Michał Lubina, BIRMA [seria: Historia Państw Świata w XX i XXI w.], Wydawnictwo „Trio”, Warszawa 2014, s. 446.
Napisać, że książka Michała Lubiny jest najlepszą w języku polskim naukową pracą o Birmie, byłoby pochwałą wątpliwą, bo żadnej innej po prostu nie ma (nieliczne tego rodzaju książki popularnonaukowe autor co do jednej wypisał w bibliografii, z obowiązku tego czuję się więc zwolniony). A omawianej pracy należą się pochwały niewątpliwe, mniej nawet za pionierski charakter, bardziej zaś z racji rzeczywiście solidnego jak na polskie warunki wykorzystania literatury naukowej. Wykorzystując szeroką gamę opracowań anglojęzycznych (częściej książek niż artykułów), autor umiejętnie czyni ponadto użytek ze znajomości miejscowych realiów i ludzi, za czym idą cenne a nieoczywiste refleksje. Lubina w żadnym miejscu nie potyka się na terminologii, wyjątkowo tu skomplikowanej, o czym przekonuje już sam problemat oficjalnej nazwy kraju („Myanmar” po polsku winno być wymawiane i zapisywane jako „Mjanma”, ale ilu nieorientalistów – tak z ręką na sercu – jest tego świadomych?).
Budowę przyjęto logiczną: problemowe podrozdziały w ramach wyodrębnionych chronologicznie rozdziałów. Krótko, lecz ze znawstwem scharakteryzowano przedkolonialną monarchię birmańską – opartą na nieformalnych więziach królów z lokalnymi elitami i na obyczaju, przy tym okrutną (jej aktem założycielskim stało się wyrżnięcie kilkudziesięciu tysięcy członków wciąż dyskryminowanego w Birmie plemienia Monów) i niezbyt udolną w rządzeniu, niemniej pod wieloma względami lepszą od reżimu kolonialnego, który ją zastąpił wysuwając jako pretekst do aneksji regionu właśnie powyższe fakty. Również dość skrótowo potraktowano okres kolonialny, a zwłaszcza II wojnę światową, koncentrując się na konsekwencjach działań brytyjskich i polityki Albionu (z jakim skutkiem, o tym dalej). „Demokratyczna dekada” zdominowana przez premiera U Nu (1948-1962) – niby ani demokratyczna, ani dekada, bo czternastoletnia, z demokracją sterowaną, nieustanną wojną domową na zapleczu państwa i innymi problemami – znalazła już omówienie szersze: przedstawia się tu zarówno zapomniany dziś prestiż Birmy w świecie i niewątpliwy (przynajmniej z perspektywy Rangunu) rozwój, jak i rozdzierające państwo dziesiątki konfliktów, zwykle o etnicznym podłożu. Wojskowa dyktatura Ne Wina (1962-1988) przedstawiona została równie wnikliwie. Odpowiedni rozdział przyznaje mu zasługi w dziedzinie polityki zagranicznej, a zwłaszcza w obronie państwa przed pełzającą inwazją komunistycznych Chin, jednocześnie nie ukrywając jego dziwactw i wręcz szaleństw (choć, podkreśla Lubina, Zachód często bierze również niektóre zupełnie normalne praktyki regionu – jak zasięganie rad astrologów – za dowód głupoty), fatalnych wyników jego polityki gospodarczej oraz może najgorszego elementu spuścizny generała – wepchnięcia społeczeństwa pod (żołnierski) but. Rozdział następny, poświęcony krótkotrwałemu „karnawałowi” 1988 r. i późniejszym rządom armijnych dziedziców Ne Wina, kończy się na tzw. „birmańskiej odwilży” roku 2011; następne lata znalazły się w rozdziale końcowym.
Nowoczesność ujęcia, uwzględnienie w treści aktualnych wyników badań ośrodków zagranicznych i trendów nauki światowej, umiejętne – przynajmniej w drugiej połowie książki – osadzenie dziejów Birmy w modelach politologicznych (bądź co bądź to z tego środowiska autor się wywodzi), interesujące prognozy na przyszłość oraz lekkość pióra – oto zalety omawianej pracy, którą z tego względu można polecić każdemu zainteresowanemu, tak specjaliście jak i laikowi. Nadaje się i jako wprowadzenie do dziejów Birmy, i dla pogłębienia wiedzy o kraju nad Irawadi; wartości tej nie przekreślają obiektywne i subiektywne wady, choć jednych i drugich da się wskazać pewną ilość.
Omawiając je pozwolę sobie rozpocząć od uwag ściśle faktograficznych, tych bowiem nie ma w sumie wiele. Dowiadujemy się, że Clement Attlee doszedł do władzy w Wielkiej Brytanii w sierpniu 1946 r. (w rzeczywistości rok wcześniej). Dalej czytamy, że delegaci ludu Karenów nie podpisali protokołu końcowego Konferencji z Panglong (12 lutego 1947 r.) dającego na papierze pewne przywileje birmańskim mniejszościom etnicznym, bowiem (między innymi) „przykład powstania sąsiedniego Pakistanu był zbyt kuszący” (s. 197). Aż nie uchodzi przypominać, że Pakistan stworzono pół roku później, a w pierwszej połowie lutego nawet jego powstanie nie było wcale pewne, co dopiero kształt terytorialny. Co najmniej przesadą (wziętą chyba ze Swetoniusza) jest ocena, że rzymski cesarz Klaudiusz najpierw „udawał głupka” w celu dojścia do władzy, a jak już tę władzę zdobył, okazał się „okrutnym tyranem” (tę wycieczkę do starożytności organizuje Lubina po to, by z Klaudiuszem zestawić generała Than Shwe).
Z drobiazgów dotyczących przypisów: znajdujemy w nich informację, że według Jakuba Polita chiński komunizm „bardziej przypominał nazizm niż bolszewizm” (s. 98). W rzeczywistości przywołany tu historyk twierdził co innego[1], a Lubina przepisał ten okaleczony cytat z książki Waldemara Dziaka i Jerzego Bayera, którzy też go nie zrozumieli. Charakteryzując postawę Chruszczowa wobec Birmy (i Azji w ogóle) autor odsyła czytelnika do dwóch biografii genseka, ale nie podaje numerów stron ani nawet rozdziałów, nie informuje też, skąd wziął przytoczony tam cytat.
Wojska Kuomintangu w Birmie, które wycofały się z Chin uchodząc przed armią Mao i w latach pięćdziesiątych kilkakroć próbowały odbić prowincję Yunnan, są na kartach książki wspominane czterokrotnie, w tym raz jako „śmiertelne zagrożenie dla państwowości Birmy” (tyleż tu emfazy co przesady); gdzie jednak stacjonowały, jakie były ich relacje z miejscową ludnością, jak były liczne i co dokładnie się z nimi ostatecznie stało, próżno szukać w tekście. Można to uznać za pars pro toto charakteru książki w ogóle: mimo sensownej budowy dość często brak w niej rozwinięcia, pogłębienia czy przede wszystkim konsekwentnego ujęcia zasygnalizowanych kwestii. Nadto sposób pisania Lubiny – po pierwsze, bardziej politologa niż historyka, po drugie, autora starającego się zmieścić w dziele jak najwięcej ciekawych szczegółów anegdotycznych (cel zacny, ale nie przy takich kosztach), po trzecie, skłonnego do wystawiania cenzurek moralisty – powoduje, że częstokroć licho bierze hierarchię problemów. Jest mowa o tym, że w 1946 roku w zrujnowanym po wojnie Rangunie Brytyjczycy wystawili Hamleta, ale nie ma nawet najskromniejszego oszacowania strat ludnościowych Birmy w tej wojnie, jest dobry tuzin szpil wbitych kolonizatorom za wchodzenie w butach do pagód, ale nie ma wyjaśnienia, dlaczego w latach trzydziestych wbrew ustanowionemu przez siebie prawu nie ścigali oni nacjonalistów birmańskich za członkostwo w organizacjach paramilitarnych, jest wzmianka, że generałowi Stilwellowi żołnierze kaczińscy przynosili odcięte uszy wrogów i płacono im za to w OPIUM (wersaliki zastosował sam oburzony Lubina), ale nie dowiadujemy się, kim właściwie (prócz Kaczinów) i w jakich okolicznościach dowodził generał Stilwell.
Do zarzutów innego rodzaju prowokują rozdziały o okresie rządów brytyjskich, będące może zbawienną odtrutką na mit o kolonialnym pokoju i postępie (czy jednak faktycznie tak żywy w Polsce?), ale przesadzone w drugą stronę. Lubina przedstawia ówczesną sytuację Birmy w skrócie tak: introdukcja nieznanego w Azji Południowo-Wschodniej kredytu i oferowanie miejscowym wieśniakom kuszących a zbędnych towarów z importu sprawił, że chłopi, dotąd zdolni się na ogół wyżywić, obecnie ryzykownie inwestowali goniąc za zyskiem i wydawali pieniądze na błahostki, w rezultacie często tracąc wszystko; kolonizacja nieuprawnych terenów również wymagała brania kredytów, a dodatkowo wyrywała chłopów z ich dotychczasowego środowiska niszcząc więzi społeczne; wprowadzone przez Brytyjczyków bezosobowe prawo było „obce”, że zaś rozumiała je nieliczna garstka wykształconych, wielcy zyskiwali w ten sposób dodatkowe narzędzie dominacji nad maluczkimi; nawet inicjatywy mające w zamyśle poprawić życie wsi nie były na niej rozumiane i odbierano je jako uciążliwą ingerencję, kładąc podwaliny pod rozumienie państwa jako wdzierającego się w codzienne życie opresora, przed którym ocalić może tylko łapówka; świeckość państwa oznaczała koniec wsparcia władz dla religii, co niosło z sobą negatywne skutki natury kulturowej; wreszcie urbanizacja niosła zagładę dotychczasowym więziom społecznym, tworząc w miejsce dawnej wspólnoty zatomizowany tłum poszukujący głównie zysku, a jako efekt uboczny przynosząc gigantyczny wzrost przestępczości – typowe pokłosie rozpadu tradycyjnego porządku.
Ów czarny obraz kolonializmu jest jednak malowany nazbyt smolistymi barwami: na razie zmilczę o spójności moralnej tych uwag i skupię się na faktach. Nastawiony na zysk rozwój upraw, wiążący się ze znaczną migracją wewnętrzną, obok erozji więzi społecznych przyniósł jednak możność ucieczki przed przeludnieniem i przed głodem, który akurat w przedkolonialnej Birmie był dość częstym zjawiskiem, zwłaszcza wobec przymusowych rekwizycji na potrzeby armii (Brytyjczykom też się zdarzyło wywołać w podobny sposób podobną klęskę, ale tylko raz – bezpośrednio po podboju królestwa)[2]. Paternalizm wobec mniejszości oznaczał pewien ich empowering, na który niekoniecznie mogłyby one liczyć w niepodległym państwie (przykładem nieodległe kuomintangowskie Chiny); próba ujęcia bezliku miejscowych ludów i języków w karby statystyk cenzusowych niosła ze sobą pewne przemiany w ich tożsamości, czy jednak były to przemiany negatywne?
Właśnie kwestia birmańskich mniejszości etnicznych wiąże się z pewnym zasadniczym problemem tej pracy. Lubina – doszedłszy do wniosku, że owe nieprawdopodobnie zagmatwane zagadnienia rozsadziłyby ramy książki – poświęcił mniejszościom osobne dzieło[3], w tym zaś wspomina o nich marginesowo. Co prawda uczciwie przyznał to we wstępie, na dobrą jednak sprawę dopiero obie te książki razem (zresztą wiele fragmentów skopiowano z jednej do drugiej) dają pełnowartościowy obraz dziejów dwudziestowiecznej Birmy – a to już niekoniecznie musi przyjść czytelnikowi do głowy. Problematykę mniejszości przedstawiono tu bowiem w dość nieumiejętnym skrócie, który wynikł pewnie z pośpiechu, doprowadził jednakże do znacznych zafałszowań. Dla okresu 1945-1947 jest mowa o wspomnianej konferencji w Panglong, na której mniejszości (nie wszystkie) podpisały dokument stabilizujący ich pozycję w okresie po uzyskaniu niepodległości, ale nie ma mowy o wrzeniu, jakie równolegle ogarnęło te ludy. Wycięto też z narracji wszystkie pozytywne dla nich skutki rządów brytyjskich (jak autor słusznie zauważa – ale nie tu – kolonizatorzy wtrącali się w ich życie znacznie mniej niż Birmańczycy w czasach monarchii, o czasach junty nie mówiąc), zostawiając tylko negatywne.
W ogóle opis tych kwestii – w obu pracach – sprawia wrażenie, jakby autor chciał wylać za dużo pretensji naraz: i skrytykować Albion za to, że przekreślił tradycję Birmańczyków wrzucając ich na głęboką wodę rozumianej po kolonialnemu nowoczesności, i wypomnieć mu, że nie wtrącał się w wewnętrzne stosunki wśród mniejszości, gdzie zachowała się z tego względu przedkolonialna struktura społeczna, często feudalna (choć dodaje, iż same mniejszości były z tego raczej zadowolone). Plan nadania Birmie niepodległości zastrzeżonej na razie do obszarów zamieszkałych przez „etnicznych” Birmańczyków, którzy przedstawił w 1945 roku gubernator Dorman-Smith, Lubina kwituje stwierdzeniem, że twardogłowi imperialiści przespali „znaki czasu”; jako pozytywni bohaterowie figurują w jego wywodzie rząd premiera Attleego i lord Louis Mountbatten, którzy plan ten wyrzucili do kosza i w imię szybkiego porozumienia z birmańskimi nacjonalistami pozostawili im układanie się z mniejszościami etnicznymi. Jednocześnie zaledwie parę stron dalej Lubina beszta „perfidny Albion” za to, że wspomnianym mniejszościom – konkretnie Karenom – odmówił parę lat później poparcia, gdy ich partyzantka próbowała obalić rząd tychże nacjonalistów! Powojenny powrót brytyjskich władz kolonialnych do Birmy autor kwituje słowami „wciąż wydawało im się, że są pełnoprawnym rządem” by parę stron dalej przyznać, iż mniejszościom na ogół bliżej było do Albionu niż do birmańskich nacjonalistów, a co do stanowiących większość narodu birmańskiego chłopów, legitymacja niepodległego państwa „od początku była wśród nich na dramatycznie niskim poziomie” gdyż jego administracja co najmniej dorównywała uciążliwością kolonialnej. Wszystko dobre, byle wykazać, że imperialiści to samo zło; co tam konsekwencja.
Jak daleko prowadzi Lubinę ta droga, widać na stronie 78, gdzie znajdujemy pochwałę „urzędników, którzy okazali serce” i za drobny upominek pomagali chłopom uniknąć „niekorzystnej” dla nich kampanii szczepień wiejskich dzieci. Niezależnie od tego, czy ma to być obiektywny opis problemu, czy próba oddania jego wiejskiego wyobrażenia, refleksja i tak nie ma sensu. Jak by bowiem nie patrzeć, szczepienia działały, cokolwiek by postkolonialni badacze nie napisali – słusznie czy nie – o „kolonizacji ciała” oraz interpretacji sprzeciwu wobec kampanii szczepień jako odrzucenia obcej władzy[4].
Dochodzą do tego bardzo liczne analogie historyczne z Polską i Europą, czasem zaskakująco trafne, innym razem zdecydowanie dęte (królowa Bona jako analogia do kierującej polityką birmańską, ze skazywaniem na śmierć niepokornych włącznie, i całkowicie dominującej nad mężem Supayalat, małżonki króla Thibawa?) co zresztą sam Lubina z lubością zarzuca innym. Dochodzi wreszcie – to już uwaga nie tylko do autora, także do wydawnictwa – bezlik błędów i dziwolągów składniowych, niekiedy skutecznie utrudniających zrozumienie tekstu. Jako się rzekło, Lubina ewidentnie śpieszył się przy pisaniu.
Są to może uwagi złośliwe, ale w tym wypadku kierowałem się zasadą „jaka książka, taka recenzja”. Autor zaiste nie przepuszcza żadnej okazji, by dać szczutka w nos reprezentantom postaw przez niego nieakceptowanych – aż po zupełne drobiazgi. Gdy birmańscy nacjonaliści zarzucają (przed wojną) mniejszości kareńskiej „kolaboracjonizm” czego świadectwem ma być m. in. jej upodobanie do brytyjskich potraw, Lubina komentuje „tego ostatniego faktycznie nie sposób zrozumieć”. (Natomiast jako koneser whiskey zalicza nauczenie Birmańczyków jej produkcji do „najważniejszych zasług cywilizacyjnych, które Birma zawdzięcza Anglii” [s. 84] – zasługą drugą i ostatnią ma być wprowadzenie nad Irawadi piłki nożnej) Przykładów tego rodzaju są dosłownie dziesiątki. Książka jest dla Lubiny okazją, by porachować się ze wszystkimi jak leci, choćby nie mieli nic wspólnego z Birmą – np. z Komitetem Noblowskim za „kuriozalne” pokojowe Noble dla „takich wzorów moralnych jak Jaser Arafat i Michaił Gorbaczow” (s. 186).
No właśnie. Z uwagi na wielką wagę, jaką autor przywiązuje do moralnej oceny występujących w jego książce postaci i postaw, nie sposób uciec od tego tematu. Zresztą tu również idę za przykładem samego Lubiny: niedawno zaatakował on świetną pracę Łukasza Bonczola za stwierdzenie, iż niewątpliwy rozwój gospodarczy Indonezji pod rządami generała Suharto nie zmyje z niego grzechu krwawych represji (m. in. wobec Timorczyków) ani nie ukryje faktu, że po długiej dyktaturze przywróconą wreszcie liberalną demokrację rozsadza od środka polityczny islam[5]. Lubina grzmiał wówczas: „autora wyraźnie poniosły emocje i zawiodła dyscyplina”, „czytając te słowa odnoszę wrażenie, że w autorze rzetelność badacza momentami przegrywa z zapałem demokratycznego działacza”, „to jest praca naukowa, a nie manifest Amnesty International”, Bonczol „ryzykuje wpadnięcie w charakterystyczny dla wielu prawno-człowieczych aktywistów dogmatyzm godny Hegla” itd. W rzeczywistości pierwszy cytat pasuje raczej do Lubiny niż do Bonczola, a trzy następne – gdyby zamienić parę wyrazów – tak samo.
Zasadniczo Lubina przyjmuje wierność tradycji za istotniejsze kryterium ocen moralnych niż zachodnie koncepcje praw człowieka (zdając się przy tym podzielać niechęć lubianego przez siebie birmańskiego przywódcy narodowego Aung Sana do „nonsensów indywidualizmu”): nikt nie może mu zarzucić, że próbuje wyręczać Amnesty International. Gdy ostatni król Birmy Thibaw wstępując na tron dokonuje (a raczej nie tyle on, co jego wspomniana wyżej żona Supayalat) masakry krewnych jako ewentualnych konkurentów do władzy, Lubina zwraca uwagę, że w Birmie fakt ten nikogo nie bulwersował, a gniew kalkuckich gazet i brytyjskiej opinii publicznej podszyty był rasizmem. Natomiast gdy Brytyjczycy podbijają Birmę i wywożą Thibawa do portu wozem zaprzężonym w woły (zamiast królewskim palankinem), co gorsza zaś przeciągają stołecznymi ulicami truchło świętego dla miejscowych białego słonia, zostają porównani do starożytnych Hunów oraz armii sowieckiej ze względu na brak szacunku dla cudzej kultury. Można się żachnąć na takie zestawienie, ale autor jest tu przynajmniej konsekwentny: niedawną (z 2008 r.) pacyfikację demonstracji mnichów przez wojskową juntę kwituje oceną, że generałowie postąpili o wiele gorzej od kolonialistów, których wszak „obowiązywały inne wzorce kultury”.
Płomienna filipika przeciw negatywnemu skutkowi rządów kolonialnych, jakim było zniszczenie tradycyjnych społeczności wiejskich wynikające z urbanizacji, wprowadzenia nadzoru państwa nad wsią oraz kolonizacji nieuprawnych ziem, pomija fakt, że podobne procesy miały miejsce w ówczesnej Europie (może poza ostatnim): tamtejszych chłopów też bynajmniej nikt nie pytał, czy zgadzają się na podcinanie korzeni wiejskich wspólnot poprzez stworzenie jej członkom możności migracji do miast. W tym sensie wieśniak np. polski nie był w żadnym sensie – jak i birmański – podmiotem przemian tego rodzaju, a mogły mu one przynieść tak awans,...
Wirydarz