niejakiej Pani Leokadii spod „5-tki.” Na tym bajkowym podwórku przy Szarej Iga i Agata zostały siostrami dusz i to tu przez lata pielęgnowały swoją przyjaźń datującą się od czasu fikołków na trzepaku, aż po dzień dzisiejszy. Agata była wiernym świadkiem życiowych perypetii Igi, jej powiernicą, podporą – zresztą w drugą stronę działało to na identycznych zasadach.
-No jak tam zakochana i stęskniona kobieto? –Iga usłyszała w słuchawce lekko kpiący, ale pełen zrozumienia i babskiej życzliwości głos przyjaciółki.
-Gotowa na życie, moja droga! Adam ląduje jutro o równo o 19.50. Odbieram go z lotniska zrobiona na bóstwo, mkniemy do niego zostawić bagaże i….
-I…..? I co dalej Kochana? – Agata próbowała przejrzeć plany przyjaciółki na romantyczne lotniskowe powitanie jak z filmów. Widziała ich jak w zwolnionym tempie padają sobie w ramiona, a potem ślub, miłość, wierność i te wszystkie wyciskające łzy wzruszenia sceny.
-Hm a potem moja droga Agatko kolacja u mnie i … kurtyna!! Nie wszystko dla reporterów! W każdym razie jutro i pojutrze nie ma mnie dla nikogo, nie dzwoń, nie pytaj jak było, błagam!
-Ok., ale jak już ochłoniesz i opadną motyle to zadzwoń. Nie wykręcisz się od sprzedania mi każdego najmniejszego szczegółu. Będziesz musiała nakarmić moje skołatane serce i nadwyrężone nerwy matki Polki i wiernej żony opowieścią o bajecznym powitaniu stęsknionych, obrzydliwie w sobie zakochanych kochanków! A propos Paweł dzisiaj wyjeżdża na delegację i mam przed sobą wizję intensywnego weekendu z bliźniakami…., Więc sama rozumiesz, że masz zagwarantowane to, że nie będę Ci przeszkadzać! Będę zbyt zajęta praniem i prasowaniem (pomiędzy kolejnymi przygodami Misia Uszatka, a burzliwymi obradami czyja teraz kolej na ułożenie następnego puzzla…
-Nie gniewaj się kochana moja , ale w ten weekend ciocia Iga nie przyjdzie z odsieczą! Ciocia Iga od jutra wraca do życia!!!! W dodatku z całkiem miłym przystojniakiem!
-No dobra, kończę, bo mam jeszcze strasznie dużo spraw do załatwienia, a Twój rozmarzony głos nie wpływa na mnie mobilizująco, W dodatku już zaczynam Ci zazdrościć: mężczyzna plus cisza plus kolacja we dwoje = kiedy to było???? Wow, powodzenia i no wiesz – zrób się na grecką boginię! No to pa Staruszko!
-Pa… - Iga uśmiechnęła się sama do siebie. Kochana Agata-pomyślała – zaczynam Ci zazdrościć?.... To Iga zawsze zazdrościła Agacie jej ciepłego życia – dobry mąż, cudowne dzieciaki. Fakt, możliwe, że bliźniaki to nie najłatwiejsze życiowe rozwiązanie, ale przecież tylko na początku, a poza tym Paweł i Agata zawsze razem zajmują się dziećmi. Kochane są te ich maluchy – trzy i pół roku minęło jak trzy i pół miesiąca. Gabi i Franek dzisiaj są już poważnymi przedszkolakami, wesołymi, no może trochę zbyt energetycznymi i hałaśliwymi obywatelami, ale ile jest radości z tych ich kłótni, przepychanek i jazgotu. Ach, ona też kiedyś doczeka się wesołej gromadki, najlepiej trójki! Dwie dziewczynki i chłopczyk: Marta, Marysia i Janek; nie, lepiej dwóch chłopców i dziewczynka: Marta, Janek i Kuba. No tak, byłoby znacznie lepiej! No i Adam wracający z pracy, Iga serwująca rodzinie pyszny obiadek… Tak czy inaczej ogólna rodzinna sielanka. Tak będzie i koniec!
No nie, na niczym dzisiaj nie mogła się skupić. Każda nowa myśl kierowana była przez jej stęskniony umysł na myśli o Adamie. Lepiej było wziąć jeden dzień urlopu i na spokojnie zdążyć z przygotowaniem wszystkiego., a tak będzie znowu gonitwa z czasem, czy zdąży posprzątać mieszkanie, które ma być przecież przez najbliższe dni siedzibą Ich Jaśnie Panującej Miłości, czy zdąży z fryzjerem i wszystkimi smakołykami, którymi ma zamiar rozpieszczać jego podniebienie? No dobra jeszcze ten jeden mail do wysłania, pozbieranie dokumentów ze „zabałaganionego” biurka, płaszcz, torebka, kluczyki i nie ma jej dla świata pracy! Na ten tydzień kariera zawodowa zostaje zakończona, czas na życie.
O Boże! …Pomyślała Iga wychodząc z biura. O mały włos zapomniałaby zadzwonić do ciotki Laury, że w ten weekend niestety nie przyjedzie do dzieciaków, a przecież kilka par małych rączek na pewno będzie czekać na uściski po tygodniowej rozłące z czarodziejką Igą. Ciotka Laura jest siostrą mamy Igi i prowadzi Ciepły Dom w Konstancinie. Ciepły Dom w istocie nie ma na pierwszy rzut oka żadnego związku z prawdziwym domem, ale po kilku minutach od wejścia do niego każdy odwiedzający zaczyna przeczuwać pewną jego odmienność od innych domów dziecka. Podstawą tej jego odmienności jest oczywiście na pierwszym miejscu ciotka Laura –urocza osoba o gołębim sercu, która swoim ciepłem wypełnia ten dom dla maluchów, które w swoich rodzinnym domach nie za bardzo mogły się takim ciepłem ogrzać.
Ciotka Laura oddaje swoje całe życie tym dzieciakom, ich problemom, ich radościom, zupełnie w całości poświęca całą siebie, a w dodatku potrafi zarazić tym innych –tak jak Igę.
Iga w każdą sobotę jedzie do Konstancina na lekcje angielskiego dla podopiecznych cioci Laury. Dzieciaki szaleją za Igą Czarodziejką –tak ją nazwała ciocia Laura, bo jak przyjeżdża do Ciepłego Domu Iga to na wszystkich buziach pojawia się uśmiech – szczery, niekłamany, nie udawany, nie wymuszony, po prostu uśmiech dziecka. Iga zawsze bardzo uważnie obserwuje te kochane maluchy. Większość z nich ma w sobie jakąś „wrośniętą” w nie tęsknotę za czymś czy za kimś… W ich oczach nawet w momentach rozbawienia, zadowolenia, radość z danej chwili miesza się w przejmująco widoczny sposób z jakimś żalem. Jakby stale pytały dlaczego …
Energiczna, uśmiechnięta i trochę zwariowana ciocia Iga to dla nich cotygodniowy zastrzyk dobrych emocji, a przy okazji każda wizyta, to kolejne obce słowa, które dzięki Idze stają się mniej obce, a świadomość nauki języka obcego dodaje im wiary we własne siły i możliwości.
Po poważnej lekcji angielskiego, Iga zawsze ma dla dzieciaków jakąś śmieszną zabawę albo wierszyk. Dzieciaki uwielbiają ten o pięciu małpkach skaczących po łóżeczku i kolejno odpadających ze wspólnego skakania po upadku i wizycie Doktora. Five Little Monkeys to przebój angielskiej poezji dla dzieciaków z Ciepłego Domu.
No cóż w ten weekend będą niepocieszone, ale co zrobić. Samej Idze też zrobiło się smutno na myśl o tym, że w tę sobotę nie zobaczy Jagody, Stasia, Natalii, ani małego Ryśka….
Małej Krysi obiecała, że nauczy ją malować góralską chatkę i zachód słońca. Krysia nigdy nie była w górach ani nad morzem, ale ma duży talent do rysowania krajobrazów. Namalowane przez nią widoczki Iga przypina magnesami na swojej lodówce. Jakoś jej to wynagrodzi. Może nowe pastele pomogą szybciej zapomnieć i wybaczyć cioci Idze nagłą nieobecność.
W trakcie oczekiwania na ślamazarną windę - krótki telefon z przeprosinami do Ciotki Laury, pozdrowienia i uściski dla dzieciaków. No przecież nadrobi to w przyszłą sobotę.
Iga zamyśliła się jeszcze bardziej idąc po długim korytarzu biurowca z płaszczem przerzuconym przez ramię. Zrobiło jej się okropnie smutno. Poczuła się jakby trochę winna, że chce podarować Adamowi i sobie czas, który przez ostatnie kilka miesięcy przeznaczała dla małych mieszkańców Ciepłego Domu. Od wyjazdu Adama w każdą sobotę przez te kilka godzin była kimś ważnym dla małej Jagody, psotnego Ryśka, nieśmiałego Stasia i całej grupki innych. Oni tez byli dla niej ważni, dopiero dzisiaj zdała sobie sprawę, że ona też czegoś tam szukała czego nie mogła znaleźć na razie w swoim codziennym życiu od poniedziałku do piątku. Dopiero w sobotę jechała „ogrzać się „ do Ciepłego Domu.
To niesamowite jak ta Agata to robi? Jak niesamowicie trudne musi być pogodzenie na co dzień roli kobiety i matki? Jak sprawiedliwie i bez wyrzutów sumienia, których właśnie doznała na tym przepastnie długim korytarzu Iga, podzielić swoją uwagę, przywiązanie, troskę i miłość pomiędzy mężczyznę i dzieci? Musi zapytać Agatę. Nie dawało jej to spokoju.
O jest winda! Drzwi windy otworzyły się przed Igą jak drzwi do innego życia, które planowała posmakować przez najbliższe dni – życia z ukochanym mężczyzną. Od jutra wszystko się zmieni. Musi nauczyć się wszystko pogodzić, umieścić na właściwych półkach, tak żeby nie mieć żadnych wątpliwości.
Tak da sobie radę. Musi jeszcze tylko pogadać z Agatą o tych głupich rozterkach. A może nie głupich. Ludzie! Czy wszystko w życiu musi być tak koszmarnie skomplikowane?
Na Szarej, kiedy była małą dziewczynką wszystko było prostsze, wszystko było jasne – co jest dobre, a co jest złe; co jest ważne, a co jest ważniejsze. Trudne sprawy zawsze omawiały z Agatą wisząc do dołu głową na trzepaku. Mogły tak zwieszać się naprawdę ekstremalnie długo dopóki ktoś z sąsiadów nie postanowił właśnie odświeżyć swoich perskich zasobów dywanowych.
Agata najczęściej opowiadała jej o kłótniach między rodzicami i o drobnych bójkach ze swoim starszym bratem Tomkiem. Albo o tym, że znów nadchodzą ciężkie dni szlabanu na spotkania z Igą z powodu zbliżającego się terminu zebrania w szkole, co zazwyczaj oznaczało dla dziewczyn tygodniową rozłąkę z uwagi na fakt uwięzienia Agaty przez jej mamę nad książkami do jakże dalece znienawidzonej przez jej córkę biologii. Dziś wydaje się to o tyle śmieszne, że Agata jest świetnym lekarzem pediatrą. Widać jej mama miała rację co do stosowania form przymusu domowego – co dało córce solidne podwaliny do zdobycia zawodu, którego Agata nie zamieniłaby dziś na żaden inny. Poza tym który lekarz lepiej zadbałby o jej kochane brzdące?
Dzięki terrorystycznym jak się wtedy Agacie wydawało metodom wychowawczym swojej matki w razie choroby nie była skazana na stanie w poczekalni zatłoczonej od kichających pacjentów przychodni. Nigdy zatem nie wiemy jakie życiowe kłody rzucane nam pod nogi przez naszych najbliższych wyjdą nam na dobre, a może nawet okażą się zbawienne.
Iga kochała książki, nikt jej do niczego nie zmuszał i w jej historii zawodowej nie było żadnych niespodzianek. Po anglistyce rozpoczęła pracę w jednym z lepszych wydawnictw jako stażystka. Szybko ujawniła swój talent do pracy i po niedługim czasie kiedy zwolnił się etat szefowej działu podręczników do nauki języków obcych dla dzieci, Iga była wymarzonym kandydatem na to stanowisko. Książki, dzieci i nauka języków – trzy rzeczy które Iga połączyła w swoją pasję.
Jej życie poza wydawnictwem nie miało jeszcze takiego kształtu o jakim marzyła.
Adam nie wracał uśmiechnięty co dzień z pracy do domu, po którym miała szaleć wymarzona rozwrzeszczana trójka czyli Marta, Janek i Kuba, a Iga nie podawał ciepłych smacznych obiadów całej gromadzie… Przez ostatnie 6 miesięcy Adam realizował swoje pasje i ambicje w dalekim Paryżu, zamiast ciepłych domowych obiadków o szesnastej, jadał francuskie „dejeuner” o czternastej zazwyczaj na Rue Vivienne w „Le grand Colbert.”
Dzieci? Cała trójka jeszcze nie zawitała na ten świat i w najbliższym czasie prawdopodobnie nie ma na to nadziei.
A Iga?
Iga prawie od zawsze była trochę samotna. I nie tylko ta dorosła Iga - osamotniona przez Adama na sześć długich miesięcy, musiała liczyć tylko na siebie; ale już jako ta mała Iga wisząca z Agatą na trzepaku. Mama wychowując ją samotnie, budowała w niej przekonanie, że musi liczyć w życiu tylko na własne siły. Taka była potrzeba. Nad Panią Jadwigą ciążyło widmo raka piersi. Mama wiedziała, że prędzej czy później jej choroba rozdzieli ją i ukochaną jedynaczkę, a wtedy Iga będzie musiała umieć sobie poradzić w życiu sama. Dzięki staraniom lekarzy i pomocy finansowej ciotki Laury mama Igi przez kilka lat przezwyciężała trudy podstępnej choroby nowotworowej, ale w maju –dokładnie w siedemnaste urodziny Igi to choroba pokonała jej mamę.
Ciotka Laura przez rok po śmierci mamy opiekowała się Igą. Przez ten rok bardzo się do siebie zbliżyły, a Iga odnalazła w ciotce wiele podobieństw do swej matki. Ciotka Laura była kobietą dość zabieganą –praca w Ciepłym Domu pochłaniała ją bez reszty, nie był to etat na 8 godzin, ale na dzień i noc. Starała się swoim podopiecznym stworzyć choćby namiastkę domu, w którym ona – miała zastąpić im jednocześnie czułą mamę i sprawiedliwego ojca. Nie miała własnych dzieci, nigdy nie wyszła za mąż. Podobno mężczyzna, którego kochała tuż przed ślubem wyjechał z inną kobietą i nigdy się nie pokazał, a Laura pozostała sama; choć na pewno nie samotna. W miejsce tamtej miłości przyszła inna –ta do Igi, którą traktowała jak własną córkę i ta, którą obdarzała na co dzień małych mieszkańców Ciepłego Domu.
Na drugim roku anglistyki Iga zapisała się na lektorat z francuskiego. Wykładowcą okazał się przystojny młody magister romanistyki – Pan Adam Borowski. Miłość absolutna połączona z szaleństwem młodości wybuchła i nigdy nie przygasła.
Iga otrząsnęła się z myśli o swoich rozterkach związanych z poczuciem winy, jakoby zaniedbywała małych przyjaciół z Konstancina, przedkładając czas na miłość ponad spotkanie z nimi czy lekcje rysunku z małą malarką Krysią; dopiero jak drzwi zatłoczonej jak zwykle w piątek o tej porze windy rozsunęły się przed jej nosem, a napierający nieco tłumek wypchnął ją prawie siłą z windy wprost na zejście na parking.
Tak, na Szarej życie było zdecydowanie mniej skomplikowane….
II
Dookoła panujący półmrok, jak w długim tunelu pod Mont Blanc, głucha cisza przenikająca każdy nerw i uczucie rozpływania się w jakimś niebycie; przedziwna lekkość ducha i ciała… Co to? Gdzie? Pytania nasuwające się jedno po drugim i zupełny brak odpowiedzi, ale też brak jakichkolwiek skojarzeń, podpowiedzi… Prawie jak nic i nigdzie…
Nagle ogromny ból odczuwalny gdzieś z prawej strony, promieniujący bezlitośnie od biodra aż do stopy. Iga przesunęła lekko ręką i poczuła chłodny, sztywny materiał pod opuszkami nieco zdrętwiałych, jakby zastygniętych palców. Pierwsza myśl jaka przemknęła przez głowę to ta, że przecież nigdy nie lubiła mocno krochmalonej pościeli, dlaczego jest tak chłodno? No i ta cisza, którą z lekka jakby zaczął przełamywać jakiś szelest, jakby odgłosy kroków i ….. Zaraz, zaraz to przecież głos Agaty, ale dlaczego ona tak dziwnie pochlipuje, no i szepcze jak niepoważna sama do siebie?
-Agata! –Iga próbuje zawołać przyjaciółkę, ale zaschnięte gardło, ściśnięte dziwnym węzłem od środka nie pozwala przedostać się żadnemu dźwiękowi na zewnątrz i stłumiony głos grzęźnie w krtani. -Co jest? Boże jakie straszne jest uczucie dziwnej, niezrozumiałej niemocy. Co jest z tą Agatą? Zwariowała, dlaczego się nie odzywa normalnie tylko dalej pochlipuje, pociągając nosem jak dawniej kiedy przez lekko tylko uchylone ogromne drewniane drzwi od mieszkania, które jak to zwykle bywa w starej poniemieckiej kamienicy skrzypiały nawet nie ruszane; skarżyła się do Igi ściszonym głosem, że niestety ale ich spotkanie na trzepaku jest nieaktualne. Powód zazwyczaj był ten sam - akcja szlaban na tydzień.
No, ale na szczęście mama Agaty nie stosuje już wobec dorosłej córki tych samych metod co w czasach kiedy obie dziewczynki ścigały się, która szybciej zrobi obrót w przód dookoła poprzeczki trzepaka trzymając się tylko zaciśniętymi rękami i opierając o poprzeczkę na wysokości pasa. No więc, co ona w takim razie wyprawia?
-Agata – kolejna próba wydania z siebie dźwięku przebiegła pomyślnie, ale Iga sama trochę się przeraziła słysząc swój zachrypnięty, cichy głos.
-Iga, Kochana! – dopiero teraz była w stanie rozchylić z trudem jakby sklejone „kropelką” powieki i zobaczyła zarys postaci przy swoim łóżku, który nachylał się w jej stronę i delikatnie poczuła uścisk roztrzęsionej przyjaciółki na swych ramionach.
-Agata! Co ty wyprawiasz wariatko? Co ty mnie tak przytulasz? No, i czemu ty beczysz?
Iga dopiero teraz rozejrzała się po pokoju, kremowe ściany z uroczą piaskową lamperią, metalowe łóżko z odrapanymi kawałkami emalii, umywalka… Ludzie, jestem w szpitalu…
-Kochana, nic się nie martw, wszystko będzie dobrze. Zobaczysz – wychlipała Agata jakby próbował przekonać bardziej samą siebie niż Igę, że nic takiego się nie stało.
-To, że jesteś stuknięta – wiedziałam zawsze, ale że aż tak …? O co tu chodzi? Gadaj. Co się ze mną stało, dlaczego jestem w szpitalu? I przestań chlipać moja droga, bo pomyślę, że już zamówiłaś orkiestrę i pochówek. – Iga wyrzuciła z siebie te słowa z szybkością karabinu maszynowego, lekko podnosząc już opanowany choć zachrypnięty głos – widziała, że z Agatą w takich sytuacjach nie ma co po dobroci…- Agata miała wrodzoną skłonność do rozklejania się z nawet najbardziej błahych powodów. Bliźniaki mają gorączkę – Agata płacze, Paweł przyszedł później z pracy – Agata czci to minutą łez, ciasto się nie udało – Agata opłakuje je równie poważnie jak odejście najlepszego przyjaciela do wieczności.
A propos odchodzenia do wieczności, to ja na pewno jeszcze nie odeszłam – tylko co się stało?
-Miałaś wypadek – wyjąkała Agata - wyjeżdżałaś z pracy z podziemnego parkingu i inny samochód uderzył w twój. Prawdopodobnie kierowca jechał bardzo szybko, nie zatrzymał się na światłach i….uderzył w twój bok. No i tyle …
Iga zaczęła badać sytuację, odchyliła szpitalną sztywną kołdrę z cudowną fioletową pieczątką nabitą w lewym rogu jak tania imitacja monogramu haftowanego na pościeli w wykwintnym hotelu, i zrozumiała skąd ten przeszywający ją zanikający chwilami ból. Noga była zagipsowana od kostki do samej góry aż po biodro. Super!
Iga przystąpiła do inwentaryzacji zniszczeń swego drobnego ciała – oprócz gipsu na nodze reszta była do zniesienia, zadrapania i siniaki da się przeżyć, gorzej z tą nogą. Kilka tygodni z głowy, a potem zdjęcie gipsu i pewnie kuśtykanie od jednego do drugiego rehabilitanta. No, cóż! Przymusowy urlop to jest to. Ale zaraz zaraz, która jest godzina? Przecież miała załatwić tyle spraw przed przylotem Adama. No, nie. Myśli o środkach zaradczych zaczęły kotłować się w jej nieco rozchwianej świadomości. Dobra, poprosi Agatę o pomoc w ugotowaniu czegoś zjadliwego (na marginesie –Agata nie byłaby wymarzoną asystentką telewizyjnego guru od gotowania Roberta M.). Coś, zjadliwego…. Albo nie ciotka Laura –ona coś ugotuje, a Agatę poprosi o przetransportowanie gastronomicznych smakołyków ciotki.
Aj, tylko nici z fryzjera… A niech to!
-Agata daj mi komórkę, muszę zadzwonić do Wojtka – poproszę go o odebranie jutro Adama z lotniska.
-Iguś to nie jutro- to dzisiaj –wypadek był wczoraj, operacja nogi też była wczoraj, spałaś kochana. A ja tu oczy już prawie wypłakałam za tobą – Agata patrzyła badawczo na Igę i cedziła słowa powoli jakby dozując dostawę informacji w obawie przed reakcją coraz bardziej zdziwionej „pacjentki.”
-Masz złamanie kości piszczelowej i udowej, gips minimum na 9 tygodni. A potem długa rehabilitacja. Poza tym jesteś trochę poobijana. Ale na szczęście nic poza tym Ci się nie stało, tak się o Ciebie bałam.
Iga słuchała słów Agaty błądząc nieobecnym wzrokiem po kremowych szpitalnych ścianach i od czasu do czasu z niedowierzaniem spoglądając na jej zasmuconą przejętą cierpieniem przyjaciółki twarz.
-No , dobrze, ale co z Adamem? Kto odbierze go dziś wieczorem z lotniska?- teraz Igę bardziej niż jej wypadek i roztrzaskana noga zaprzątała myśl o zorganizowaniu powrotu ukochanego z lotniska i całym tym powitaniu. W centrum jej myśli był on.
-Iga, nie denerwuj się, dzwoniłam do Tomka. On pojedzie po Adama na lotnisko i zawiezie go do domu.
-Dobrze, dziękuję, że o tym pomyślałaś. Tylko….- Iga zająknęła się i zamilkła.
-Tylko co…? – Agata ścisnęła mocniej dłoń przyjaciółki i patrzyła na nią z wyczekiwaniem jak jakaś dobra wróżka próbująca odczytać pragnienie nieszczęśliwego dziecka, którego los postanowiła odmienić jednym pociągnięciem swej czarodziejskiej różdżki.
-Tylko, że to nie tak miało być. To ja miałam na niego czekać w holu terminala, miałam wpatrywać się w te wielkie rozsuwane lustrzane drzwi, ściskając nerwowo dłonie, a potem rzucić się na szyję i utonąć w szerokich ramionach mojego Adasia. - wyrzuciła z siebie z pretensją, a jej usta ułożyły się w podkówkę jak u dziecka, któremu oznajmiono właśnie przed sklepową witryną, że „mamusia nie może kupić tego misia, bo kosztuje on dużo pieniążków.” Iga zawsze ze wszystkim dawała sobie radę, była twarda, silna, mocno stąpająca po ziemi. Tym razem jednak nie było to takie oczywiste. Nie załamała jej wiadomość o jej własnym wypadku, poważnym złamaniu nogi, operacji, ani nawet wizja długiego powrotu do zdrowia. Zmartwiło ją najbardziej to, że nie powita ukochanego mężczyzny wysiadającego z samolotu, powracającego do niej po półrocznej rozłące. A niech to…!
Wszystko sprzysięgło się przeciwko niej, a co z tym kierowca, który spowodował wypadek?
To jego wina, zniweczył jej plany – a miał to być najcudowniejszy weekend w jej życiu, oczywiście oprócz tego kiedy Adam poprosił ją o rękę. Wyjechali wtedy razem do Zakopanego na długi majowy weekend. Prawdę mówiąc, już od jakiegoś czasu czekała na jakiś gest, deklarację ze strony Adama. Chciała być pewna, że on też nie wyobraża sobie życia bez niej, że razem przejdą po zawiłych drogach życia i na starość będę trzymać się za ręce i patrzeć na siebie takim samym ciepłym wzrokiem jak na początku, kiedy się poznali – a może nawet jeszcze z większą miłością i jeszcze większym wzajemnym szacunkiem.
Iga w to, co ich łączyło wierzyła bezgranicznie. Wierzyła w moc tego uczucia i w jego solidne podwaliny. Adam był najważniejszym człowiekiem w jej życiu –przynajmniej tak myślała teraz leżąc na szpitalnym niewygodnym łóżku z unieruchomioną nogą, odrapana i załamana brakiem szans na osobiste uściskanie Adama dzisiaj o 19.50. Koszmarnie pokrętne jest to życie –szydzi sobie z nas na każdym kroku! A gościa, który bez żenady wbił się w bok jej auta oraz w jej osobistą nogę skazałaby bez cienia litości na najbardziej okrutne tortury z czasów mrocznego średniowiecza – może wybrałaby jakiś specjalny zestaw dla „najeźdźców.”
Leżała z włosami rozrzuconymi na białej poduszce, ręka ułożyła się podświadomie tak jak Iga zwykła odgarniać niesforne kosmyki ze skroni.
-Dobrze, że zasnęła – pomyślała Agata, poprawiając szpitalną pościel – teraz musi jeszcze zadzwonić do Tomka, czy aby na pewno odbierze Adama. Iga by jej tego nie wybaczyła gdyby pozwoliła jej ukochanemu czekać w chłodny styczniowy wieczór z walizką na płycie lotniska. Będą musieli mu powiedzieć o wypadku Igi i przywieźć go do szpitala, ale najpierw telefon do Tomka…
Jakże daleko były dzisiaj obydwie od tych czasów kiedy wracając ze szkoły wstępowały do sklepiku na rogu i u rudowłosej Pani Wandy, za uzbierane drobniaki kupowały orzeszki w kolorowym lukrze, pakowane przez zgrabne ręce sprzedawczyni do szarej papierowej torebki, pieczołowicie odważane i uroczyście wręczane dziewczynkom. Dla nich była to zawsze chwila, na którą czekały już od wyjścia ze szkoły. Nigdy więcej żaden słodki przysmak nie smakował tak jak ten rarytas zapamiętany z dzieciństwa.
III
-Dlaczego Adam nie przyszedł ani wczoraj wieczorem, ani dziś rano? Dlaczego Agata nie pojawiła się jeszcze? Brak najlepszego technicznego wynalazku jakim okazuje być się telefon komórkowy i od razu człowiek czuje się zagubiony i bezradny, a nade wszystko zdenerwowany!
Gdzie oni wszyscy są? A może nie przyleciał? –myśl, która przebiegła w tej chwili Idze przez jej nieco skołataną jeszcze głowę zmroziła ją najpierw, by po niedługiej chwili gorącą kulą piekącego ognia przesunąć się wzdłuż jej przełyku od gardła aż do żołądka. Nie, to niemożliwe, przecież rozmawiali, podał dokładną datę i godzinę lotu… nieeee…
Agata spróbowała zmienić choćby na chwilę pozycję przymusowego leżakowania, ale przy najmniejszym delikatnym ruchu jej noga okryta kokonem gipsowego płaszcza dawała znać o swej niedyspozycji dość dolegliwie odczuwanym przez Igę rwącym bólem. Dała sobie więc spokój ze zmianą swego położenia, które dosłownie i w przenośni nie było ani komfortowe, ani nawet rokujące na względnie szybką poprawę.
Brak jakichkolwiek wieści ze świata poza szpitalnego działał na nią przygnębiająco. Nie wie co się dzieje z ukochanym, przyjaciółka przepadła bez wieści. Jedynymi odwiedzającymi dzisiaj pozostali jak na razie lekarze i biały personel z tutejszej rzekomo „przyjaznej pacjentowi placówki służby zdrowia, którzy to zwartym acz niezbyt kolorowym orszakiem wręcz weselnym odwiedzili Igę dzisiejszego ranka w ramach tzw. obchodu lekarskiego.
-Dzień dobry Pani, czy można? –w drzwiach stał młody przystojny mężczyzna. Niedbale rozwichrzone blond włosy, kilkudniowy lekki zarost i jasnoszare wpadające lekko w błękit oczy ledwie były widoczne zza ogromnego bukietu różnokolorowych tulipanów. –Czy można na chwilkę Pani przeszkodzić?
Iga rozejrzała się mimowolnie po sali, w której oprócz niej nie było nikogo innego.
-Tak, proszę - wyjąkała zaskoczona nieco dziwną wizytą – Pan kogoś szuka?
-Nie, to znaczy już znalazłem. – wypowiadał te słowa z dużą dozą niepewności, jakby bał się przyznać, że to właśnie jej szukał.
-Bo widzi Pani, ten wypadek, to wczoraj …. To ja – to moja wina. To ja na Panią najechałem.
Boże! Tak bardzo Panią przepraszam. Nie wiem co powiedzieć żeby Pani mi wybaczyła. Ale …jeśli Pani mi nie wybaczy to tez zrozumiem. To głupie, że tu przyszedłem –skruszony pirat drogowy zaczął powoli wycofywać się z Sali, dodał jeszcze: - Przepraszam, nie powinienem tu przychodzić i zawracać Pani głowy po tym wszystkim.
-Nie, proszę ….niech Pan usiądzie na chwilę – Iga nie wiedziała co powinna mu powiedzieć, jeszcze wczoraj dedykowała mu cały wachlarz obelg i wymyślnych kar za to zrujnowane powitanie Adama.
Adama … – no właśnie ani widu ani słychu. Już ona mu da! Przyleciał i nawet jej nie przyszedł zobaczyć się z nią wieczorem po przylocie. I Agacie też się dostanie! Kto to widział żeby nie zainteresować się poszkodowaną przyjaciółką umierającą ze zdenerwowania, a raczej z niewiedzy.
-No, widzi Pan, co Pan narobił? Poprzestawiał mi Pan plany na najbliższe tygodnie, a być może miesiące. Przez Pana nie mogłam odebrać wczoraj narzeczonego z lotniska i wszystkie inne plany też legły w gruzach, a raczej w tym gipsie.- Iga nie mówiła tego ze zdenerwowaniem, ale z wyczuwalną nutką pretensji i żalu, jakby chciała bardziej wyrzucić z siebie żal o to, że Adam ani Agata jeszcze się dzisiaj nie pokazali w szpitalu.
-To jest jakiś narzeczony? Ojej, przepraszam Panią, przepraszam… To ja już pójdę, a to …-tu wyciągnął przed siebie bukiet i podał je Idze – …to dla Pani. Przepraszam i chcę powiedzieć, że poniosę wszystkie konsekwencje mojej głupoty i jestem gotów pokryć ewentualne koszty Pani leczenia czy dalszej rehabilitacji. Jestem na to przygotowany. Jeszcze raz przepraszam, mam nadzieję, że szybko wróci Pani do zdrowia i kiedyś może mi Pani wybaczy.
Mówiąc to mężczyzna wycofywał się powoli w stronę drzwi. Odwrócił się jeszcze raz spoglądając na Igę i zatrzymując swój wzrok na jej sarnich oczach – skinął lekko głową jakby z uczuciem wstydu i zakłopotania – Do widzenia Pani.
-Do widzenia – odpowiedziała cichym, nieco przytłumionym głosem Iga. –Miły… pomyślała –to nawet ładnie z jego strony, że przyszedł przeprosić, ale … Tak naprawdę, wolałaby aby już przyszedł ktoś inny. Gdzie on jest? Dlaczego jeszcze nie dał znaku życia?
A ten miły pirat drogowy? Ładne miał oczy, ale zaraz, nawet się nie przedstawił – hm… bezimienny!
Iga zagryzała nerwowo usta, a rozdygotanymi palcami lewej dłoni wystukiwała bliżej nieokreślony i niesłyszalny rytm na białej choć nieco poszarzałej szpitalnej pościeli. Prawą dłonią przytrzymywała miejsce na piersiach jakby chciała przytrzymać swoje serce żeby nie wyrwało się z żalu gdzieś tam daleko w stronę lotniska. Coś musiało się stać, tylko co?
Ostatni raz była w takim zawieszeniu wtedy gdy pogotowie ostatni raz zabrało jej mamę.
Nie pozwolili jej wtedy wsiąść do karetki. Sąsiad –Pan Nikodem spod czwórki zawiózł ja wtedy do szpitala swoim klekoczącym starym golfem, na którego tylnej szybie lokalna dziecięca banda podwórkowa ze średnią wieku 9,5 pisała z uporem maniaka B-R-U-D-A-S!!!
Pan Nikodem nigdy nie ścierał napisu wygrawerowanego w pośpiechu palcem na szybie przez prawdopodobnie najwyższego z szacownego grona urwisów z Szarej - Wojtka od Pani Kowalczykowej.
Pan Nikodem zostawił ją wtedy pod budynkiem szpitala, a sam w roboczym ubraniu pomazanym farbą w pośpiechu wracał do domu dokończyć malowanie ścian aby uwinąć się przed imieninami żony –Pani Zosi, która dzień własnych imienin celebrowała zawsze w gronie licznie zaproszonych gości. W tym dniu zawsze w mieszkaniu pod numerem czwartym stoły uginały się pod nadmiarem specjałów Pani domu, a patefon wygrywał najmodniejsze melodie sezonu. Pani Zosia gdyby szukała swego miejsca na ziemi jeśli chodzi o wybór profesji w dzisiejszych czasach to na pewno zawojowałaby branżę organizacji imprez okolicznościowych, a zorganizowanego przez nią wesela nie powstydziłaby się nawet najbardziej rozkapryszona Panna Młoda.
Iga wysiadła z samochodu, po czym przez jakąś chwilę stała przed budynkiem oszołomiona, zdjęta strachem o mamę, stała sama… W końcu zmobilizowała się aby pobudzić jednak swoje nogi do wejścia do szpitala. Tam była mama i ….i jej choroba, która w bezlitosny sposób zabierała ją z tego świata. Iga czuła jakby z dnia na dzień bezkarny potwór przeciągał jej schorowane ciało i duszę na drugą stronę światła. A mama? Iga wiedziała, że mama cierpi jeszcze bardziej niż to było widoczne na zewnątrz, widziała doskonale jej strach w przygaszonych bólem oczach, gdy ciocia Laura przychodziła jej zrobić kolejny zastrzyk z morfiny. W błękitnych kiedyś wesołych oczach mamy widać było, że moment podania kolejnej dawki „uśnieżacza bólu” jednoczył w sobie dwa odczucia równocześnie; z jednej strony ból przed podaniem nowej dawki był już tak przenikliwy, że bolesny grymas przechodził przez twarz chorej i nie znikał aż lekarstwo zaczynało powoli działać; a z drugiej strony w tym samym momencie pojawiała się już nadzieja na kolejne dwie trzy godziny bez spazmatycznych drgań ciała wycieńczonego chorobą; ciała które w każdym swym nawet najmniejszym ruchu buntowało się przeciwko bólowi.
Iga swe kroki od razu skierowała na pierwsze piętro, nie była tu po raz pierwszy. Doskonale wiedziała już dokąd iść. Pod salą spotkała dr Witkowskiego. Dr Witkowski był cenionym onkologiem i opiekował się mamą od samego początku. Prywatnie był dobrym przyjacielem ciotki Laury z czasów liceum na Polnej. Szpakowaty doktor uścisnął mocno ramię Igi jakby chciał jej dodać otuchy. Nie powiedział ani słowa. Przecież ona wie… wie to czego wolałaby nie wiedzieć. Kwestia czasu… czasu wypełnionego bólem, strachem, oczekiwaniem na rozstanie. Prędzej czy później to rozstanie nastąpi, wbrew nadziejom na cudowne uzdrowienie mamy, które błąkały się po skołatanym sercu Igi, ale jednocześnie zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, który wyrył w jej głowie jedna myśl: z tego stanu już nie ma odwrotu, choroba jest silniejsza niż lekarstwa na nią.
Stała jeszcze chwilę pod salą aż pielęgniarki nie uporały się do końca z podłączeniem kroplówek wiszących na ohydnych odrapanych z dwudziestej chyba już warstwy białej farby.
Widok tych stojaków przyprawiał Igę o skurcze żołądka, sterczały nad łóżkiem mamy jak jakieś polne strachy na wróble. Szkoda, że nie miały takiej samej mocy jak tamte, może udałoby im się przegonić chorobę, która jak podstępny złodziej co dzień coraz bardziej wykradała Idze najdroższą osobę w jej życiu.
Ze smutnych wspomnień wyrwało Igę skrzypnięcie drzwi, w których stała Agata z lekkim, jakby niepewnym uśmiechem na twarzy. Miała zmęczoną twarz i takie dziwne oczy. Ale to w tej chwili umknęło uwadze Igi, która jak tylko zobaczyła przyjaciółkę podniosła się wsparta na łokciach i spokojnie, choć z lekkim wyrzutem w głosie zapytała:
-Dlaczego nie odzywasz się od wczoraj? Jak Adam? Dlaczego też się nie pojawił? O której przyjedzie do szpitala?
-No właśnie, Adam.- Agata zawiesiła głos jakby chciała możliwie jak najdłużej zatrzymać w tajemnicy fakt, że Adam się nie pojawi, ani dziś ani jutro, ani … - Iga, kochana… Adam przyleciał, Wojtek był wczoraj po niego na lotnisku, ale …
-Co ale? No mów natychmiast – Idze piekąca kula zaczynała wzbierać w krtani i powoli przesuwała się wzdłuż przełyku, aż do żołądka. W głowie miała tylko jeden wielki monotonny wir.
-Ale Adam nie chciał żeby go odwieźć do domu. Mówił, że ma załatwiony transport do domu i kazał Ci tylko przekazać to – Agata nieśmiało wyjęła z torebki niebieską kopertę, której lawendowy trochę natrętny zapach rozniósł się w błyskawicznym tempie po Sali. A może to Idze wydawało się, że cały szpital czuje zapach tego listu?
-Czy Wojtek powiedział mu, że jestem w szpitalu, że nie mogłam go odebrać osobiście? Cały Adam, czy od razu trzeba się obrażać? – to nie w porządku, musi do niego zadzwonić. Tak, należy mu się ostra reprymenda za takie zachowania. Dorosły facet o usposobieniu pięciolatka.
-Iga, widzisz, Wojtek powiedział Adamowi o całej sytuacji. Kazał przekazać, że strasznie mu przykro, ale tak będzie lepiej.- w tym momencie Agata raz jeszcze podsunęła Idze kopertę w „smutnym kolorze Blue” jak śpiewała Maryla, ale Iga jakby nie zauważała jej albo nie chciała jej zauważyć; jakby bała się że jej zawartość nie ma nic wspólnego z tym, czego spodziewała się po powrocie Adama do Polski.
Drobna ręka Igi z wielkim niebiesko-żółtym siniakiem w okolicach nadgarstka zaczęła błądzić po lekko chropowatej czerpanej powierzchni nieco wyblakłej koperty, na której w miejscu zazwyczaj przeznaczonym na dane adresata widniały tylko starannie wykaligrafowane turkusowym atramentem inicjały - I.M.
Musi się z tym zmierzyć. Co mógł napisać Adam? Dlaczego powiedział Wojtkowi, że tak będzie lepiej? Iga podniosła kopertę i otworzyła ją. Jako pierwsza wysunęła się czarno biała fotografia, na której Iga przytulała twarz do gałązek magnolii mieniącej się wszystkimi odcieniami różu i lekkiego fioletu. Fotografia na przekór kuszącym kolorom magnolii była czarno biała – tak jak lubił Adam, ale Iga pamiętała jak drzewko zachwyciło ją swoimi kolorami i pękatym kwiatostanem. To ostatnie zdjęcie jakie wysłała Adamowi – dlaczego je zwraca?
Nic co spotkało ją od wczoraj nie mieściło się w jej planach sprzed wypadku. Absolutnie pirat drogowy i jego rozpędzone auto wbite w bok jej ukochanego czarnego garbusa nie mieściło się w jej terminarzu, roztrzaskana noga otulona gustownym gipsem również nie była zgodna z planem, a już na pewno nie ujęła w swoim portfolio na najbliższą przyszłość listu od Adama z załączoną fotografią portretową oraz lawendową kartką wyszukanej francuskiej papeterii o nieznanej jeszcze treści –chciałoby się rzec „prosto z Paryża.”
-Chcesz zostać sama? Pójdę po kawę do automatu, a Ty na spokojnie przeczytasz sobie list, dobrze? – zaproponowała Agata. Martwiła się o Igę. Agata i ona były jak siostry.
Były dla siebie bardzo ważne, zawsze wspierały się i zawsze jedna była obecna w życiu tej drugiej w najważniejszych momentach. Ta przyjaźń nie opierała się na plotkach przy kawie i obłudnych komplementach. Ta przyjaźń trwająca od czasów dzieciństwa ratowała je w przeróżnych życiowych sytuacjach, przywoływała dziewczyny do porządku, doradzała lepsze, odradzała gorsze, podtrzymywała na duchu, ocierała łzy, wysłuchiwała skarg, koiła żale… po prostu była zawsze na właściwym miejscu we właściwy sposób. Chociaż czasami wiedziała tez kiedy należy się nieco wycofać i odczekać, pozwolić na niewinny błąd, na lekką porażkę, na chwilę samotności, która nie raz okazuje się zbawienna.
IV
„Kochana I.M,”
Nagłówek listu nie wróżył nic dobrego. Widać „Kochany A.B” postanowił uderzyć w ton podobny do literackiej korespondencji rodem z „Niebezpiecznych związków” P. de Laclos’a – chociaż tytuł w oryginale wydaje się być bardziej wykwintny –„Les liaisons dangereuses.”
Iga próbowała zdystansować się nieco do lektury błękitnej papeterii, ale musiała przez to przebrnąć. Gdzieś głęboko pod skórą przeczuwała ostateczny wydźwięk nie tyle literacki, co faktyczny tego listu, jakby przeczuwała to, że po jego przeczytaniu może stwierdzić, że jego treść odmieni jej życie wcale nie w taki sposób jak sobie to mogła wyobrażać do tej pory.
„Kochana I.M.
Przepraszam, że nie rozmawiamy osobiście, ale taki sposób wydaje mi się bardziej sensowny. Chciałbym abyś na spokojnie przeanalizowała sytuację i sądzę, że podzielisz moje zdanie. Ostatnie pół roku to czas kiedy mogłem z dystansem spojrzeć na nasz związek, przemyśleć to i owo, zastanowić się nad tym co naprawdę nas łączy…
Postanowiłem odejść z Twojego życia. Moje uczucie wypaliło się, zmizerniało, a to co zostało po tej miłości nie wystarczy moim zdaniem na wspólne lata aż do końca dni. Nie chcę abyśmy spędzili ze sobą resztę życia w poczuciu, że coś nam umknęło, że coś nas ominęło, że coś zmarnowaliśmy…
Dlatego, dziękuję Ci za te piękne chwile, które razem przeżyliśmy. Przepraszam za to, że nie potrafię powiedzieć Ci tego wszystkiego prosto w oczy i życzę Ci żebyś spotkała jeszcze w życiu prawdziwą miłość i człowieka, który będzie na Ciebie zasługiwał, który okaże się godny Twoich uczuć. Jestem przekonany, że kobieta taka jak Ty nie będzie długo oglądała się za siebie i tkwiła w żalu po niegodnym jej miłości mężczyźnie.
Mam nadzieję, że za jakiś czas będziemy mogli się spotkać i porozmawiać jak starzy przyjaciele o tym co było pięknego między nami. Pobyt w Paryżu zmienił moje zapatrywania na życie, na miłość i na wiele innych spraw.
Chcę tylko żebyś wiedziała, że to wszystko stało się nie z powodu innej kobiety, o którą pewnie już zaczęłaś mnie podejrzewać, czytając ten list, ale stało się tak dlatego, że tutaj będąc z dala od Ciebie mogłem trafniej ocenić swoje uczucia. Nie chcę Cię oszukiwać i karmić do końca życia kłamstwami o mojej miłości. Nie chcę być draniem bez honoru, oszukującym kobietę, która oddaje mi swoje życie i siebie.
Przepraszam za wszystko…
Powodzenia.
Adam.”
Iga zacisnęła mocniej usta, jakby chciała się upewnić, że żadne złe słowo skargi nie wydostanie się z jej ust. Łzy, jedna po drugiej jakby w zwolnionym tempie spływały kolejno po jej bladych policzkach, a jeden z niesfornych kasztanowych kosmyków spadający na prawy policzek ocierał niektóre z nich. Miała w głowie straszny mętlik, złość mieszała się z żalem. Jakby coś pękło , ale się nie rozlało. Dziwne uczucie natłoku jakiś uczuć czy myśli i przerażającej pustki zarazem. Jej Adam? A może wcale nie był jej, może tylko się jej wydawało, że go kocha. Może wmówiła sobie tę miłość, tę tęsknotę za nim. Może tęskniła tak naprawdę za kimś innym, za kimś, kogo sobie wymyśliła, za kimś kogo pomyliła z Adamem? Może… może…
Jak wiele znaków zapytania? Dlaczego wpadamy w życiu w taki amok, w którym nie zadajemy żadnych pytań i śnimy na jawie? Dopiero jak rozbijamy się tępą falą o mur, kaleczymy się, rozpryskujemy na milion drobnych kawałków, zaczynamy się zastanawiać gdzie jesteśmy, dokąd zmierzamy, a przede wszystkim z kim u boku? To żałosne, jak człowiek jest mało zorientowany w swojej własnej sytuacji. Przebłyski świadomości mamy jedynie w chwilach życiowych zakrętów, w chwilach niebezpieczeństwa. To zdumiewające jak rzadko człowiek uruchamia zdrowy rozsądek zamiast złudzeń serca. A może tak jest lepiej? Może dobrzy jesteśmy tylko wtedy kiedy myślimy sercem? Może każdy z nas ma jakiś wyznaczony limit błędów, porażek czy omamień serca jakie musi przeżyć, aby stać się mądrym, czujnym i zdrowo patrzącym na swoje życie oraz na innych ludzi?
Dawniej, kiedy żyła mama, Iga za każdym razem wkraczając w jakieś nowe doświadczenie, nowy stan, mimo wszystko czuła się pewna i bezpieczna, czuła, że jest ktoś kto ją uprzedzi o istniejącym niebezpieczeństwie, że jest ktoś kto obudzi jej zastygły rozum. Kto powie, żeby nie brnęła w to dalej, bo się sparzy. Tym kimś była mama. Jej uwagi i przestrogi Iga nie raz uznawała za przejaw nadopiekuńczości, jako zbędne marudzenie, brak zaufania do niej, brak fantazji, wygłaszała wiele słów pretensji i zniecierpliwienia. A może gdyby żyła mama ostrzegłaby ją przed Adamem? Może podpowiedziałaby jej wcześniej finał całej sprawy z Adamem Borowieckim w roli głównej? Ale czy Iga posłuchałaby jej – to jedno z podstawowych pytań pozostanie prawdopodobnie bez odpowiedzi.
Jak on tak mógł? Tak po prostu, wyrzucić ją ze swojego życia. Tak po prostu przekreślić z dnia na dzień ich miłość, ich życie, tak po prostu wyrzucić tę miłość na śmietnik…
To niemożliwe, musi być jakaś inna kobieta. Nie, nie chciała o tym myśleć
V
Po kilku tygodniach po tym, jak uległa poważnemu wypadkowi i po tym jak ukochany mężczyzna postanowił ubrać ich miłość w zdawkowy, błękitny list i brutalnie wyrzucić ją ze swego życia Iga zdawała się być w nienajgorszej kondycji. Może byłoby lepiej gdyby pogrążona w rozpaczy chlipała nocami tłumiąc płacz wciśnięta twarzą w poduszkę, a za dnia winna snuć plany zemsty na nikczemnym „osobniku płci niedoskonałej” za całe upokorzenie, które ją spotkało przez niego, za stracony czas, zawiedzione nadzieje…
Nic z tych rzeczy. Iga czuła żal, ale nie rozpalało jej to do czerwoności. Nie czuła morderczej złości. Nerwowy skurcz żołądka przeszywał ją co prawda od środka kiedy jej myśli zaczynały krążyć wokół Adama i jego niefortunnego powrotu z pachnącego bagietkami i Coco Chanel Paryża, ale nie były to spazmy przepastnej rozpaczy. Nie umiała nawet określić dokładnie tego co działo się w jej sercu i mózgu. Jakieś dziwne odrętwienie…
W ogólnym natłoku myśli, które z nadmiaru wolnego czasu w szpitalnym łóżku atakują człowieka ze wzmożoną mocą i częstotliwością, Iga próbowała wyselekcjonować swoje prawdziwe odczucia. Jakby próbowała pytać samą siebie o to co naprawdę czuje.
Powoli zbliżała się do kresu poszukiwań i ku swojemu zdumieniu, chyba nawet z lekkim niedowierzaniem zaczynała odczuwać lekki spokój, wymieszany trochę z nutą zawiedzenia. Była zawiedziona bardziej poczuciem straty czasu, niż utraty miłości swojego życia.
Spod tych wszystkich przemyśleń wysuwał się lekki zarys gotowego morału płynącego z tej całej sytuacji. Czyżby poświęciła tyle czasu na coś co nie zasługiwało na jej uwagę?
Iga nie chciała się jeszcze przyznać sama przed sobą, ale zaczynała odczuwać dziwny spokój. Był to jakby rodzaj ulgi, czuła jakby na nowo odzyskiwała swoje życie.
Te kilka ostatnich tygodni w szpitalu spędziła na rozmowach z Agatą, a kiedy ta wracała do domu do swoich rozszczebiotanych bliźniaków i do męża, Iga pogrążała się w świecie swoich przemyśleń. W każdym razie temat był nadal ten sam – dlaczego tak się stało?
Z każdym dniem oswajała się z myślą, że musi wziąć się w garść i na nowo poukładać swoje życie, które do tej pory zataczało kręgi dookoła mężczyzny zwanego Adamem, a raczej dookoła planów związanych z jego powrotem z upstrzonego przez gołębie Paryża, który to teraz nie wydawał się jej już tak romantyczny i bliski jak do niedawna.
-Dzień Dobry Kochanie – ciepły głos ciotki Laury wyrwał ją z lekkiej drzemki.
-Dzień Dobry ciociu, ooo czuję jakiś ładny zapach …. Hm – Wiem, to szarlotka?
Już po chwili Iga lekko podparta na poduszce siedziała na metalowym łożu swych cierpień i z rozanieloną miną pożerała trzeci kawałek niebiańskiego jabłecznika według wybitnego super przepisu ciotki. Był to smakołyk, który zawsze potrafił osłodzić życie Igi na tyle aby zapomniała na chwilę o trapiących ją kłopotach.
W dzieciństwie kiedy była chora, a mama musiała iść do pracy, z pomocą przybywała ciocia Laura. Przywoziła zawsze ze sobą do ich małego mieszkania na Szarą papierowy pakunek przewiązany gustowną dratwą. Iga nigdy nie mogła się doczekać kiedy słodki kawałek kruszonki i owoców dostanie się do jej rączek. Szarlotka cioci była lekarstwem na udręki wszelkiego rodzaju.
-Jesteś aniołem albo moją dobrą wróżką. Zawsze wiesz kiedy Cię potrzebuję. A jak tam dzieciaki? – spytała Iga takim głosem jakiego od czasów wypadku i odejścia Adama ciotka Laura u Igi nie słyszała.
-Widzę, że wracasz do żywych moja droga – powiedziała ciotka i spojrzała badawczo spod oprawek okularów na siostrzenicę. - Zdaje się, że czas do domu Iguniu, co?
-Tak, tak, masz rację. Nie chcę tu leżeć i użalać się nad moją nogą i moim biednym oszukanym sercem zdradzonym przez … ah! – odpowiedziała z przekąsem Iga. – Ale, co tam. Opowiedz mi lepiej o dzieciakach i co tam słychać w Ciepłym Domu, proszę…
-Ostatnio mamy trochę kłopotów finansowych – ciotka Laura wzięła głęboki oddech po czym westchnęła z nutką rezygnacji – naprawa przeciekającego dachu pochłonęła masę pieniędzy, brakuje nam na przybory do szkoły, na buty i kurtki dla dzieci, ach szkoda gadać. Ale wiesz? Pojawiło się ostatnio światełko w tunelu. Odwiedza mnie regularnie mój dawny wychowanek. Powiodło mu się w dorosłym życiu, jest dyrektorem marketingu w dużej firmie farmaceutycznej. Awanse zawodowe, godne życie, a przy tym… hm, to taki dobry chłopak. – zamyśliła się ciotka Laura, a na jej twarzy pojawił się uśmiech jeszcze cieplejszy niż zwykle, ten rodzaj uśmiechu wstępował na jej usta tylko wtedy gdy opowiadała o dzieciach, którymi się opiekowała aktualnie bądź w przeszłości. To było jej całe życie…
-No i ? – Iga spojrzała na ciotkę jakby przywołując ją do dokończenia rozpoczętej opowieści.
-No i, właśnie Jakub obiecał, że postara się jakoś nam pomóc. Wiesz, takie duże firmy mają jakieś środki przeznaczone na działalność charytatywną, sponsorują wiele rzeczy, a przecież my mamy tak dużo ważnych potrzeb – grymas niepokoju i jakby chwilowego zwątpienia zatarł już ślad po niedawnym rozmarzonym uśmiechu.
Iga lubiła te ciocine odwiedziny. Trochę brakowało jej sobotnich wizyt w Konstancinie, uścisków dziecięcych rączek, malowania z Krysią i układania toru wyścigowych z małym Pawełkiem. Ciotka Laura przywoziła regularne wieści o życiu całego domu, o anginie Ryśka, o wagarach Natalii, o zepsutym bojlerze i innych bardziej lub mniej ważnych szczegółach z ich życia. W pewnym sensie od jakiegoś czasu to było też życie Igi, co prawda tylko w soboty, ale żyła ich problemami, radościami i czuła jakby należała do tej bądź co bądź trochę dziwnej „rodziny.” Teraz wypadła z tego życia na kilka, a może nawet na kilkanaście tygodni. Dzięki wizytom ciotki, informacyjnie była na bieżąco.
-Ciociu jak ty sobie z tym wszystkim radzisz? – zapytała Iga, która zawsze podziwiała ciotkę za jej upór, wytrwałość. Wszyscy wiedzieli, że jak już Laura się za coś zabiera to na pewno to doprowadzi do szczęśliwego zakończenia, a w dodatku będzie to dopracowane w każdym calu. Laura całe życie kipiała energią, emanowało z niej jakieś ciepło i niespotykana serdeczność. Mimo tego, że była jakby nie patrzył starą panną, kobietą która sama odważnie szła przez życie i w dodatku bez przerwy pomagała wszystkim dookoła. Dlaczego nigdy nie wyszła za mąż? Przecież była bardzo piękną kobietą, Iga często oglądała stare fotografie w rodzinnym albumie mamy. Ciocia Laura wyglądała na nich fantastycznie! Iga szczególnie lubiła jedno z nich, na którym ciotka stała oparta o brzozowe drzewko wystawiając twarz w stronę słońca jakby próbowała się opalać, w letniej sukience w duże kwiaty i zarzuconym na ramiona lekkim sweterku obszytym drobnymi perełkami. Koński ogon uczesany wysoko i ozdobiony polnym makiem. Lekko przymknięte oczy mówiły zawsze Idze, że Laura na tym zdjęciu była bardzo szczęśliwa – tak sobie przynajmniej wyobrażała…
-Ciociu dlaczego nie wyszłaś nigdy…? – Iga urwała swoje pytanie w połowie i spojrzała na ciotkę, która podeszła właśnie do okna i wyglądał przez szpitalną szybę z zaciekawionym wyrazem twarzy jakby zobaczyła coś co ją bardzo zainteresowało; ale słysząc pytanie Igi zamarła na chwilę w bezruchu, zastanawiając się czy chce odgadnąć dalszą część pytania…
-…nie wyszłam nigdy za mąż? Czy tak? – westchnęła i opadła lekko na koszmarnie niewygodny taboret, przygotowany przez „gościnny personel szpitala dla miłych odwiedzających. Iga żartował sobie zawsze, że te stołeczki są tak niewygodne aby odwiedzający nie mieli siły zbyt długo na nich posiedzieć i nie zakłócali długimi wizytami spokoju pacjentów.
-Tak, przepraszam. Nigdy Cię o to nie pytałam, ale nie, jeśli nie chcesz o tym mówić uszanuję to. Proszę nie gniewaj się na mnie, głupia jestem i nietaktowna, To przecież twoja sprawa.
-Nie, moje dziecko, nie przepraszaj- Laura podniosła rękę Igi i zamknęła ją w swoich dłoniach, ściskając ją lekko jakby próbowała dodać sobie tym odwagi przed odkryciem przed siostrzenicą pewnej bolesnej historii ze swojej przeszłości.
„Byliśmy bardzo młodzi i bardzo zakochani. Jerzy był studentem trzeciego roku archeologii, a ja byłam wtenczas na pierwszym roku pedagogiki. Poznaliśmy się na imieninach Wiesi, moje koleżanki z roku. Bardzo się zaprzyjaźniłyśmy, uczyłyśmy się razem do egzaminów, razem biegałyśmy do kina, teatru… To były bardzo „ładne” czasy. Jerzy był jej dalekim kuzynem, ale że Wiesia przyjechała na studia do Warszawy z daleka, bo z Jeleniej Góry, Jurek był jej bardzo bliski jako że nikogo więcej z rodziny nie miała w stolicy. Często spotykaliśmy się u niej w akademiku. Od spotkania do spotkania, od słowa do słowa… zakochaliśmy się w sobie po uszy. Byliśmy nierozłączni do czasu…. Kiedy Jerzy był już na ostatnim roku studiów w uznaniu za dobre wyniki zaproponowano mu wyjazd na praktykę studencką do Monachium. To była dla niego wielka szansa. Instytut Archeologii w Monachium miał być ważnym etapem w jego życiu naukowo-zawodowym. Miało mu to otworzyć drzwi do kariery. Pojechał. A ja czekałam na niego, nieskończenie jak mi się wtedy wydawało długie trzy miesiące. W pierwszym liście jaki przyszedł do mnie z Monachium, Jurek pisał jak bardzo tęskni i że dzięki temu wyjazdowi upewnił się, że nie potrafi żyć beze mnie. W dalszej części listu były jego oświadczyny. To wydawało mi się niezwykle romantyczne, takie listowne oświadczyny jak za dawnych czasów. – Laura zamilkła by po krótkiej pauzie na nabranie sił do dalszej opowieści wrócić do dokończenia tej smutnej historii ze swoim udziałem. Jerzy wrócił z Monachium w lutym, a na czerwiec zaplanowany był nasz ślub. Żyłam jak w kołowrotku, te wszystkie przygotowania, szycie sukni, kwiaty, zaproszenia… Byłam zakochana i szczęśliwa. Jurek wydawał mi się ósmym cudem świata, a małżeństwo z nim najlepszą rzeczą jaka mogła mnie w życiu spotkać.”
Ciotka Laura wzięła głęboki oddech, westchnęła i na powrót zanurzyła się w historii, której Iga słuchała w takim zamyśleniu, jakby na bieżąco doklejała do każdego fragmentu tej opowieści kawałek własnego życia dla porównania i wykazania zbieżności pewnej już chyba rodzinnej u nich tendencji na polu damsko – męskim.
„Tydzień przed ślubem w naszym domu pojawili się rodzice Jerzego i … i oświadczyli mi i moim rodzicom, że ich syn wyjechał do Monachium. Okazało się, że podczas pierwszego pobytu poznał tam pewną kobietę, która po 3 miesiącach od jego powrotu do Polski napisała do niego list, że spodziewa się ich wspólnego dziecka. Moi niedoszli teściowie wzięli na siebie cały ciężar przekazania mi wiadomości o tym, że ich syn postanowił jednak być ojcem dla tego nienarodzonego jeszcze dziecka i zdecydował się na wyjazd. Nie wiem, ale widać bardzo mu zależało skoro udało mu się dość szybko jak na tamte czasy załatwić wszelkie formalności związane z wyjazdem. Szkoda, że nie miał na tyle odwagi aby powiedzieć mi o tym osobiście.
To co działo się ze mną potem nie miało nic wspólnego z tym, o czym marzyłam, co planowałam. Nigdy później nie byłam już tą samą Laurą, która kochała, która dla tego jedynego mężczyzny była skłonna poświęcić wszystko. Zakończenie było smutne o tyle, że okazało się, że ten mężczyzna, dla którego ja byłam skłonna się poświęcać - bez wahania poświęcił mnie.”
Dopiero dzisiaj Iga spojrzała na ciotkę inaczej, spojrzała na nią nie jak na siostrę mamy, ukochaną, troskliwą ciocię, która ma wielkie serce i spieszy z pomocą każdemu, kto jej potrzebuje. Dzisiaj dostrzegła w niej kobietę zakochaną, zdradzoną i porzuconą dla innej.
„To nie tak, że już nigdy potem nie potrafiłabym pokochać żadnego mężczyzny, tylko chodzi o to, że żadnemu mężczyźnie nie potrafiłabym już tak zaufać. Nie chciałam więc nikogo krzywdzić i uprzykrzać życia, wiedząc, że zadręczyłabym swoim brakiem zaufania siebie i jego. Moją miłość przelałam na te dzieci, którym całe życie poświęcam swój czas, siły
Cała ta historia trochę przytłoczyła Igę, posmutniała. Zadziwiające, jak życie dwóch kobiet z jednej rodziny ale w kolejnych pokoleniach potrafi toczyć się jakby po identycznych torach. Jak dziecko biegnie po śniegu po śladach wydeptanych przez rodzica idącego przodem, tak Iga czuła się jakby powtarzała schemat miłości bez happy end’u wyrysowany 35 lat temu przez Ciotkę Laurę.
Wszystko wróciło….
Wrócił żal, pytanie „dlaczego” i złość na samą siebie, że nie potrafi do końca zapomnieć o tym, że ktoś ją skrzywdził.
VI
Pierwszy tydzień marca – ostatni tydzień szpitalnego uwięzienia, co za ulga…
Iga leżała z głową zwróconą do okna próbując stworzyć sobie namiastkę choćby krótkiego spaceru. Dzisiaj znów sypnęło śniegiem, a czubki drzew kołysały się jednostajnie na boki. Raz na jedną, raz na drugą stronę, prawie jak ludzkie życie – raz na prawo raz na lewo, raz ku lepszemu, innym razem prosto w kłopoty.
Leżąc tak na łóżku i patrząc przez okno trzeciego piętra budynku szpitala, dodatkowo , o ironio, posadowionego na lekkim wzniesieniu jak średniowieczna forteca, nie była w stanie zobaczyć ulicy i poruszających się po niej ludzi. Nie mogła zobaczyć zakochanych spacerujących po przyprószonych lekką pierzynką śniegu alejkach pobliskiego parku, ani matek z maluchami opatulonymi w ciepłe piernatki wózków. A propos wózków, czasami idąc ulicą ma się wrażenie, że producenci wózków dla dzieci już dawno o całą epokę wyprzedzają przemysł motoryzacyjny, jeśli chodzi o fantazyjne wzory pojazdów, modele i akcesoria. O rany! Co za myśli o tych zakochanych, matkach z dziećmi w odjazdowych wózeczkach. Iga! Weź się w garść! – strofowała samą siebie pogrążona głęboko w swoich myślach.
Ale w tym samym czasie odzywał się w niej inny głos, można by nawet rzec, że nie głos tylko skowyt dręczonej duszy. Ona –Iga Malicka, lat 35, poszkodowana w wypadku samochodowym i w wypadku miłosnym. Trudno byłoby jej dzisiaj rozstrzygnąć kto bardziej ją zranił, drogowy pirat czy mężczyzna jej życia (oczywiście do niedawna).
Myśli o matkach spacerujących ze swymi pociechami i o zakochanych nie były dzisiaj przypadkowe. Rano odwiedził ją Konrad -kolega jeszcze z czasów studiów, który jednocześnie był też kolegą Adama. Z Adamem znali się od równie dawna. Żona Konrada pracowała z Adamem w jednym instytucie.
Ucieszyła się kiedy go zobaczyła. Tak dawno się nie widzieli. Ostatni raz spotkała Konrada pod instytutem, jak czekał na swoją Kasię. Iga szła właśnie do dziekanatu wybrać dokumenty dla Adama. Konrad i jego Kasia to jeden z przykładów na to, że normalne życie jest jak najbardziej możliwe. Konrad zawsze był porządnym facetem i dobrym kumplem. Pobrali się z Kasią jeszcze w trakcie studiów. Mieszkali z jej babcią, która robiła najlepsze pierogi na świecie. Nie raz przerwie między zajęciami Konrad zapraszał ich paczkę na pierogi babci Rózi.
To miłe z jego strony, że ją odwiedził. Dowiedział się od Agaty, że Iga leży w szpitalu po wypadku. Przyniósł jej mały bukiecik drobnych białych kwiatków. Skąd wytrzasnął w marcu takie cudeńka? – nie miała pojęcia. Jednak wbrew pozorom odwiedziny Konrada w ostatecznym rozrachunku nie były miłym wydarzeniem tego dnia. Wiadomości z normalnego świata, czyli tego spoza szpitalnego kieratu nie były tymi, na które mogła czekać Iga.
Konrad pojawił się w szpitalu, bo gryzło go sumienie i czuł się nie w porządku wobec Igi. Wolał powiedzieć jej o tym sam, osobiście. To uczciwe, powinna to docenić, ale jak można doceniać kogokolwiek lub cokolwiek mając złamaną nie tylko nogę, ale i serce.
To trochę przerażające, a z drugiej strony trochę śmieszne jak w jednym niemalże dniu dwóch obcych sobie mężczyzn przypuściło zmasowany atak na jedną drobną kobietę – jeden zmiażdżył samochód i nogę, drugi sponiewierał jej życie i serce.
A teraz uwaga! Adam Borowiecki zadaje ostateczny powalający cios: Konrad ma być świadkiem na ślubie Adama i Kaliny. Ślub odbędzie się za dwa tygodnie w kościele przy Gdańskiej. Jednak „clou” całej sprawy jest fakt, że Kalina i Adam spodziewają się dziecka.
Kalina wyjechała na ten sam staż co Adam. Iga nie wiedziała o tym. Gdyby wiedziała…
Zawsze była o nią chorobliwie zazdrosna. To znaczy tak to postrzegał Adam. Dzisiaj z perspektywy czasu widać, że nie była to zazdrość chorobliwa jak mawiał, ale w pełni uzasadniona, a co najgorsze spełniona. Spełniona zazdrość i niespełniona miłość Pani Igi Malickiej. Brzmi jak krzykliwy marketingowo tytuł kiepskiej opery mydlanej.
Kalina pojawiała się w jego życiu od kiedy Iga sięga pamięcią. Razem w liceum, razem na studiach, razem w pracy. Obrzydliwie jednostajna znajomość. Kalina była wysoką szczupłą brunetką, a jej długie proste i ciemne włosy dodawały jej optycznie jeszcze kilka centymetrów. Kalina nie była typem słodkiej piękności, była raczej chłodno piękna, może trochę posągowa. Rzadko się uśmiechała, co dodatkowo przy pierwszym kontakcie z nią nakazywało człowiekowi mieć się na baczności. Iga zlekceważyła przeciwnika i wyszło jak wyszło. Szkoda gadać, teraz to już mało istotne. To Kalina pójdzie powolnym dostojnym krokiem główną nawą kościoła przy Gdańskiej, omiatając powłóczystym dołem ślubnej sukni marmurową posadzkę, wprost do ołtarza, przy którym będzie czekał na nią Adam. A za kilka miesięcy będzie szczęśliwą i spełnioną kobietą tulącą w ramionach małego brzdąca.
Życie nie jest sprawiedliwe…
Zasnęła zmęczona nadmiarem wiadomości i emocji z nimi związanych. Takich rewelacji nie sposób przyjmować na chłodno, z rozsądkiem.
Śniły się jej śluby, ten Adama i Kaliny i ten odwołany, o którym opowiadała ciotka Laura. Same newsy ślubne! Ciotka Laura opowiadała jej ostatnio o tym, że jej dawny wychowanek –jak mu tam- chyba Jakub, ten od pomocy dla Ciepłego Domu też miał się ożenić miesiąc temu, ale niestety cała uroczystość nie doszła do skutku, bo Pan młody rozmyślił się na dzień przed ślubem. Ciotka Laura była w licznym gronie zaproszonych, ale zawiedzionych odwołaniem zaślubin gości. Ślub miał być z pełną pompą. Panna Młoda ponoć osobiście dopilnowywała przygotowań. Katedra, najdroższa restauracja w Warszawie jako dom weselny, najlepszy kucharz, egzotyczne kwiaty sprowadzane na zamówienie, limuzyna i te sprawy… No i po co to wszystko. Cóż dzisiaj zostało tej biednej dziewczynie z tego „wszystkiego najlepszego?” No właśnie chyba tylko życzenia „wszystkiego najlepszego od niedoszłego męża na nową drogę życia.” Ciotka Laura darzy go dużą sympatią i ma do niego wyczuwalną słabość z dawnych czasów, kiedy jeszcze był jej podopiecznym. Iga nie pamiętała dokładnie, ale Jakub wychowywał się w domu dziecka od piątego roku życia. Jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Iga nigdy go nie poznała, ale z opowieści ciotki Laury można było wywnioskować, że traktowała go trochę jak syna. Ciotka Laura nie potrafiła powiedzieć dlaczego Jakub zrezygnował z ożenku w dość spektakularny sposób, odwołując wszystko w piątek poprzedzający dzień ślubu. Możliwe, że on sam nie był pewien tego co robi…
Krótkie drzemki, jedzenie, obchody lekarskie itp. to już wszystkie punkty na rozkładzie jazdy szpitalnej. Igę obudził głośny klekot wózka do rozwożenia posiłków. Jego rozchwiane kółka w zetknięciu z posadzką na korytarzu wydawały takie odgłosy, które wyrywały człowieka nawet z głębokiego snu, a co dopiero z dopołudniowej drzemki. Iga przeciągnęła się, spoglądając w stronę okna, a kiedy odwróciła głowę w drugą stronę zobaczyła siedzącego pod ścianą naprzeciw łóżka swojego „oprawcę drogowego.” Siedział z zawstydzoną miną jakby nie był pewien czy Iga nie każe mu zejść jej z oczu za to co zrobił.
-Dzień Dobry Pani Igo. To znowu ja. Przepraszam, ale nie mogę pogodzić się z tym, że zrobiłem Pani taką krzywdę. – mówił spokojnie, ale z zażenowaniem.
-Dzień dobry. Widzę, że sumienie nie daje Panu spokoju. W porządku, no więc za tydzień ściągają mi gips i puszczają mnie do domu. Nareszcie! Nie mam żadnych planów zemsty za to – powiedział Iga wskazując na nogę i uśmiechnęła się do drogowego pirata.
-Nie powiem, że nie jestem zła za to unieruchomienie; ale proszę się nie obawiać nie chcę Pana gnębić. Dziękuję za ostatnie tulipany – powiedziała, a jej policzki lekko się zaróżowiły.
Iga spuściła wzrok, a na jej skroń zsunął się ten sam co zwykle zakręcony kosmyk brązowo – rdzawych włosów, który niemalże natychmiast Iga wyćwiczonym i już chyba mimowolnym ruchem dłoni szybko odgarnęła na bok. Odchyliła głowę spojrzała na swego gościa i zapytała jakby dopiero teraz oprzytomniała:
-Jak Pan ma właściwie na imię? Chyba ostatnim razem nie zapytałam Pana o to?- uśmiechnęła się jakby na potwierdzenie zgody i chęci rozpoczęcia tej znajomości od początku.
-Kuba. To znaczy Jakub.- powiedział ściszonym głosem spoglądając na Igę tymi szaro-błękitnymi oczami jakby nadal obawiał się jej złości za to co zrobił.
Sam nie wie jak to się stało, po prostu nie zauważył… Spieszył się wtedy…
Iga cały czas próbowała odszukać w swej pamięci osobę o takich samych oczach jakie miał Kuba, właśnie takie dziwnie szare z odcieniami lekkiego błękitu. Zaraz, zaraz, wiem – Maciek! Maciek z drugiego piętra kamienicy przy Szarej! On miał takie piękne duże oczy, właśnie takie same jak Kuby. Wspomnienie o Maćku zawsze wywoływało uczucie smutku. Iga i Agata miały wtedy może po 10 lat, reszta podwórkowej bandy była o rok ewentualnie dwa, trzy starsza lub młodsza. Tamten wakacyjny dzień dobiegał już końca, było około siódmej wieczorem. Po całodziennym szaleństwie, po wyścigach dookoła kamienicy, po zabawie w „pięć cegieł” i wielu innych obowiązkowych konkurencjach podwórkowych z okien kamienic otaczających podwórko wspólne dla ulicy Szarej, Radosnej i Deszczowej wychylały się kolejno głowy zmęczonych matek, ojców lub innych członków zacnych rodzin nawołujące na całe gardło kolejnych podwórkowiczów. Mniej więcej przez godzinę jeszcze było słychać odbijające się o ściany podwórka – studni: „Marek!!!! Antek, Agata !! do domu…”
Echo wcale nie powtarzało tego samego , miało się wrażenie, że odpowiadało ono: „Mamo!!! Jeszcze chwilę!!!!”
Z okna na drugim piętrze obsadzonego czerwonymi pelargoniami, wychyliła się jasna głowa Pani Zaleskiej:
-Maciek, do domu!- zawołała.
-Mamo! Tylko pobiegnę jeszcze do Jankowskich po moją piłkę!
Jankowscy mieszkali dokładnie po drugiej stronie ulicy na parterze. Było tam pięcioro rodzeństwa. W domu się nie przelewało, stąd często bracia Jankowscy pożyczali piłkę i inne „akcesoria” do zabawy od kogoś z podwórka. Wszyscy chętnie im pożyczali swoje skarby, bo bracia byli „w porządku.” Pomimo niezbyt dostatniego życia rodzice bardzo dbali o to aby dzieci dobrze się uczyły. W zamian za „pożyczki różnego rodzaju” bracia pomagali często innym w odrabianiu lekcji.
-Dobrze, dobrze. Tylko pośpiesz się! – powiedziała Pani Zaleska patrząc z góry na syna z ciepłym pobłażliwym uśmiechem. Wiedziała, że Maciek przyjaźni się z Bartkiem od Jankowskich i że chłopcy byli prawie nierozłączni.
Maciek pobiegł w kierunku szerokiej bramy kamienicy aby przecinając tylko wąski pas jezdni pomiędzy budynkami znaleźć się pod oknami mieszkania Jankowskich.
Jego ruda kręcona czupryna podskakiwała przy każdym susie. Wszyscy pozostali stali przy ich sławetnym trzepaku omawiając jeszcze plany na jutro. Wyglądało to prawie jak narada wojenna. Popatrzyli jeszcze za nim i widzieli jak jego koszulka w szerokie zielono-białe paski znika w czeluściach bramy wjazdowej na podwórko. Ledwie zniknął za murem, jak usłyszeli przeraźliwy pisk opon i tępe uderzenie, a po ułamku sekundy krzyk ludzi. Spojrzeli na siebie i w jednej chwili wszyscy wybiegli przed bramę. Na środku jezdni stał samochód a przed nim leżał Maciek …
Iga nie chciała pamiętać tego widoku, ale to co poczuła tamtego dnia wracało nawet po tylu latach z takim samym odrętwieniem i przerażeniem jak wtedy.
Maciek miał właśnie takie piękne duże szare oczy jak Kuba. To dziwne uczucie kiedy spotykamy kogoś o takim samym spojrzeniu jak ktoś, kogo się kiedyś znało, a kogo już nie ma. Jakbyśmy doznawali jakiegoś metafizycznego przeżycia.
Pani Zaleska wyprowadziła się niedługo potem do Radomia do siostry. Nie miała tu nikogo. Po śmierci męża, który zmarł na raka płuc kiedy Maciek miał dwa latka, żyła tylko dla synka. Kiedy zabrakło Maćka jej życie się skończyło, ona sama otarła się prawie o granice obłędu.
Boże! Jak ta kobieta cierpiała. Przez kilka kolejnych tygodni chodziła codziennie do piekarni i nadal kupowała drożdżówki ze śliwką, które uwielbiał Maciek, a wieczorami widzieli jak wychyla się przez okno kuchenne jakby chcąc zawołać syna z podwórka, spoglądała na nich jakby z wyrzutem i cofała się do mieszkania. Robiło im się wtedy strasznie przykro. Gdyby mogli go wtedy zatrzymać, gdyby wiedzieli co czeka na niego za murem podwórka nigdy w życiu nie pozwoliliby mu biec po tę piłkę.
Ale te same oczy… To niesamowite.
VII
Iga po powrocie ze szpitala przeżyła całe pielgrzymki odwiedzających i zatroskanych o jej zdrowie znajomych, sąsiadów i kolegów z pracy. Powoli zaczęła wracać do normalnego życia. Koleżanki z wydawnictwa dbały o dostarczanie materiałów do opracowywania w domu i o odbieranie stosów papieru od Igi. Agata pilnowała aby Iga nie odpuszczała rehabilitacji i codziennych ćwiczeń zlecanych przez lekarzy, ciotka Laura o zapasy jedzenia. Ale, był jeszcze ktoś, kto dbał o to aby w domu Igi nie zabrakło tulipanów…
Kuba coraz częściej wymieniał wczorajsze lub co najwyżej dwudniowe kwiaty na świeży bukiet. Iga nawet nie zauważyła kiedy stali się dobrymi znajomymi, czy może nawet trochę się zaprzyjaźnili. Iga nie lubiła nadużywać słowa przyjaźń. W życiu nauczyła się odróżniać przyjaźń od znajomości, koleżeństwa czy dobrej współpracy. Przyjaźniła się z Agatą i tylko jej mogła powierzyć wszystkie nawet najgłębsze tajemnice, rozterki czy marzenia. Z Agatą mogła przedyskutowywać wszystkie aspekty swojego życia , te chlubne i te o których wolałaby zapomnieć. Tak samo ona o Agacie wiedziała wszystko i od zawsze.
Przed Agatą nie musiała wstydzić się własnych myśli, odsłaniała przed nią wszystkie nawet najdalsze zakamarki swojej duszy, umysłu, no i serca. Chociaż zawsze zastanawiała się czy nie jest to przypadkiem jeden i ten sam ludzki organ tylko biologicznie odseparowany dla jakiejś równowagi? Od czego zależy czy myślimy mózgiem czy naszym sercem? Kiedy dokonujemy wyboru „narzędzia?” Może mylne jest rozdzielanie tych rzeczy? Może nasze serce i mózg funkcjonują na zasadzie naczyń połączonych, a może są jednym naczyniem?
Od zawsze nurtowało ją to pytanie. Ale Iga była zdecydowanie za tym, że nie da się tego oddzielić i była przekonana, że nasze decyzje wynikają z jakiejś mentalnej mieszanki naszych odczuć, uczuć i rozsądnej domieszki naszej wiedzy oraz doświadczenia. Nie podzielała tendencyjnego podejścia do tej kwestii, to znaczy, że w sprawach rodzinnych, uczuciowych i tak dalej kierujemy się raczej sercem, a w sprawach zawodowych i im podobnych zdrowym rozsądkiem. Iga uważała, że jej życiowe decyzje, i te prywatne i te służbowe zawsze były jakimś jej własnym kompromisem pomiędzy uczuciami, a rozsądkiem. Uznawała to za właściwą mieszankę i jedynie słuszną, a w dodatku gwarantującą jej samej tzw. „bycie sobą” w każdej sytuacji.
Dziś Iga nie miała żadnej motywacji do pracy. Rehabilitanka odwołała ćwiczenia z powodu grypy, Agata miała wolny dzień, ale bliźniaki złapały jakąś paskudną infekcję, więc była uziemiona w domu, natomiast ciotka Laura miała przyjechać dopiero jutro.
Iga siedziała przy stole z nogą wyprostowaną przed siebie i opartą na przeciwległym krześle. Tuż przed wyjściem ze szpitala ściągnięto jej gips i ubrano w uroczy szaroniebieski usztywniacz, ściągany okazjonalnie na czas rehabilitacji i snu.
Przynajmniej był lżejszy od gipsu i nie ograniczał ruchu bioder. To już było coś. Minimalne postępy w ponownym rozruchu strzaskanej kończyny nie satysfakcjonowały jej jednak i nie były takie jakby tego chciała.
Siedząc tak w bezruchu przy stole i stukając czubkiem ołówka o stos kartek leżących przed nią, rozmyślała o swoich uczuciach do człowieka, którego jeszcze do niedawna kochała do szaleństwa, i z którym planowała spędzić resztę życia.
„Drogi Adamie.”
Nie wiem czy zasługujesz na ten list ode mnie… Chciałam tylko abyś wiedział, że w całej tej przykrej sytuacji najbardziej zasmucającą mnie kwestią jest to, że nie potrafiłeś przekazać mi tej najważniejszej dla naszego związku informacji; tej która miała go zakończyć. Jest mi przykro, że nie uznałeś za stosowne aby spotkać się ze mną i patrząc prosto w moje oczy powiedzieć, że to koniec, że jest inna kobieta, która w dodatku nosi pod sercem Twoje dziecko. Myślę, że koniec naszej miłości musiał nastąpić jeszcze przed Twoim wyjazdem, a może ta miłość tak naprawdę nigdy nie istniała? Może było to tylko złudne zauroczenie? Nie. Nie dla mnie. Ja kochałam Cię naprawdę i chciałam czuć się kochana. Prawdopodobnie dlatego nie zauważyłam najważniejszego momentu tej miłości, a mianowicie jej agonii.
Mam tylko kilka pytań:
Dlaczego mnie okłamywałeś?
Dlaczego nie byłeś w stanie powiedzieć mi prawdy o tym z kim wyjeżdżasz?
Dlaczego nie zasłużyłam sobie nawet na to aby z Twoich ust usłyszeć, że to już koniec i możemy iść do domu, jak po długim kinowym seansie?
I ostatnie pytanie: Dlaczego?
Dziękuję za wszystko co było dobre… Jednocześnie życzę Tobie i Twojej żonie aby Wasza miłość nigdy nie podzieliła losu naszej miłości, aby Wasze dziecko mogło przyjść na świat i dorastać w szczęśliwej, kochającej się rodzinie.
Może kiedyś, za parę lat usiądziemy gdzieś na ławce w naszej ulubionej parkowej alejce i porozmawiamy o tym, co nam się w życiu przytrafiło…”
Iga M.
Iga nie była pewna czy wyśle ten list, ale chciała w ten sposób zamknąć etap swojego życia, który generalnie zdominowany był przez Pana A. Borowieckiego. To smutne, że można zamknąć miłość i plany na wspólne życie w jednym trochę przykrótkim liście.
Ale cóż, niech mu się wiedzie, zwłaszcza, że ma zostać ojcem. Iga była wyczulona na krzywdę dzieci. Właśnie z tego powodu, życzyła Adamowi i Kalinie wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia, na tej samej, którą miała kroczyć z nim ona – Iga M.
Złożyła zapisaną równiutkim pismem kartkę papieru i wsunęła ją do koperty z wykaligrafowanymi inicjałami A.B. i położyła na niej swoją bladą dłoń, wystukując palcami jakiś bliżej nieokreślony rytm. Iga patrzyła w okno, za którym promienie wiosennego już słońca grały swoim światłem na mokrych od deszczu szybach. W kroplach pokrywających całe okno widać było różne kolory.
-Jak w życiu –pomyślała Iga. Jako mała dziewczynka lubiła takie deszczowe dni, zwłaszcza kiedy mama nie szła do pracy. W kaflowym piecu trzaskały iskry, Iga siadała na zydelku obok pieca opierając stopy o nagrzane kafle; mama gotowała obiad i zazwyczaj piekła coś słodkiego. Mama dobrze wiedziała, że jeśli zabraknie ciasteczek w sobotni wieczór mała Iga będzie najbardziej nieszczęśliwą dziewczynką na ulicy Szarej. Ulubionymi smakołykami Igi były drobne ciasteczka z ciasta francuskiego z cukrem – uhm to były prawdziwe delicje.
Tylko mama potrafiła takie upiec. Nawet ciotka Laura nie dorównywała jej kunsztem w materii ciastek francuskich, z kolei ciotka była niekwestionowaną mistrzynią szarlotki.
Za to Iga nie odziedziczyła nawet w jednej setnej talentów kulinarnych obu sióstr. Taki los! Żaden z genów odpowiedzialnych za kuchmistrzostwo nie zaczepił się o łańcuch DNA Igi, a szkoda, bo talenty te były na miarę wielkich mistrzów kuchennego rzemiosła. No, cóż Idze pozostaje teraz albo telefon do cioci Laury z prośbą o ulubiony wypiek albo cukiernia „Słodka Bajka” na rogu Gwarnej i Szerokiej, gdzie już w połowie ulicy zaczynają unosić się w powietrzu słodkie zapachy czekolady, drożdżówek i inne aromaty.
To ulubiona cukiernia Igi z czasów dzieciństwa. Rodzinna firma, która od blisko czterdziestu lat rozpieszcza podniebienia mieszkańców dzielnicy i nie tylko, bo jej dobra sława rozciąga się na całe miasto.
Zapachy dzieciństwa, wspomnienie małego Maćka, mamy i tego całego życia na Szarej wywołało w Idze lekkie ukłucie w sercu, a w jej sarnich oczach zatańczyło kilka łez, które spłynęły po bladych policzkach. Tak bardzo tęskniła za mamą i życiem na Szarej.
Kilka miesięcy później…
VIII
Grudzień był wyjątkowo mroźny, ale Iga nie narzekała, cieszyła się każdym haustem świeżego powietrza, każdym płatkiem śniegu opadającego na jej płaszcz. Jeszcze nigdy tak bardzo nie lubiła grudnia.
Dzięki Pani Dorocie, która jak oka w głowie pilnowała jej całej rehabilitacji i uparcie naciskała na dodatkowe zabiegi i ćwiczenia, dosyć szybko wróciła do dawnej sprawności. Może nie kwalifikowała się jeszcze do zmagań godnych olimpijczyka, ale noga z dnia na dzień stawała się coraz bardziej sprawna i kilka dni temu Iga mogła porzucić swoich przyjaciół, jak zwykła z uśmiechem mówić o kulach, z którymi nie rozstawała się od stycznia. Jedenaście długich miesięcy spędzonych najpierw w szpitalu, potem w domu, jednak stale walcząc o sprawność sprzed wypadku…
Określenie „sprzed wypadku” ostatnio w swoich myślach coraz częściej zastępowała innym: „zanim poznałam Kubę.” Wypadek miała przez Jakuba, a może powinna mówić, że Jakuba poznała dzięki wypadkowi? Głupio to brzmi, ale czy w życiu wszystko jest jednoznaczne i proste? Kiedy po wypadku dotarło do niej co się stało, była wściekła, ale kiedy Kuba przyszedł odwiedzić ją po raz pierwszy w szpitalu nie potrafiła się na niego wściekać i gniewać. Nawet Agata zachęcała ją do tego aby powalczyła o dodatkowe odszkodowanie z jego strony. Iga nie chciała, odkryła, że nie umie się na niego gniewać, nawet dziwiła się sama sobie, że tak łatwo wybaczyła mu to drogowe piractwo, którego żniwem była jej okaleczona noga i trochę stracony rok życia.
Stracony – niestracony…
Jakub często odwiedzał ją kiedy jeszcze leżała w szpitalu, ale kiedy po kilku tygodniach wróciła do domu, nie zaprzestał jej odwiedzać, a nawet zwiększył nieco częstotliwość swoich odwiedzin.
Chociaż był człowiekiem bardzo zapracowanym, ale raz na jakiś czas wpadał aby odwiedzić swoją „ofiarę.” Lubiła kiedy stawał w drzwiach do jej mieszkania zawsze z bukiecikiem świeżych kwiatów. Iga żartowała, że to na pewno z powodu wyrzutów sumienia, które dręczyły go za to, że ją skrzywdził. Tak naprawdę to nie Jakub ją skrzywdził tamtego dnia tylko Adam. Przyleciał, ale nie do niej. Wrócił, ale nie dla niej. Ożenił się, ale nie z nią.
To miłe ze strony Kuby, że dowiadywał się o jej zdrowie i widziała, że naprawdę żałował tego co zrobił. Niewiele o nim wiedziała, oprócz tego, że jest zapracowanym młodym człowiekiem, odpowiedzialnym i nad wyraz dobrze wychowanym. Nigdy nie wypytywała go o nic. Odwiedziny mijały zazwyczaj na tym, że to on wypytywał Igę o to jak się czuje, jak sobie radzi z pracą przywożoną z wydawnictwa do domu, jak przebiega rehabilitacja…
Kiedyś tylko raz zapytał ją o to dlaczego jest sama. Zapaliła się jej wtedy jakaś lampka ostrzegawcza i postanowiła skłamać. Opowiedziała mu o mężczyźnie, który wyjechał na staż do Paryża i o planowanym ślubie po jego powrocie. Serce się w niej kołatało nerwowo jak o tym wszystkim opowiadała, ale do dzisiaj nie wie dlaczego skłamała i nie powiedziała Kubie prawdy, że została oszukana, porzucona dla innej, zdradzona. Poza tym Jakub był dla niej jakby nie patrzył obcym człowiekiem, w dodatku tym, który ją wpakował na całe tygodnie w gips i skazał ją przy tym na kilkumiesięczne męki żmudnej rehabilitacji. Ale z drugiej strony polubiła go. Może nawet bardzo? Podobał się jej tez jako mężczyzna. Miał przepiękne, tylko takie smutne oczy. Chociaż miała wrażenie, że w tych z pozoru smutnych oczach grają jakieś chochliki, zdradzające prawdziwy charakter właściciela.
Ale co tam, Jakub pewnie miał więcej szczęścia w życiu niż ona. Nie miała nigdy śmiałości pytać go o jego osobiste sprawy. Zawsze kiedy przynosił jej kolejny bukiet kwiatów, po chwili rozmowy o jej powrocie do zdrowia, uciekał w pośpiechu. Pewnie spieszył się do żony albo narzeczonej, a może miał już dzieci?
-Bylibyście ładną parą – zażartowała kiedyś Agata – A swoją drogą byłby to niezły temat na jakąś powieść. Historia wypadku, w którym główna bohaterka traci nogę, a zyskuje miłość swojego życia.
Zaśmiewały się z tego do łez. Chociaż po chwili namysłu Iga, nie przyznając się nawet Agacie pomyślała, że właściwie dlaczego nie? Czy ona nie zasługuje na takiego mężczyznę jak Jakub? Czy ona nigdy nie zazna takiego życia jak Agata? Kochający mąż, rozwrzeszczane bliźniaki, kłócące się o zabawkę, uśmiechy dzieciaków, ich choroby, gorączki, ząbki i takie tam… małżeńskie kłótnie, problemy, wspólne wakacje, obiady…
Iga oddałaby wiele, żeby żyć takim życiem.
Z myśli o cudownym rodzinnym bytowaniu wyrwał ją dźwięk dzwonka do drzwi.
-Dzień dobry moje dziecko. - w drzwiach stała starsza kobieta opatulona szalem w bordowo złote kwiaty i w czarnym kapeluszu przechylonym lekko na jedną stronę, z płaszczem przewieszonym przez ramię.
-Strasznie ciężko wejść na to Twoje trzecie piętro, jak ty sobie dajesz radę moja droga, z twoją pokiereszowaną nogą! - mówiła bez przerwy z lekkim objawem zadyszki i zmęczenia.
-Dzień dobry Pani Wando, proszę wejść.- Iga zaprosiła gościa do środka. Pani Wanda była mamą Adama. Ostatni raz widziały się na krótko przed jego powrotem. Iga odwiedziła Państwa Borowieckich i razem z mamą Adama cieszyły się z jego przyjazdu. Chociaż dzisiaj Iga przypomniała sobie, że ojciec Adama nie podzielał ich entuzjazmu i przebąkiwał coś o tym, że w życiu różnie bywa…
-Proszę usiąść –Iga wprowadziła Panią Wandę do pokoju- A ja zrobię nam herbaty.
Iga wróciła z kuchni z porcelanowym dzbankiem świeżo zaparzonej herbaty, której mocny aromat wypełnił cały pokój. Całe szczęście, że wczoraj ciotka Laura przyniosła nową porcję szarlotki. Dzięki temu Iga miała czym poczęstować Panią Wandę. Siedziały naprzeciw siebie milcząc i patrząc sobie w oczy jakby w ten sposób chciały wymienić między sobą myśli, które kotłowały się w głowie jednej i drugiej. Zarówno Iga jak i Pani Wanda odczuwały pewne zakłopotanie, doskonale zdawały sobie sprawę, że to spotkanie nie jest łatwe dla żadnej z nich.
-Moje dziecko. Postanowiłam Cię odwiedzić aby sprawdzić jak się czujesz. Nie wiedzieliśmy wcześniej o twoim wypadku. Dowiedziałam się dzisiaj od Konrada. Spotkałam go przypadkiem jak wchodził do tej maleńkiej księgarni przy Krótkiej, to blisko naszego domu. Adam o niczym nam nie powiedział. Chciałabym abyś wiedziała, że nie pochwalamy tego, co zrobił Adam. Tak naprawdę, mój mąż wiedział trochę wcześniej jakie nasz syn ma plany, ale nie wiedział jak mi to powiedzieć, więc wolał z tym zaczekać do powrotu Adasia. Chciał aby on sam powiedział mi o tym, że się żeni, że będzie ojcem. No i o Kalinie… Nie wiem nawet, co powinnam ci powiedzieć… Może tylko tyle, że jest nam bardzo przykro i trochę nawet wstyd, że nasz syn okazał się kłamcą i tchórzem. To bardzo boli. Adaś jest naszym jedynym synem. Bardzo go kocham, ale moje serce matki przeszywa na wskroś ból, że moje własne dziecko potrafiło tak skrzywdzić drugą osobę. Poza tym ta cała Kalina nigdy nie przypadła mi do gustu. To taka zimna kobieta. Zawsze próbowała go usidlić i w końcu jej się udało. Tylko co z tego będzie. Iguś on cię naprawdę kochał. Mój Boże, byliście taką ładną zakochaną parą… - Pani Wanda sięgnęła do torebki po chusteczkę, którą ocierała raz łzy raz czoło, jakby ta rozmowa kosztowała ją sporo wysiłku.
-Pani Wando, dziękuję i chcę aby Pani wiedziała, że nie mam żalu do Was. Nie jesteście niczemu winni.
-Może źle go wychowaliśmy?- potrząsnęła głową Pani Wanda jakby chciała dodatkowo zaprzeczyć.
-Kochana Pani Wando.- Iga westchnęła, a po chwili przybrała ton pozorujący wesołość- Teraz napijemy się herbaty, a o Adasiu nie chciałabym już rozmawiać. Jakoś to sobie wstępnie poukładałam. Nie chcę rozpaczać, oglądać się za siebie i tracić czasu. Nie mam żalu do nikogo –oprócz samego Adama. Życzę im wszystkiego dobrego, a Pani będzie babcią i powinna się Pani cieszyć wnukiem albo wnuczką. Koniec kropka! – Iga próbowała pocieszać Panią Wandę, bo doskonale czuła, ze jeśli pozostaną w atmosferze rozpaczy i rozliczania tego co się stało, to ona sama się zaraz rozklei i na nowo nie będzie mogła się pozbierać.
Ta wizyta Pani Wandy trochę wytrąciła Igę z równowagi. Wróciły wspomnienia, które przecież starała się pozacierać w swojej pamięci. Chociaż prawdopodobnie całe życie będzie to do niej wracało pod różnymi postaciami. To tak, jak ludzie wspominają wojnę albo jakąś zarazę, tak samo ona będzie miała swoje niby „wojenne” wspomnienia.
Chociaż zdecydowanie chętniej wolała wracać wspomnieniami do czasów dzieciństwa kiedy majtały z Agatą nogami na trzepaku.
Każdy ma jakąś swoją wojnę do przeżycia. Może moją miał być Adam? Każdy z nas ma, miał lub będzie miał jakąś trudną życiową partię do rozegrania lub tylko do przeżycia. Przecież nie zawsze mamy wpływ na to co nas spotyka, chociaż może …?
Pamięta jak Agata biła się z losem o swoje macierzyństwo. Kiedy kolejne miesiące przynosiły rozczarowanie, kiedy zaczynała tracić wiarę w to, że kiedyś jakieś małe rączki otulą ją i uwieszą się na jej szyi, wtedy Agata zaciskała zęby i razem z Pawłem zaczynali od nowa całą batalię wyposażeni w niezmierzone pokłady nadziei i wzajemnej miłości. W końcu jednak te żmudne zmagania przyniosły długo oczekiwany efekt. A efekt przerósł oczekiwania, bo okazało się, że oprócz tego , że Agata jest w ciąży, to jest jeszcze jeden bonus w postaci drugiej fasoli, która pokazała się na USG. Bliźniaki były cudowne. Rozczarowania, ból i łzy zostały szybko wyparte przez miłość i radość z ich narodzin.
Tę bitwę w swoim życiu Paweł i Agata wygrali, czy uda im się wygrać całe życie? Tego nigdy nie wiadomo…
A czy Idze uda się wygrać jej życie? Bitwę o miłość przegrała. W każdym razie tę o miłość Adama, ale czy znajdzie ją jeszcze jakaś miłość w życiu? Czy będzie jej dane dzielić je z kimś kogo pokocha i kogoś kto pokocha ją?
IX
Od rana Iga zajęta była pracą, a cały pokój zaścielały kartki, mniejsze większe, jakieś projekty zestawienia. A w samym środku tego Iga pochylona nad klawiaturą swojego ukochanego laptopa, wystukująca znaki literowe z prędkością maszyny drukarskiej. Trzecia, jeszcze nie do końca dopita kawa na stoliku obok wchodzi w skład zestawu obowiązkowego kiedy Iga pracuje. W zasadzie od przyszłego tygodnia będzie już jeździć normalnie do pracy do wydawnictwa. Te prace domowe już jej się trochę znudziły. A przede wszystkim brakowało jej ludzi z wydawnictwa, zwłaszcza, że Iga nie była typem samotnika.
No dobrze, chwila przerwy na odświeżenie szarych komórek będzie zbawienna również dla jej zmęczonych oczu i wygiętego w pałąk nad laptopem kręgosłupa. Iga wstała i przeciągnęła się leniwie jak kot po zejściu z ciepłego pieca. Podeszła do okna. „Okna”- zabrzmi to trochę śmiesznie, ale od czasu wypadku stały się dla niej bardzo ważne. Przez ostatnie długie miesiące jej zdolność do spacerów ulicami miasta czy parku była zdecydowanie mocno ograniczona, tak więc wyglądaniem przez okno lub siedzeniem latem na balkonie usiłowała zrekompensować sobie niedobór pieszych wędrówek, w trakcie których człowiek nabywa niezbędnej wiedzy o życiu pozostałej części swego gatunku, a poza tym relaksuje się, odpoczywa i generalnie czuje, że żyje.
Spojrzała na przeciwległą stronę ulicy. Tam zaczynał się już park. A dokładnie po drugiej stronie parku ścielił się pas budynków ulicy Szarej, tej samej na której lata swojego dzieciństwa spędziła Iga.
Ze swojego okna była w stanie podziwiać czubki mniejszych drzew i wnętrze rozrosłych koron tych trochę mniejszych. Agata żartowała, że można stamtąd zaglądać ptasim mieszkańcom parku do gniazd. Iga spojrzała na wejście do parku, gdzie tuż za ogromną kutą, żelazną bramą zaczynała się szeroka parkowa aleja, po której obu stronach rosły olbrzymie platany z plamiastymi pniami.
Właśnie w tym momencie Iga dostrzegła drobną postać w przykrótkim kraciastym płaszczu szybkim krokiem kierująca się ku kamienicy, w której mieszkała Iga. Zanim weszła do bramy pod numerem 56 spojrzała spod trochę przydużej futrzanej czapy do góry i pomachała ręką spoglądając wprost w okna Igi. To ciotka Laura! Miała przyjechać wczoraj, ale Staś się dostał gorączki, wzywali lekarza i ciocia została na noc w Ciepłym Domu aby pomóc Pani Halince, która miała akurat nocną zmianę. Ciocia przeżywała nawet najmniejsze przeziębienie każdego z dzieci jak prawdziwa troskliwa mama. Zresztą pozostałe opiekunki i wychowawczynie z Konstancina były naprawdę pełne ciepła i troski o swoich podopiecznych. Nikt kto tam pracował nie traktował tego jak zawód, profesja, ale jak powołanie i normalne życie, tak aby dzieci miały choćby namiastkę rodzinnego ciepła.
Ciotka Laura już od wejścia krzyczała na Igę, że powinna cieplej się ubrać i nie pić tyle kawy, a tak w ogóle to miała przyjechać dopiero wieczorem, ale na wieczór umówiła się z tym swoim byłym wychowankiem w sprawie prezentów świątecznych dla dzieci na Gwiazdkę.
Przez kolejne dwie godziny maltretowała Igę opowieściami o tym, jak fantastycznym chłopcem jest jej Jakub. To imię ostatnimi czasy jakoś dziwnie przylgnęło do jej życia, pomyślała Iga słuchając cioki. Czy wszyscy mężczyźni na tym świecie mają na imię Adam albo Jakub? No, dobrze, dobrze, rozumiała ciociny zachwyt nad hojnym młodzieńcem, który poprzez swoją hojność i pomoc dla dzieci o podobnych losach jak jego własne, chciał pewnie spłacić dług wdzięczności wobec Ciepłego Domu i Pani Laury za wychowanie i miłość, której nigdy by nie doznał gdyby nie to czarodziejskie miejsce w konstancińskim lasku. Ulubieniec cioci ukończył studia ekonomiczne i ruszył na podbój świata. Dzięki świetnym wynikom i najlepszej pracy magisterskiej na całym Wydziale, został wyłowiony przez modnych teraz head hunterów i dostał atrakcyjny angaż w jednej z włoskich firm farmaceutycznych. Machina koncernu pochłonęła młodego zdolnego na tyle, że ani jemu nie zaświtała nigdy myśl o zmianie ani też sami zainteresowani nie planowali go „wykorzystać i wypluć,” ale wręcz przeciwnie awansować. Po kilku latach wspinaczki po kolejnych szczeblach drabiny zawodowej otrzymał stanowisko Dyrektora ds. Marketingu.
Jeszcze w trakcie studiów poznał Aleksandrę, która była typowym przykładem młodej, rozpieszczonej jedynaczki. Bogaci rodzice, spełniający każde życzenie córki oraz młody, przystojny i dobrze umocowany zawodowo mężczyzna – to był wymarzony świat Aleksandry i jej cel. Z opowieści ciotki Laury wynikało, że sprytna Ola wciągnęła biednego Jakuba w swoje domowe ognisko, malując przed nim idealny obraz rodziny i domu, w którym jest cała kochająca się rodzina, bez kłopotów i bez zmartwień, które przecież rozwiązują się same przy użyciu „czarodziejskich monet” taty. Jakub ku rozpaczy ciotki Laury uległ pokusom pięknej Oli i fatamorgany ciepłego rodzinnego domu.
Pewnie pociągnęło go złudne niestety wrażenie, że Aleksandra i jej rodzina to właśnie to, o czym marzył całe swoje życie od czasów śmierci jego rodziców. Początkiem tego roku Jakub miał się ożenić z piękną Aleksandrą, zaproszono rzesze zacnych gości, w tym ciocię Laurę, która sceptycznie zapatrywała się na szczęśliwą przyszłość swego ukochanego Jakuba z rzeczoną Olusią. Ciocia Laura wyczuwała takich interesownych i lekko „pustawych” osobników na odległość. Nie była przekonana o szczerości, a raczej była przekonana o nieszczerości uczuć Aleksandry do Jakuba, który zdaniem ciotki miał stanowić przystojny, wykształcony i dobrze uplasowany zawodowo dodatek do jej luksusowego życia.
Na szczęście, zdaniem ciotki Laury, nie doszło do tegoż małżeństwa, bo opatrzność czuwała nad biednym Jakubem i nie dopuściła do tragicznej pomyłki, jaką byłby według relacji cioci ten ślub. Ciociny ulubieniec zachował się zdaniem Igi jeszcze lepiej niż jej były osobisty narzeczony Adam B., odwołując ślub w przeddzień uroczystości.
Biała suknia została nietknięta w szafie, restauracja została ze sporym zapasem wykwintnego menu, a rozkoszna Aleksandra została ze swoim chytrym choć nie do końca dopracowanym jak widać planem na męża, którego niekoniecznie trzeba szczerze kochać, ale za to można się nim pochwalić jak kolejną kreacją od Gucciego.
Z obszernej relacji ciotki wynikało, że naiwny i dobroduszny Jakub poszedł po rozum do głowy. Iga nie była pewna czy czasem nie sprawiły tego może jakieś ciche sugestie samej ciotki Laury. Sama podejrzana twierdziła, że Jakub na wytłumaczenie tego, co zrobił opowiedział jej jakąś mało prawdopodobną jej zdaniem historyjkę o cudownym nagłym olśnieniu, którego miał doznać w dzień poprzedzający jego ożenek. Ponoć zrozumiał, że nie kocha Aleksandry i nie może oszukiwać ani jej ani siebie samego.
Coś za dużo w ostatnim czasie tych historii o odwołanych ślubach, czyżby jakaś epidemia? Odwołany ślub ciotki Laury sprzed trzydziestu lat, świeżo bo sprzed kilku miesięcy odwołany ślub i odwołana miłość Igi, no i teraz na deser opowieść o odwołanym ślubie tego całego ciocinego Jakubka. I o tyle ile historia niespełnionej miłości Laury wywołała u niej falę wzruszenia i ubolewania nad nieszczęśliwym losem młodej dziewczyny, albo historia jej miłości do Adama, który okazał się być draniem, to opowieść o odwołanym ślubie tego Jakuba z jakąś postrzeloną bogaczką wywołała w niej jakiś rodzaj złości.
Po pierwsze zaczęła być zazdrosna o tego uroczego młodzieńca tak hołubionego przez ciocię. Iga nigdy go nie poznała osobiście, chociaż wiedziała, że po opuszczeniu Ciepłego Domu dość często go odwiedzał. Ciocia od czasu do czasu chwaliła się tymi wizytami i przy tej okazji zawsze coś wspomniała o utalentowanym, mądrym i powalająco przystojnym Kubusiu, ale Iga puszczała te opowieści mimo uszu.
A po drugie zżymała się na myśl o tym jak ciotka może użalać się nad kimś kto zabrnął tak daleko w związek z kobietą, której nie kochał, ale wydawało mu się, że może się z nią ożenić.
Przecież on nie różnił się niczym od tej lali, która traktowała go jak cenny nabytek rzeczowy do jej życiowej kolekcji. Ona szukała mężczyzny, który będzie pasował do jej życiowego „image.” On szukał tego, czego mu brakowało, domu i rodziny. Ale jego szlachetne pragnienia nie usprawiedliwiały zdaniem Igi tego w jaki sposób zamierzał to zdobyć. Żyć z kimś bez prawdziwej szalonej miłości, tylko dlatego, że jest piękny, bogaty i ma rodzinę? To jakiś absurd. Czy to możliwe żeby mogło nam się tylko zdawać, że kogoś kochamy? Jakie to ludzkie i małe… Czy naprawdę nigdy nie wiemy niczego na pewno? W życiu nie chodzi tylko o to aby mieć wszystko i być przyzwoitym.
X
Boże Narodzenie zbliżało się wielkimi krokami, ale grudzień w tym roku miał obfitować dla Igi w więcej epokowych wydarzeń niż przeżycia świąteczne.
W sobotę po raz pierwszy wybrała się do Konstancina. Niestety bała się jeszcze prowadzić samochód. Poza strachem była jeszcze jedna przeszkoda, a mianowicie jej noga nie była jeszcze tak sprawna i wytrzymała. Iga pojechała więc kolejką. Będąc małą dziewczynką bardzo lubiła jeździć koleją. Pociąg zawsze wydawał się jej magicznym pojazdem przenoszącym małą Igę w bajkowy świat przesuwających się za oknem obrazków, których kolory uzależnione były od pory roku. Zawsze z mamą podróżowały dwa razy do roku korzystając z usług PKP. Latem zawsze jeździły do nadmorskiej Wisełki. Malutka wioska rybacka, kilka domów wczasowych zlokalizowanych dookoła zielonego terenu będącego „ścisłym centrum” wczasowego „.kurortu,” otoczonych Sowińskim Parkiem Narodowym. Wynajmowały zawsze pokój w domu Państwa Janczaków. Pani Janczakowa – dość niska, ale krępa osóbka o uroczym uśmiechu pełnym łagodności i fruwająca po całym domostwie na swych drobnych stópkach, zawsze przywodziła Idze na myśl wróżkę z bajki o „Czterech Wróżkach.” Pani Janczakowa przypominała tę w bladoniebieskiej długiej sukni z wysoką szpiczastą czapeczką czarodziejki zawiązywaną atłasowymi wstążkami na podbródku. I tak jak błękitna wróżka Molly spełniała życzenia małej Igi. Spędzały tam z mamą zawsze naprawdę niezapomniane chwile, tylko we dwie – zresztą tak jak i w ich codziennym życiu..
Domek przy Strążyskiej należał do jej babci ze strony ojca. Babcia bardzo kochała Igę, zresztą z wzajemnością. Widziały się co roku tylko przez te dwa krótkie tygodnie ferii, ale to wystarczało aby nawiązała się między nimi tak mocna nić porozumienia i przywiązania, że wystarczało na resztę roku, aż do następnych odwiedzin. Babcia była cudowną osobą. Nie była typem słodkiej osóbki. Pomimo dość ostrego usposobienia, ujawniającego się tym, że babcia potrafiła trzymać ogólną dyscyplinę na wysokim prawie, że wojskowym poziomie, nie była typem oschłym czy bezdusznym. Była przykładem typowej góralskiej twardej kobiety, ale jednocześnie była aniołem. Zawsze umiała odgadnąć myśli swej wnuczki, która choć rzadko była jej gościem, to jednak kochała ją nad życie.
Babcia zawsze starała się zapełnić pewną pustkę w życiu Igi, a mianowicie tę pustkę, którą zostawił po sobie jej ojciec. Iga rzadko o nim myślała. Tak naprawdę był to dla niej obcy człowiek ze starych fotografii, które widywała jedynie u babci. Nawet po śmierci mamy, Iga nie znalazła w jej rzeczach ani jednego przedmiotu, który świadczyłby o jego istnieniu. Po jego odejściu skrzętnie wyzbyła się wszelkich śladów po nim, tak jakby miało jej to pomóc uwierzyć, że ten człowiek nigdy nie istniał. Jedynym dowodem na jego istnienie była ona – Iga.
Szarpniecie pociągu wyrwało Igę z rozmyślania i wspomnień o babci. Wychyliła się lekko, próbują dojrzeć jaka to stacja. Dopiero połowa trasy, a ja już zdążyłam przejechać myślami od wspomnień znad Bałtyku do Zakopanego?- uśmiechnęła się sama do siebie i na powrót zanurzyła się w rok 1975.
Rodzice Igi byli małżeństwem tylko przez kilkanaście miesięcy. Ojciec był młodym początkującym architektem, pobrali się zaraz po studiach. Mama rozpoczęła pracę w jednym z warszawskich szpitali jako młoda pielęgniarka rozentuzjazmowana swoją życiową misją, a ojciec dostał propozycję pracy w jakiejś pracowni projektowej w Łodzi. W tygodniu pracował w Łodzi, a na weekendy wracał do Warszawy, do swej młodej żony. Kiedy mama była w czwartym miesiącu ciąży ojciec wyjechał na trzydniowe targi architektoniczne w Mediolanie. W tamtych czasach taki wyjazd to było coś. Jedyna wtedy i niepowtarzalna okazja zobaczenia choćby skrawka Włoch była nie do odrzucenia.
Jak się później okazało, propozycją nie od odrzucenia była również dla niego możliwość pozostania tam na stałe. Jedyne co pozostało jej po ojcu to wpis w jej metryce urodzenia: „Ojciec dziecka: Igor Malicki.” Nigdy potem się nie odezwał, ani do niej ani do mamy.
Mama utrzymywała kontakt z teściową, co roku na ferie wiozła Igę do Zakopanego. Babcia zmarła kiedy Iga miała 10 lat. Tylko raz była wtedy w Zakopanem o innej porze roku niż zima. Był ciepły lipiec. Przyjechały z mamą aby ją pożegnać. Iga pamięta, że bardzo płakała, że było bardzo dużo obcych w domu przy Strążyskiej, ale nie było już babci… Od mamy wie, że ona również nie utrzymywała kontaktów z synem, że nigdy nie wybaczyła mu, tego w jak haniebny sposób porzucił swoją żonę i nienarodzone jeszcze wtedy dziecko. Może dlatego tak bardzo kochała Igę. Babcia rzadko sama pojawiała się u nich, nie żeby nie miała na to czasu czy ochoty, ale chyba bardziej z tego względu, że nie chciała wchodzić zbytnio w życie swojej synowej, jakby chciała być dyskretna, nie przeszkadzać i nie przypominać jej swoją osobą o synu. Cieszyła się więc tymi zimowymi odwiedzinami wnuczki, a przez pozostałą część roku pisywała do niej listy. To były piękne listy, niezwykle mądre i ciepłe. Dopóki Iga nie umiała czytać mama odczytywała je i składała w ładnej metalowej, delikatnie wytłaczanej skrzyneczce. Do dziś Iga lubi do nich sięgać i odczytywać ich treść po raz tysięczny z rzędu, ale zawsze robi jej się tak samo ciepło na sercu.
Czarny napis Konstancin, na białym tle oznajmił koniec wspomnień i czas opuszczenia „magicznej kolejki.” Iga nie wiedziała, że to nie koniec powrotu wspomnień w dniu dzisiejszym. Ciotka Laura bardzo się ucieszyła na jej widok, ale jej radość była niczym w porównaniu z owacjami dzieciaków. Krzykom, wybuchom śmiechu i uściskom nie było końca. Chyba nie przeżyłaby tych powitań gdyby nie pomoc ciotki Laury w roli ochroniarza. Iga musiała obejrzeć wszystkie zaległe rysunki Krysi, wysłuchać opowieści Stasia o tym jak radzi sobie jako uczeń klasy pierwszej, obejrzeć przemeblowanie w pokoju Gosi i Izy, i tak dalej , i tak dalej…
W „Ciepłym Domu” nic się nie zmieniło od czasu jej ostatniej wizyty. Tylko dzieciaki trochę podrosły, pokoje wypiękniały po malowaniu, a niektóre wypełniły się kilkoma nowymi mebelkami, co ponoć było zasługą idola Cioci Laury – Pana Kuby. Iga myślała o nim z lekkim przekąsem, denerwowały ją te wszystkie nieustające peany wygłaszane pod jego adresem przez ciotkę Laurę. Chyba czas było przyznać przed samą sobą, że za każdym razem kiedy ciotka wymawiała jego imię w towarzystwie wzniosłych przymiotników Iga czuła jak jej serce kłują małe igiełki zazdrości. Cóż ten super Kubuś takiego wielkiego zrobił? W końcu to nie własnymi funduszami wspiera dzieciaki tylko koncernu, który wpisze to sobie na listę działalności charytatywnej i odnotuje w swoich ulotkach reklamowych.
Po obiedzie usiadły w jadalni same, popijając ciepłą herbatę z malinami i zerkając raz po raz przez ogromne okno, wychodzące na zaśnieżony ogród, gdzie młodsze dzieci lepiły bałwana, a starsze toczyły wojnę na śnieżki. W efekcie wojny na śniegowe kulki momentami widać było tylko tumany wirującego i opadającego białego puchu.
-Iga Kochanie, muszę Ci o czymś powiedzieć. – ciotka Laura odetchnęła jakby jakiś straszliwy ciężar zalegał na jej piersiach – Widzisz, tak naprawdę dopiero ostatnio odkryłam ku mojemu zaskoczeniu, że nie jesteś już moją małą słodką siostrzenicą, ale że jesteś już- zawiesiła na chwilę głos -…ale dorosłą kobietą.- Laura mówiąc to spojrzała na Igę spod swych okularów jakby chcąc się upewnić, że rzeczywiście siedzi przed nią dorosła kobieta, w dodatku piękna i z niezłym charakterkiem, a miłe uczucie połechtało jej dumę – tak, była z Igi bardzo dumna i darzyła ją iście matczynym uczuciem.
-Dziękuję ciociu, ale mam już niestety trzydzieści pięć lat! – Iga spoglądała na ciotkę z szerokim uśmiechem. Może ten dziwny wstęp do rozmowy nie rozbawił jej aż tak, ale epokowe odkrycie na temat jej dorosłości nieco ją zaskoczyło. O co chodzi? – przemknęło Idze przez głowę; a może raczej coś w stylu „co się kryje za tym zdaniem wstępnym. Iga nie wiedziała jeszcze co, ale węszyła jakąś tajemnicę.
-Iga muszę, no może nie muszę, ale chciałabym Ci coś powiedzieć. Nie, nie denerwuj się to nic strasznego. Ale chyba nadszedł czas bym ci coś wyjaśniła. Bo widzisz od czasu twojego wypadku więcej ze sobą rozmawiamy o takich sprawach, o których wcześniej nie przyszłoby mi do głowy z Tobą rozmawiać. Byłaś dzieckiem, kiedy działy się w moim życiu różne rzeczy, które wpłynęły na to kim i gdzie dzisiaj jestem… - Laura zdjęła okulary i odłożyła je delikatnym ruchem ręki na stół, po czym Iga zauważyła jak otarła łzę, która zakręciła się w kąciku jej oka. Opowiedziałam Ci ostatnio historię mojego narzeczeństwa z pewnym człowiekiem. Jak wiesz Jerzy wyjechał na powrót do Monachium. Miał z tą kobietą syna. Oczywiście pobrali się ponoć stanowili bardzo dobrane małżeństwo. Kiedy ich synek miał pięć lat postanowili przyjechać do Polski w odwiedziny do rodziców Jerzego. Chciał im w końcu pokazać swoją rodzinę, żonę i synka. Jednak nie było im dane dokończyć podróży. –Tu Laura już nie powstrzymała dłużej swych emocji i pozwoliła sobie na chwilę słabości, łzy płynęły po obu policzkach jedna po drugiej i spływały z policzków by zatrzymać się na zaciśniętych dłoniach, które zaciskała coraz mocniej, jakby próbowała tym dopomóc sobie w tej opowieści. Iga patrzyła na nią z lekkim przerażeniem. Tak roztrzęsionej już jej dawno nie widziała.
Laura ciągnęła dalej: Pod Sochaczewem mieli wypadek. Jerzy i jego żona Edith zginęli na miejscu. Dziecko spało na tylnim siedzeniu, nic mu się nie stało oprócz kilku siniaków i stłuczeń. To był chłopczyk. Chłopczyk miał polskie nazwisko i po dokumentach Jerzego szybko odnaleziono dziadków. Jednak rodzice Jurka nie chcieli poznać wnuka i odmówili starania się o przyznanie im opieki nad małym. Podobno cały przyjazd Jerzego z żoną i synem miał być dla nich niespodzianką. Jerzy chciał pogodzić się z rodzicami i przedstawić im w końcu swoją rodzinę. Oni nie chcieli mu zapomnieć tego monachijskiego romansu, a w efekcie małżeństwa. Niemiecka rodzina jego matki przysłała dokumenty mówiące o tym, że nie roszczą sobie żadnych praw do małego i uważają, że skoro ojciec był Polakiem to mały winien zostać w ojczyźnie. Okazało się przy tym, że rodzina Edith też nie wybaczyła jej związania się z Polakiem. Taki międzynarodowy mezalians, jakich pewnie nie mało. Moja dobra znajoma pracująca wtedy w Milicyjnej Izbie Dziecka, gdzie trafił po wypadku syn Jurka i Edith rozpoznała nazwisko i dane ojca, które mały miał wpisane w dokumentach, zatelefonowała do mnie i powiedziała mi o wszystkim. Pojechałam tam natychmiast. W małej zimnej salce z pięcioma małymi tapczanikami z białą pościelą siedział synek mojego niedoszłego męża. Został na świecie sam. Mój Boże, pomyślałam wtedy, że przecież to ja mogłam być jego matką. Syn Jerzego siedział tam przerażony i zapłakany. Nikt go nie chciał.
Uprzedzono mnie, że mały mówi bez problemów po polsku. Całe szczęście, że ojciec zadbał o to aby nauczyć syna swojego języka. Stojąc tam wtedy w progu sali powróciła do mnie cała moja zraniona i odrzucona miłość do jego ojca. To tak jakby czas się cofnął dla Jurka, jakby wrócił do mnie jako mały chłopiec, którym miałam teraz szansę się zaopiekować. W tamtych czasach adopcja dziecka przez osobę samotną była prawie niemożliwa. Ja pracowałam już w Domu Dziecka w moim kochanym Konstancinie. Użyłam wszelkich sposobów aby mały trafił właśnie do nas.
Laura patrzyła na Igę jakby to nie był koniec tej historii.
-Ciociu czy on się tutaj wychowywał? Tutaj w Ciepłym Domu? – zapytała Iga z oczami, które szkliły się od łez.
-Tak Iguniu. Widzisz to jest Jakub, o którym tyle Ci ostatnio opowiadałam.
Na Igę spłynęła jakaś fala gorąca, jakby właśnie dowiedziała się, że kula ziemska rozpadła się na dwie połowy. Dlaczego zrobiło się jej wstyd? Może dlatego, że ten biedny chłopak tyle w życiu przeszedł, a ona się tak wygłupiła z tą zazdrością o uczucia ciotki. Wstyd Pani Igo, wstyd! – obrzucała samą siebie w myślach najgłupszymi wyzwiskami. Zachowała się jak ostatnia trąba, ale skąd mogła wiedzieć? –próbowała się trochę przed sobą usprawiedliwić.
Teraz wszystko jasne! Przecież to zrozumiałe, że Laura traktowała go trochę jak własne dziecko. Przecież była to krew z krwi człowieka, którego kochała do szaleństwa, i którego miała poślubić. Jak mogłaby zostawić go tam tak po prostu w tej bezdusznej izbie dziecka?
Nic dziwnego, że miała dla niego tyle serca, że tak cieszyła się z jego odwiedzin.
Ale zaraz… jak to się stało, że w ogóle go nie kojarzy?
Przecież rzadko, bo rzadko, ale jednak kilka razy była tu z mamą jako dziecko… Chociaż fakt szukała wtedy bardziej towarzystwa dziewczynek i nie dociekała historii każdego z dzieci. Traktowała ich bardziej „grupowo.” W trakcie odwiedzin u ciotki bawiła się może kilka razy z pewną dziewczynką Joasią, ale cóż mogła wiedzieć o innych dzieciach?
-Iga- ciotka chciała dokończyć tę rozmowę – Powiedziałam Ci to, bo zbliżają się święta, a ja chciałabym na nie zaprosić Jakuba. Jest teraz sam. Rozstał się z tą Aleksandrą i wiesz…
-Ależ ciociu, oczywiście, że masz rację. Myślę, że nawet powinnaś go zaprosić, skoro tyle Ci ostatnio pomógł, no i dzieciaki się ucieszą z gościa. –Iga podniosła się ze swojego krzesła i zbliżyła się do ciotki by ją mocno uściskać. Jakby tym uściskiem chciała ją trochę przeprosić za coś, o co przecież ciotka wcale jej nie podejrzewała – o tę zazdrość o tego pupilka.
-Ale Ty też będziesz na wigilii u nas? – Laura oderwała się na chwilę od wtulonej w nią Igi by popatrzeć jej prosto w oczy jakby chciała wyczytać w nich co Iga o tym wszystkim myśli.
-Tak, tak, będę! – odparła Iga i na nowo padły sobie w ramiona jakby chciały nawzajem dodać sobie otuchy w tym skomplikowanym życiu.
Życie kobiet w ich rodzinie było jak widać skomplikowane w każdym pokoleniu, niezależnie od panujących czasów, ustroju, czy pory roku…
XI
Od rana Iga zabrała się do porządkowania starych szpargałów, które wysypywały się przy każdym uchyleniu drzwi pawlacza w przedpokojowej wnęce. Z mocnym postanowieniem przeprowadzenia ostrej selekcji przechowywanych skarbów Iga opróżniła szafki i przystąpiła do oględzin. Stare książki, notatki jeszcze z czasów studiów, znalazło się też kilka zeszytów z liceum, dokumenty, gwarancje na sprzęty domowe, które często już dawno nie funkcjonowały albo zostały przez nią wyrzucone… Świeżo zaparzona kawa o mocnym aromacie, parowała z kubka stojąc na małym podręcznym stoliku, niedbale rozrzucone papierzyska wyglądały jakby nie zostały wyjęte ze schowka, ale jakby wysypały się z niego po tym jak drzwiczki nie wytrzymały ich naporu. Iga ze spokojem brała do ręki każdy zwój, każdą teczkę, czy nawet najmniejszy skrawek pożółkłego już w większości przypadków papieru i chętnie oddawała się ich wnikliwej lekturze.
Odkopując się w niezbyt zawrotnym tempie z porozrzucanych papierów czuła się trochę jakby była w środku archiwum swojego życia. Szkolne świadectwa, wakacyjne listy od Agaty, pocztówki …
Po dwóch godzinach badania zgromadzonego życiowego materiału, Iga wzięła duży łyk zimnej już kawy, odetchnęła i rozejrzała się po pokoju, który powoli zaczynał wyłaniać się z fal biało żółtawych dokumentów. Nagle jej wzrok powędrował na szarą wiązaną teczkę, która nosiła ślady długoletniej już wysługi. Tę teczkę Iga znalazła po śmierci mamy w małym nakastliku, stojącym przy jej łóżku w ich dawnym mieszkaniu przy Szarej. Nigdy nie zaglądała do tych szpargałów po mamie, ale chyba nadszedł czas by się temu przyjrzeć i pozbyć niepotrzebnych papierków. Iga podniosła teczkę, kiedy odchyliła się jedna z wewnętrznych jej zakładek , która widocznie była mocno wyeksploatowana i na nogi Igi posypał się deszcz starych kopert w różnych kolorach z pięknymi kolorowymi znaczkami.
Iga schyliła się by je pozbierać, a podnosząc je jeden po drugim zauważyła, że każdy list jest opatrzony okrągłą dużą pieczęcią pocztową z miejsca nadania „MILANO – ITALIA.” W jednej chwili doznała znajomego uczucia gorącej kuli przesuwającej się od krtani w kierunku żołądka, oblewającego zimnego potu i lekkiego zawrotu głowy. Opadła na fotel trzymając w garści wachlarz pozbieranych listów, z miną jakby tona kamieni spadła na jej drobne ciało i nie pozwalała jej dać żadnych oznak życia, jakby zawalił się jej świat, który i tak ostatnio dość mocno się zachwiał w swoich podstawach.
Dzięki tej pieczęci mogła oczywiście się domyślać kto był nadawcą odnalezionych przykładów sztuki epistolarnej w relacji polsko-włoskiej. Przez krótką chwilę myślała aby wyrzucić te listy bez odczytania ich treści, jednak po chwili namysłu stwierdziła, że mama co prawda nigdy jej ich nie pokazała, ale też nigdy ich nie wyrzuciła. Może więc zakładała, że kiedyś Iga będzie gotowa aby je przeczytać i przyjąć ich treść, może nawet zrozumieć?
Porzuciła oczywiście dalszą część porządkowania pawlacza i poświęciła resztę dnia bardziej na porządkowanie swego życia, a raczej swojej przeszłości.
Z każdym kolejnym przeczytanym starym listem czuła jakby poznawała dziś po trzydziestu pięciu latach swojego ojca. Każdy list był podobny do poprzedniego, każdy z nich był przeprosinami za to, co się stało z ich rodziną, ale równocześnie każdy z tych listów był kolejnym odcinkiem „serialu o jego życiu,” o tym co się z nim działo przez te lata. Może nie były to obszerne fragmenty życiorysu ojca, ale układało się to w pewną całość.
Pierwszy list był opatrzony datą 10 lipca 1974r. – datą jej urodzin. Z tego pierwszego listu dowiedziała się, że babcia kilka godzin po jej narodzinach powiadomiła go telegramem o tym, że mała Iga przyszła na świat. Generalnie im bardziej Iga brnęła w tę lekturę tym bardziej rosło w niej przekonanie o racji matki, o słuszności tego, że podjęła decyzją aby nie pokazywać wcześniej Idze tej całej korespondencji, chociaż Iga miała ochotę określić to mianem „zbędnej makulatury.” Może to trochę niegrzeczne, ale czy nie miała prawa tak tego odbierać. Kim jest facet, który opuszcza żonę oczekującą ich wspólnego dziecka, wyjeżdża aby rozpocząć inne lepsze życie w dalekim kraju z daleka od ówczesnej ponoć szarej i trudnej polskiej rzeczywistości? Kim jest człowiek, który po tym wszystkim ma odwagę, jeśli nie tupet, przesłać jej list z gratulacjami i życzeniami pomyślności dla matki i maleństwa z koślawo dopisanym „przepraszam za wszystko” na końcu listu?
W kolejnych listach ten włoski papa z polskimi korzeniami rozpisywał się przez lata o swoich sukcesach, jakby chciał aby nigdy nie widziana przez niego polska córka śledziła jego zawodowe ścieżki i mogła być z niego dumna. Tylko po co? Kim on chciał być dla niej? Na co liczył opisując jej swoje życie jak w pamiętniku? Korespondencyjny tatuś? Czy o to mu chodziło? A może wydawało mu się, że jak będzie przesyłał listy ze słonecznej Italii, to wyrzuty sumienia ulegną zmniejszeniu bądź całkowitemu zanikowi? Nic z tych rzeczy. Iga miała nadzieję, że gryzą go do tej pory. Jednak nie był to koniec zagadek, ostatni list adresowany był innym charakterem pisma i zawierał tylko kilka zdań, w dodatku skreślonych po włosku. Iga po chwili zastanowienia, złapała za telefon. Ewa jej sąsiadka studiuje italianistykę, właśnie zaczyna sesję, więc na pewno siedzi w domu nad książkami. Szczęśliwym trafem okazało się, że tak jak Iga przypuszczała, Ewa siedziała w domu i wkuwała gramatykę opisową. Przedmiot szczególnie „ukochany” przez wszystkich studentów filologii, niezależnie od jej odmiany. Ewa obiecała przesłać mailem tłumaczenie listu w ciągu kilkunastu minut. Bardzo lubiła Igę, ta pomagała jej kiedy Ewa miała kłopoty z lektoratem z angielskiego. Wykorzystywała więc każdą okazję by się jej odwdzięczyć.
Iga z tych mniej więcej trzydziestu listów dowiedziała się, że Igor M. zwany jej ojcem założył włoską rodzinę, choć nie ożenił się z kobietą z którą żył, bo nigdy nie doszło do sprawy rozwodowej z mamą Igi. Był szczęśliwym posiadaczem domu na lombardzkiej prowincji, pod Mediolanem. Dom ten przez lata udało mu się zapełnić trójką dzieci. Spełniał się zawodowo i rodzinnie, niestety tylko na włoskiej ziemi, bo na polską cześć swego istnienia przeznaczał tylko te zdawkowe listy, którymi nie pozwalał mamie zapomnieć o nim. To okrutne co robił. Iga próbowała sobie wyobrazić co musiała czuć mama w związku z każdym listem przynoszonym przez listonosza, czy wyjmowanym ze skrzynki. To był przyznaje dość wyrafinowany sposób dręczenia niegdyś bliskiej osoby albo niezbyt dobry przepis na samouniewinnienie.
Iga tak się zamyśliła, że dźwięk z laptopa oznajmiający nadejście wiadomości lekko ja przestraszył. To była wiadomość od Ewy z tłumaczeniem. Iga chyba z lekkim niepokojem kliknęła na ikonkę o nazwie „tłumaczenie listu .” Na ekranie komputera widniało kilka zdań. Co miały przynieść Idze te zdania?
Iga wzięła głęboki oddech i spojrzała na ekran żeby odczytać treść tłumaczenia ostatniego listu, pisanego inną ręką niż wcześniejsze.
„San Donato Milanese, 27 maja 1985r.
Droga Pani,
Pisze do Pani aby przekazać Pani wiadomość, że tydzień temu zmarł Igor Malicki. Wiem, że była Pani jego żoną. Po jego śmierci znalazłam w jego rzeczach adres, więc pomyślałam, że powinna Pani wiedzieć.
Z wyrazami szacunku
G. A.”
Kim mogła być G.A., która uznała za stosowne powiadomić mamę o jego śmierci, ale nie napisała przy tym w jaki sposób zakończył swój żywot? A może nie ma to żadnego znaczenia ja to się stało i kim była tajemnicza G.A.? Chociaż to też w zasadzie nie było dla Igi teraz ważne… poza tym, że dołożyła tymi listami kolejny element do układanki swojego życia.
Życie zaczynało jej się coraz mocniej kojarzyć z układanką typu puzzle, gdzie trzeba zebrać i dopasować elementy, które nie zawsze pojawiają się w naszych dłoniach we właściwej kolejności, poza tym cały czas drzemie w nas jakiś strach, że może coś zgubiliśmy po drodze i może nam zabraknąć jakiegoś drobnego elementu…
XII
W całym domu w Konstancinie unosiła się woń wigilijnych potraw wymieszana z zapachem choinek, z których większa stała w głównym holu na honorowym miejscu, druga zaś nieco mniejszych już, nie tak okazałych rozmiarów, ustawiona została w jadalni wprost przed wyjściem na taras. Obie choinki mieniły się od kolorowych ozdób, anielskich włosów i bombek upstrzonych bałwankami. Niektóre z nich pamiętały całe pokolenia wcześniejszych wychowanków. Najbardziej oryginalne i przyciągające uwagę były te zrobione własnoręcznie przez mieszkańców „Cichego Domu.”
Iga stała w jadalni i spoglądała na dzieci skupione dookoła zielonego drzewka. Cały czas coś szeptały między sobą, chichotały; maluchy przepychały się kto ma stać bliżej choinki i zaglądały co chwilę pod stojak czy przypadkiem nie pojawiły się jakieś gwiazdkowe prezenty. Staś wyglądał jak mały Anglik w białej koszuli i ze staromodną aksamitką zawiązaną na kokardę pod szyją, która z pewnością była pomysłem Laury; mała Ela w kraciastej sukience z koronkowym kołnierzem z uwagą poprawiała drobne stare korale, które sprezentowała jej Pani Jadzia –kucharka, Antek w przykrótkich odrobinę spodniach z wielkimi sztruksowymi łatami na kolanach, starannie przyszytymi ręką Pani Marii… Starszyzna mieszkańców wcale nie prezentowała się gorzej od wytwornych maluchów. Nastolatki powymieniały się kreacjami na ten świąteczny wieczór, chłopcy natomiast bardziej zainteresowani byli specjałami stołu, niż własną elegancją i buszowali wzrokiem po półmiskach i salaterkach. Iga uśmiechała się sama do siebie, a od tego świątecznego widoku robiło się jej cieplej na sercu, które w tym roku bombardowane było życiowymi rewelacjami. Wiele wydarzeń, wiele nowych informacji docierających do niej po latach jak duchy przeszłości, wiele emocji… Teraz chciała zaznać stanu określanego zwykle „spokojem ducha” albo „świętym spokojem.” Z drugiej strony nie przyznając się sama przed sobą tęskniła za miłością i zwyczajnym ludzkim szczęściem, takim szczęściem dzielonym z ukochanym człowiekiem, z gromadką dzieci, razem we własnym „ciepłym domu.” Przypomniała sobie święta w domu na Szarej. Z ulicą Szarą wiązały się jej najbardziej kolorowe życiowe wspomnienia. Całym punktem odniesienia do wszystkich życiowych sytuacji była właśnie ta stara poniemiecka kamienica, jej mieszkańcy, mama, Agata, wszystko, co się tam działo…
Kiedy do jadalni weszła w końcu ciocia Laura wszystkie dzieciaki pozajmowały swoje miejsca przy stole, wiercąc się przy tym okrutnie. Iga wcale im się nie dziwiła – sama nie mogła się już doczekać kiedy zasiądą do wigilijnej wieczerzy. Jeszcze do niedawna inaczej wyobrażała sobie tę dzisiejszą wigilię. Człowiek, z którym miała dzielić się białym opłatkiem zniknął z jej życia gwałtownie i na zawsze. Przy okazji był też ktoś kto pojawił się w jej życiu w tym samym momencie, można by rzec równie gwałtownie, a nawet dość boleśnie, nokautując jej auto i nogę…, ale ten ktoś o kim myślała ostatnio coraz częściej, a którego nie widziała już od dawna, na pewno zasiadał teraz do wigilijnego stołu ze swoją ukochaną, ze swoją rodziną… może jeszcze z kimś? Drogowy pirat od dłuższego czasu nie pojawiał się już u jej drzwi ze świeżymi kwiatami. Widać, uspokoił już swoje wypadkowe wyrzuty sumienia i żyje swoim życiem. Iga nie oczekiwała zresztą, że będzie ją tak w nieskończoność przepraszał i obsypywał tulipanami, ale mimo wszystko było jej smutno. Często myślała o tych szaro-błękitnych oczach, w których chyba mogłaby się przecież … zakochać? Emanował z nich jakiś tajemniczy spokój, ciepło, nawet trochę takie jak od cioci Laury… Szkoda, może gdyby mieli szansę poznać się bliżej, kto wie? Może też pokochałby jej oczy? Tak jak ona… Nie , nie, nie, nic z tych rzeczy! Chyba zaczynała wpadać w jakąś paranoiczną potrzebę zakochania się i wmawiania sobie uczuć, których wcale nie ma.
-Oj, staruszko – wyszeptała sama do siebie i pokiwała przecząco głową, jakby sama chciała się zganić za jakieś bzdury rojące się w jej rudawej głowie.
-Kochani! Bardzo mi na tym zależy abyśmy jeszcze chwilę poczekali na naszego ostatniego gościa.- powiedziała ciocia Laura donośnym i trochę jakby przejętym dziś głosem po czym wymaszerowała zdecydowanym krokiem udając się w kierunku kuchni. Pewnie chciała dopilnować ciepłych specjałów przeznaczonych na dzisiejszy wieczór przygotowanych przez kulinarnie mega utalentowaną Panią Jadzię, która była niekwestionowaną od lat królową konstancińskiej kuchni.
Piegowaty Marek obsługiwał grający gdzieś w tle patefon, chociaż zawsze upominał Igę, że nie mówi się „patefon” tylko zestaw HiFi. No cóż, jeśli chodzi o nowinki techniczne, to wyłączając jej własnego laptopa i drukarkę, Iga nie była na bieżąco, ani jeśli chodzi o znajomość zaawansowanych technologii, ani nomenklatury informatycznej. Tak więc odtwarzacz CD był dla niej zwykłym patefonem – grunt, że grało i mogła się delektować dźwiękami kolęd. Tak więc, krnąbrny, ale w gruncie rzeczy bardzo sympatyczny Mareczek oddawał się swoim muzycznym popisom odtwarzając najpiękniejsze kolędy i pastorałki, a Iga czuła, że coraz bardziej wchodzi w świąteczny nastrój.
Po chwili oczekiwania, rozmyślań o wszystkim i o niczym do jadalni na powrót weszła ciotka Laura prowadząc dość długo oczekiwanego gościa. Nikt w tej sali nie zdawał sobie nawet sprawy z tego –jak bardzo oczekiwanego, aczkolwiek absolutnie niespodziewanego jak dla niej. Iga oniemiała z lekka, widząc jak do pokoju przy boku jej własnej ciotki wkracza z nieco onieśmielonym od spojrzeń dzieciaków wyrazem twarzy Jakub – jej „cudowny” oprawca, o oczach, których nie mogła zapomnieć. Nie wiedziała co ma pomyśleć. Skąd on się tutaj wziął? Lub raczej skąd go wytrzasnęła ciocia Laura? A może czegoś się ostatnio domyśliła? Zawsze potrafiła przejrzeć jej myśli. Ale żeby aż tak dokładnie? Ale co tam, w końcu jest Wigilia i wszystko może się zdarzyć. Iga czekała na rozwój wydarzeń i wyjaśnienie sprawy cudownego objawienia się Jakuba vel pirata drogowego w „jej własnej opowieści wigilijnej.”
-Kochani przedstawiam Wam dawnego mieszkańca naszego domu. Pan Jakub Muller- Krasnowski. Jakubie –tu ciotka zwróciła się do gościa – będziesz dzisiaj naszym gościem i mam nadzieję, że nigdy nie zapomnisz tej wigilii spędzonej po latach znów w murach „Ciepłego domu.”
Dalej Iga nie wiele pamięta z tego co się działo przy stole. Dopiero po kolacji, po rozpakowaniu niezmierzonej ilości prezentów przywiezionych jak się potem okazało przez Jakuba, ciotka Laura zarządziła chóralne odśpiewanie kilku kolęd przy choince. Iga zdezorientowana całą sytuacją i nieprzewidywanymi zbiegami okoliczności nie podeszła do choinki, ale wstała i przystanęła nieco z dala lekko oparłszy się o ścianę, jakby mając nadzieję, że chłód bijący od niej pomoże jej ochłonąć.
„Jakaś światłość nad Betlejem się rozchodzi,
w środku nocy przerażony świat się budzi.
Dzisiaj Chrystus tutaj właśnie się narodził,
Przyszedł do nas bo chce zbawić wszystkich ludzi…”
Jej ulubiona pastorałka dzwoniła głosami małych kolędników, kiedy z tyłu poczuła, że ktoś się zbliżył. Odwróciła się, a przed nią stał Kuba –Jakub Muller – Krasnowski – Pan Kubuś – Pirat drogowy… i tak dalej.
- Czy możemy porozmawiać? – zapytał z nieśmiałym uśmiechem, chociaż w oczach odbijała mu się nieskrywana radość i jakieś onieśmielenie jednocześnie.
Iga bez słowa skinęła porozumiewawczo głową i po cichu, na palcach, nie chcąc zakłócać wspólnych śpiewów kolędniczych, wycofała się w stronę holu. Z szumem w głowie i totalnym mętlikiem swych myśli sięgnęła po płaszcz i wyszła przed dom. Jakub szedł tuż za nią owijając szyję ciepłym długim szalem. Iga zatrzymała się dopiero nieopodal ogromnej starej lipy, która pod pierzyną białego puchu kryła jeszcze ślady wydanych latem małych kulistych owoców, z których nie wszystkie opadły jesienią i pozostały na gałązkach jakby kurczowo trzymały się życia po tym jak zapomniały spaść na ziemię.
Iga stała wpatrzona gdzieś w dal, gdzie pomiędzy ośnieżonymi gałązkami przenikały migocące światła sąsiednich domów. Bała się odwrócić… Bała się przyznać sama przed sobą co czuje, nie mówiąc już o tym, żeby odkryć stan swoich uczuć przed człowiekiem, którego pokochała jakby sama nie zdając sobie z tego sprawy przez długi czas. Ostatnio coraz bardziej docierała do niej jakaś prawda o jej życiu i o niej samej.
Dzisiaj kiedy stała tam w jadalni, kiedy patrzyła na krzątaninę ciotki, na przejęte buzie dzieciaków, migocące drzewko, poczuła, że jest tam tylko gościem. Co prawda miłym, ale tylko gościem. To nie były jej święta. Nie miała z kim ubierać własnej choinki, nie miała dla kogo chować pod nią prezentów, nie miała nikogo tylko dla siebie… Zdała sobie wtedy sprawę, że od kilku miesięcy udawała sama przed sobą, że nikogo nie potrzebuje, że za nikim nie tęskni – …tęskniła! Tęskniła za tymi szaro-niebieskimi oczami, za tym by patrzyły na nią z podziwem i miłością; za ciepłym spokojnym głosem, który zapewniałby ją o gorącym uczuciu i o oddaniu; tęskniła za czułym ramieniem, które obejmowałoby ją co dzień, a w jego lekkim uścisku przypominałaby sobie, że jest kochana i bezpieczna… Tęskniła za nim – za Kubą.
-Wtedy, kiedy odwiedziłeś mnie po raz pierwszy w szpitalu tuż po wypadku, czy wiedziałeś, że jestem siostrzenicą ciotki Laury? – zapytała stojąc nadal odwrócona plecami, lekko dygocąc z zimna i nerwów.
-Nie, wtedy jeszcze nie. Dowiedziałem się o tym jak odwiedziłem cię po raz ostatni w twoim mieszkaniu. Dlatego przestałem się pojawiać… Pani Laura nosi w portfelu twoje zdjęcie. Kiedyś byliśmy razem w banku, gdzie regulowaliśmy opłaty za rachunki „Ciepłego Domu, ” twoja fotografia wysunęła się lekko z portfela. Zapytałem o nie Panią Laurę i wtedy dowiedziałem kim dla niej jesteś. A przestałem cię odwiedzać, bo trochę się wystraszyłem.
-Czego się wystraszyłeś? – zapytała cicho Iga i odwróciła się w kierunku Kuby. Patrzyła prosto w jego oczy jakby chcąc zgłębić jego myśli zanim zostaną wypowiedziane. – Ciotki Laury? Tego, że będzie miała żal do ciebie o ten wypadek, o moją pokaleczoną nogę?
-Nie. Przestraszyłem się… siebie.- wyjąkał z trudem Kuba, spuścił głowę i wpatrywał się z uporem w pokryty śniegiem trawnik. Stał tak chwilę ze spuszczoną głową jak skazaniec przed egzekucją, po czym przysiadł na stojącej tuż obok ławce zamiatając połami płaszcza biały puch. Nadal nie patrząc na Igę ciągnął dalej - Iga ja poczułem, że … że mógłbym się w tobie zakochać. Przepraszam. Przepraszam to głupie, co tu wygaduję, ale …tak było. Pewnie masz mnie za ostatniego gbura. Przez moją wariacką jazdę tamtego dnia, przez mój głupi pośpiech zabrałem ci prawie rok normalnego życia, pokrzyżowałem ci pewnie wiele planów, a potem zamiast próbować ci to jakoś wynagrodzić to nagle po kilku marnych bukiecikach kwiatów upłynniłem się i myślałaś pewnie, że poczułem się już rozgrzeszony z win i zapomniałem… Przepraszam, ja po prostu musiałem przestać cię wtedy widywać. Inaczej…
-I co pomogło?- Iga przysiadła na ławce obok Kuby i spojrzała na niego pytająco.
-Nie… - wyszeptał cicho pod nosem, podniósł lekko głową i kątem oka zerkał na siedzącą obok niego Igę, która niecierpliwie oczekiwała na tę odpowiedź. Odetchnęła z ulgą. A więc nie jest tak jak myślała, więc jest światełko w tunelu!
-Drogi panie Jakubie! – na twarzy Igi zarysował się trochę jakby skrywany lekki uśmiech – Czy długo zamierza pan jeszcze marnować nasz czas i naszą wspólną szansę? – Iga powiedziała to nieco drżącym i niepewnym głosem, przeczuwając, że jej życie zmierza we właściwym kierunku, wprost w ramiona człowieka, którego oczy przyprawiały ją o szybsze bicie serca. Po tych słowach Jakub spojrzał na nią nieśmiało, nie dowierzając temu co usłyszał objął ją lekko ramieniem i przytulił.
-Czy to znaczy, że …?
-…że ja też się tego przestraszyłam, ale teraz wiem, że nie możemy tego stracić.- Iga policzkami mokrymi od łez wtuliła się w płaszcz Jakuba, który nie wierząc w to, co się dzieje stał oszołomiony i przygarniał ją coraz mocniej do siebie, jakby bał się, że wymknie mu się z ramion i już nigdy jej nie odnajdzie. Stali tak jeszcze dość długo w tym czułym uścisku, aż Iga odchyliła się nieco, spojrzała Kubie prosto w oczy jakby dla potwierdzenia tego, co się działo. Ten, spojrzał na nią z nieskrywanym już dłużej uczuciem, przeciągnął delikatnie dłonią po jej kręconych brązowo-rdzawych włosach wywijających się niesfornie aż na policzki i wpatrując się uważnie w jej ciemne oczy wyszeptał cicho:
-Igo o sarnich oczach, pozwól mi cię kochać…
Iga czuła jakby cofnęła się w czasie, do życia na Szarej. Znów w życiu poczuła się tak kochana, wolna i bezpieczna jak dawniej.
-Kochaj mnie, kochaj…
68
Chomikowy_Konkurs