MATYLDA ROKEBY
Romans poetyczny
Waltera Skotta
przekład
Wandy Maleckiey
W Warszawie
Nakładem i Drukiem Jozefa Pukszty,
Przy Ulicy S. Janskiey No. 21.
1826. Za Pozwoleniem Cenzury Rządowey.
Tom I.
PIEŚŃ PIERWSZA.
I
Xiężyc nocy letniey iaśnieie w niebiosach, wiatry iednak wyuzdane dmą z gwałtownością;
toczące się bezprzestannie chmury zmieniaią co chwila oblicze gwiazdy nocney: blada iey
światłość zabłyska, i znika naprzemian po starożytnych murach warowni Barnardu i wodach
Teissy. — Podobny do snu dziwacznego co zgryzotą i boiaźnią zakłóca spoczynek
zbrodniarza, xiężyc się nagle iak wstyd zaczerwie- nia; niezadługo pałać się zdaie
posępmeyszym ogniem wstydu; cień ulatujących obłoków, ślizga się i przemiia iak mieniące
się kolory boiaźni. — Nakoniec niebiosa zdaią się ukrywać pod żałobną zasłoną, a xiężyc
niknie w ciemnościach iak rozpacz.
Straż wieży starożytney Baliola spogląda w milczeniu na migaiącą się światłość po
ocienionych brzegach Teissy; uważa nasuwaiące się od północy chmury i słucha iak krople
deszczu szeleszczą spadaiąc po szczytach i basztach warowni, drży na szumne dęcia wiatrów
i obwiia się w składy obszernego płaszcza.
II.
Wieże zamku Barnardu, których cienie ruchome drżą na ubiegaiącey wodzie mieszkaniem
są woiownika, którego serce pełne zmieszanych uczuć niepokoiu i obawy, podobne iest do
fantastycznego nieładu sklepienia niebios.
Nim sen ukołysał zmysły dzikiego Oswalda, długo leżał bezsennie na łożu szukaiąc
daremnie oddalić czarnych myśli roie — Nareszcie sen wysłuchuie prośby iego lecz wiedzie
za sobą długi ciąg wspomnień zbyt prawdziwych, a zniemi uroionych widziadeł, które w
naydziwacznieyszym nieporządku przeszłość i przyszłość z sobą w iedno skupiają —
Sumienie wyprzedzaiąc lata wyrzuca iuż woiownikowi zbrodnię bezużyteczną, i przywołuie
furye zbroyne wężami i mściwym sztyletem — Częste wzdrygnienia nieszczęsney ich ofiary,
dowodzą iak straszliwe ią szarpią męczarnie i ukazuią iakiego spoczynku kosztuie zbrodniarz
na łożu swoim samotnym. —
III.
Taiemny niepokóy duszy Oswalda, maluie na się iego twarzy w wyrazach ulotnych, ale
nie mniey straszliwych iak cienie chmur czarnych na wodach Teissy. Lice iego raz płoną
szkarłatem nagiego wstydu, to znowu ogniem wezbraney w ciekłości, a wówczas drżąca ręka
uśpionego woiownika zdaie się chwytać miecz albo sztylet — Po chwili z uciśnionych piersi
wydziera się ciężkie westchnienie, łza urasza na w pół rozwartą powiekę, a śmiertelna bladość
czoła dokończa świadczyć iaka go boleść pożera.
Nagle targanie konwulsyjne krew ścina lodem w iego żyłach, a ust skośnienie, groźby na
wpół wymowione świadczą że zgroza nastąpi- ła po lalach. Ostatnie to wzdrygnienie
przerywa sen Oswalda i budzi go raptownie..
IV.
Budzi się i nieśmie więcey zamknąć oczu w obawie snu również straszliwego. Gasnącą
roznieca lampę, słucha odgłosu spiży zwiastuiącey godziny, nocnego krzyku puszczyka i
tęsknego wiatrów ięczenia.
„Słyszy niekiedy pieśń, woienną którą strażnik, na wieży nuci, aby nmilić długie
czuwania godziny, i zazdrości. losu biednego żołnierza któren gdy dzień zaświta póydzie
kosztować na lichey łfomie, slod-
kiego snu dzieciństwa, którego żadne niezakłócą niepokoić. —
V.
Daleki tentent czwalnego biegu rumaka, obiia się o ucho Oswalda; porywa się złoża
natychmiast; zemsta to i przestrach tylko rozróżnić mu dozwoliły łoskot, któren żadnego
ieszcze nieobudził echa — Ale się łoskot spiesznie przybliża, Oswald słyszy głos strażnika
zapytuiący rycerza, szczęk łańcuchów oznaymia że spuszczono most zwodzony, słychać iuż
głosy na dziedzieńcu, i pochodnie poprzedzaią gościa spieszącego do komnaty pana zamku.
„Ważne wieści o woynie — wołaią” iest to postanie przybywaiący z pośpiechem —
Pomięszany Oswald udaną przybiera spokoyność, i w krótkich odzywa się wyrazach —
„Przynieść posiłków i wina, rozniecić przygasły ogień ogniska w prowadzić przybyłego
rycerza, i zostawić nas samych”. — VI.
Nieznaiomy znużonym wchodzi krokiem; upływaiąca kita szyszaku twarz mu zakrywa,
szata zbawoley skóry mnogiemi fałdy obwiia postać iego wyniosłą. — Zaledwie odpowiadać
raczy, uprzedzającym grzecznościom Oswalda, lecz pogardliwym uśmiechem poznać daie, że
spostrzega i gardzi podstępem pana zamku, któren tak ustawił pochodnią, aby iey światłość
padaiąc na twarz przybylca, dozwalała badać iego weyrzenia, a zasłaniała własne —
Nieznaiomy zrzuca ciężką skórę bawolą, a połysk światła odbiia się o pancerz iego stalowy
— Zdeymuie hełm, otrząsa rosę która z wilgotniła pióra, zrzuca rękawice, zawiesza że przy
iskrzącym się ognisku, nareszcie zasiada przy zastawionym dla niego stole. Niewznosząc
niczyiego zdrowia, bez ukłonu, bez. naymnieyszego wyrazu dworności, pełne wychyla
puhary, i zaspakaia głód swóy pożeraiący, tak mało na wszystko baczny, iak wilk zgłodniały
co łup swóy rozdziera. —
VII.
Pan zamkowy, przygląda się iemu z niecierpliwością i obawą iak spokoynie pożywa
swoią biesiadą, a wino którym się napawa przydaie dumy iego czołu. Niekiedy Oswald
odchodzi na stronę, niekiedy wielkiemi kroki przybiega komnatę, niemogąc ukryć, dręczącey
go niespokoyności, i przeklina każdę chwilę odwłoki; lecz w krótce widzi ze drzeniem
ukończoną tę długą biesiadę, zdaie mu się że służba iego zbyt skorą była na rozkaz, aby ich
samych zostawić znieznaiomym od którego chciałby iednak nayry chley wybadać wieści
które przynosi — Milczenie iego okazuie iak serce walczy między boiaźnią i wstydem.
VIII.
Widok nieznaiomego godnie usprawiedliwia obawę i podeyrzenia. Wpływ pałaiącego
nieba i długie trudy wyprzedziły na iego twarzy niszczące ślady czasu: czoło iego w bruzdy
poorane, rzadkie włosy skronie mu przykrywaią, i te iuż ubielone szronem siwizny; ale widać
ieszcze w nim to, co same tylko lata zgładzić zdołaią, dumę uśmiechu, ogień spóyrzenia,
wyraz ust co pogardę, znaczy, oraz oko straszliwe i groźne — Nigdy usta iego niebładły,
nigdy łza nieprzyćmiła w iego oku owego surowego płomienia, któren wznieca boiaźń i
boleść wyzywa — Oswoiony zniebezpieczeństwem pod kształty rozlicznemi, widział śmierć
grożącą mu w nawalniach i ziemi” trzęsieniach, w krwawych bitwach, w wolnych tortur
męczarniach, na murach sturmem zdobytych warowni, i wlochach podziemnych; a zawsze z
pogardą: na nią spoglądał.
IX.
Chociaż, dziki Bert ram bez wzruszenia biegnie na niebezpieczeństwa i na przelew krwi
poglądaj więcey iednak niż spokoyną odwagę wyraża to czoło ogorzałe i te twarde zarysy
twarzy; występne namiętności wyryły na nich ślad swóy niezgładzony — To wszystko co
wdziękiem ozdabia błędy młodości wesołość i gwałtowne radości wylanie, znikły z
porannemi latami Bertrama, a występne nasiona pozostały w nim ogołocone z swych kwiatów
— Gdyby niwa co te nasiona żywiła w wiośnie swego życia, w udziele dostała
dobrodzieystwo łagodney uprawy, mnieyby gorżkie pewnie wydala owoce — Serce Bertrama
moie nigdy tkliwych nieznałoby uczuć, lecz iego rozrzutność zmienionąby została w
dobroczynnośc, nienasycona żądza złota którego pragnął tylko aby rozpraszać, zapomnianąby
została dla żądzy sławy, a pycha iego bez granic cnotę wzięłaby za przewodnika.
X.
Niedbaiący na wyrzuty sumienia splamiony występkami podłemi i rozboiem, Bertram
posiada iednak duszę wyniosłą, zdolną wznieść się do czynów szlachetnych i samą siebie
przewyższyć — Występca mniey dumny, serce mniey śmiałe pomimowolnie drżało na iego
weyrzenie straszliwe. Uczuł to Oswald gdy probował lubo napróżno zręcznemi wybiegi
zmusić swoiego gościa, aby bez poprzędniczego pytania sam pożądaną obiawił wiadomość —
To co usta iego wy rażaią, zbyt iest dalekim, od tego co serce zaymuie. Bertrana nieraczy
zważać na tayny iego niepokóy, i ciągle mu w krótkich i pośpiesznych odpowiada wyrazach;
lub sam daleko zbaczaiąc od głównego przedmiotu, w dziwacznych gubi się opowiadaniach,
aby zmusić pomieszanego woiownika do zapytania szczerego, na któreby w prost odpowiedź
mógł usłyszeć. — XI.
Dość długo Oswald rozprawiał dobru publicznym, o prawach, kościele... Lecz pogardliwy
uśmiech Bertrarna z musił go odmienić tok rozmowy — „Stoczonoż bitwę? — spytał
nakoniec nieśmiele — żołnierz taki iak Bertram, którego dzieła w dalekich krainach stawa
rozgłasza nigdy nieopuści!’ towarzyszów broni dniem przed walką, zawsze pozostał pod
swoią chorągwią dopóki zwycięztwo nieskłoniło się na którą stronę — Jakto odpowie rycerz
— gdy ty sam Oswaldzie Wilkliff spokoynie kosztuiesz spoczynku w swych wieżach
warownych oblany wodami Teissy, dziwicze się będziesz, gdy inni przychodzą podzielić
twoie schronienie, żegnaią pole bitwy, kędy niebezpieczeństwa, trudy, i śmierć są iedyne
owoce które woyna do mowa zebrać dozwala? — Ach Bertramie mówmy bez szyderstwa:
wiadomo nam iż nieprzyiaciel zbliżał się aby przerwać prace woysk naszych północnych
obozujących pod Yorku wałami, tyś przy walecznym był Fairfaxie, niemogłeś więc uniknąć
walki... Jakiżiey skutek ?...
XII.
„Chcesz opisu bitwy ? dogodzę, twemu żądaniu... Hufce nasze spotkały się na
płaszczyznach Marstonu; trąby groźnemi zagrzmiały odgłosy: w oczach naszych woiowników
nayszlachetnieysza błyska odwaga — obu stron straszliwe powstaię okrzyki: iedni wołaią
Bóg i dobra sprawa! drudzy; Bóg i król! Tak prawi Anglicy strony obie na- cieraią na siebie,
niespodziewaiąc się żadney nagrody męztwa, a pewni że wszystko zarazem mogą utracić —
„Smiać bym się powinien gdybym miał czas potemu z zaślepienia tych dzikich żołnierzy
walczących za ‘Rzeczpospolitę lub za króla — Jedni dla próżnego marzenia szczęścia
powszechnego, inni dla błachych zaszczytów i chwały nieszczędząc krwi i życia, aby zarobić
na imię męczennika lub syna Oyczyzny — Gdyby Bertram wodzem był tych hufców
walecznych, nieszukałbym w fanatycznym uprzedzeniu Eldoradu w niebie — Gdybym był
ich wodzeni do Chili przeniosłbym woynę — Lima otworzyłaby mi swoie srebrne bramy, i
zwycięzcą wszedłbym do bogatego Mexyku, łupiąc skarby Peruańskie dopókiby sława Pizara
i Korteza niezgasła przed sła- wą Bertrama. — Przyiacielu kiedyż przestaniesz oddalać się od
przedmiotu któren ranie iedynie zaymuie, powiedz, powiedz prędzey; iak się bóy zakończył.
XIII.
— Ty wisz ia wtedy iaśnieię, gdy Marsowa zabrzmi trąba., lub przy wesołey biesiadzie;
chociaż żadna piękność nieukochała, dotąd ni serca, ni twarzy posępney Bertrama. Lecz
kończę moie opowiadanie — Bitwa porównać by się mogła, do pasowania się dwóch wód
wezbranych, gdy Orenoka w swym dumnym gniewie zamiast nieść Oceanowi w hołdzie swe
wody, woynę mu wyddaie, tocząc współzawodnicze morze w iego bałwany — W zburzone
fale z rykiem się podnoszą, rzucaiąc aż w niebiosa swo- ie piany — Blednieje sternik i na
próżno szuka rozróżnić wody słone od wałów nieuchamowaney rzeki — Tak roty się nasze
zmieszały na krwią zbroczoney płaszczyznie, długo zwycięztwo chwiało się niepewne, aż
póki Rupert straszliwy, nieuderzył na nas z dzielnym orszakiem walecznych swoich żołnierzy
odpieraiąc hufce. Rzeczypospolitey mimo ich religiiey odwagi — Coż ci więcey powiem?
Nieład szyki nasze miesza; ‘wodzowie utracaią życie — tysiące woiowników którzy na głos
swoich kapłanów opuścili własne domy, aby upokorzyć króla i duchowieństwo, leżą bez
życia rozciągnięci na piasku; zbroczeni potomkami krwi własney, nie ubliżą więcey ni berłu
ni ołtarzom — Taki był stan walki gdym odiechał. — XIV.
— „Wiadomości okropna! zawołał Wilkliff: a rospacz udaiąc pochyla głowę, na łonie;
lecz dzika radość iaśnieie w iego oczach i boleść udaną zaprzecza. — Wiadomości okropna!...
powiedziałeś że wodzowie nasi wówczas utracili życie gdy pomoc ich była
naypotrzebnieyszą? Dokończ tey nieszczęsney powieści, i powiedz którzy padli w tym dniu
okropnym; iacy szlachetni wodzowie, śmiercią okupili nieśmiertelną sławę ? — Jeśli tak
skończył móy nieprzyiaciel naysroższy, łzy moie naiego padną grobowiec zbyt słusznie
uczczony.. Jakto! nic nieodpowiadasz?... Przyiacielu wiesz kto znaszego woyska celem był
wszystkiey moiey nienawiści, ten na któregoś ty sam bez gniewu niemógł spoglądać. —
Pocóż mnie w niepewności o los iego zostawiać ?
Bertram bez wzruszenia odpowiada. — „Chceszli wiedzić o losie przyiaciela lub wroga,
spytay mnie po prostu, i bez wybiegów, a usłyszysz szczerą odpowiedź żołnierza; nieumiem
ciemnych wyiaśniac pytań ani tłómaczyć zagadek;
XV.
Gniew któren podstęp i boiaźń stłumiły, wybucha nakoniec w sercu Wilkliffa, a śmiałość
nikczemnego żołnierza, budzi w nim całą pychę starożytnego lodu.
— „Nędzniku! krzyknie — spełniłżeś twoie krwawe poselstwo? Filip Mortam żyież
ieszcze? Zdradziłeś twego wodza lub przysięgę? Mów dotrzymałżeś daney mi obie-
tnicy zgładzić Mortama w zamieszaniu walki? — „Na te słowa zrywa się woiownik a
chwytaiąc rękę, Oswalda, tak ią silnie ściska iż się ? krwią broczy, iak gdyby iego prawica
zbroyna była żelazną rękawicą. — „Piię za twoie zdrowie” — rzecze do niego — a
wychylaiąc puhar z uśmiechem, puszcza rękę Wilkliffa.
— „Teraz Oswaldzie wykryi twoie serce i mów ze mną otwarcie! Niebyłżebyś ty godzien,
gdyby nie podłe twoie obawy wieść błędne życie Korsarza? Coż cię sprawiedliwa obchodzi
sprawa, ieśli skarby i włości Mortama twoim zostaną udziałem? Cóż cię obchodzi! wzięcie
Yorku, ieśli ręka moia waleczna spełniła twoie rozkazy? Mato cię obchodzić powinno ie
Fairfax, i naymężnieysi wodzowie zbroczyli krwią swoią płaszczyznę Mar- stonu, ieśli Filip
Mortam obok nich ducha wyzionął. — Siaday więc, i bądźmy odtąd iak towarzysze broni, co
spełniaią puhary po zwycięztwie, opowiadaiąc sobie czyny, na które drżą dzieci i kobiety. —
Siaday opowiem ci śmieie Filipa.
XVI.
Gdy uyrzysz że kiedykolwiek, zemstę zaniedbam, nazwiy mnie wtedy nędznikiem, iceń
iak słabego wroga; ieśli wybaczę zniewagę, powiedz żem podły niewolnik, i żyi sam bez
obawy! Filip Mortam był zliczby tych których Bertram Risingham niepryiaciołmi zowie; lub
raczey zliczby tych zdrayców, których zemsta moia nie/błagana ściga, skoro zarobili na imie
niewdzięcznych przyiaciół. Podług zwyczaiu nim zaczęto walkę, Mor- tara przebiegał szyki
swoich woiowników z przyłbicą odkrytą. — Widziałem iak smutek w oczach się iego
malował, kiedy rozpoznał w woysku królewskim, sztandar swoiego krewnego Rokeby —
„Tak rzekł — naywiernieysi rozłączaią się przyiaciele” — Na te słowa wspomniałem sobie
dni owe, gdyśmy tak często sami, niepewne przechylali zwycięztwo, gdy serce Bertrama
tarczą było Filipa.
Przypomniałem sobie iak wdzikich Dawienu pustyniach, gdzie śmierć się unosi na
skrzydłach wiatrów wieczornych, rozciągałem płaszcz iedyny nad moim przyiacielem, sam
wystawiaiąc się bez zachrony na rosę iadowitą, — Myśliłem o skałach Gwaryany, gdy
uciekaiąc znaszey nawy skołataney, na wybrzeże konaiącęgo Mortama zaniosłem, pomimo
wściekłości wałów, ze mną o tup walczących. Tam gdy strzała Indyiska utkwiła w iego łonie,
nielękałem się własnemi usty wysięknąć truciznę z iego rany; wszystkie te myśli ogarnęły
mnie razem, iak wezbrane fale potoku, i zaledwie nieuniosły wszystkich zemsty zamysłów.
XVII.
Serca nie są z kamienia, a kamień się kruszy; serca nie są z żelaza, a żelazo powolne iest
ręce co go nagina. A kiedy iak dawniey, Mortam rzekł do mnie, ażebym nieodstępował iego
boku w czasie bitwy, wówczas zaledwie widziałem las ruchomy włoczniów, słyszałem
zaledwie trąb odgłosy; w niepewności i pomieszaniu pogrążone maiąc serce, zapominałem
prawie o toczyć się maiącey walce. — Wówczas to przypomniałem sobie, ie złudzony próżną
obietnicą podzielenia iego grodu i skarbów, wróciłem na brzegi nasze rodzinne. Lecz Pan na
Mortamie oddalił się od przyiaciela odważnego, któren z nim razem walczył; próżne uroienia,
boiaźni zabobonne zasmuciły lata iego ostatnie; podstępni fanatycy opanowali zbyt łatwą do
uwiedzenia ofiarę, potępiając wszystkie czyny, wszystkie myśli duszy niegdyś nazbyt
śmiałey. — Zmuszony byłem wówczas innego szukać schronienia gdyż moie samowolne
czyny, w zamku iego za zbrodnię uwalano iako siedlisku mądrości. — Błąkałem się iak
wywołaniec, niezdolny ani pola uprawiać, ani żyć z pracy rąk własnych: stałem się iak ostrze
zadrzewiałey włoczni, zarazem nieużyteczne i zdradliwe. — Kobiety lękały się moiego
śmiałego weyrzenia, spokoyny ziemianin drżał na moy widok, kupiec przestraszony
błyskawicą mych oczu, z pośpiechem zamykał swoie szkatuły, skoro uyrzał Bertrama:
wszystkie podłe dzieci spoczynku oddalały się od opuszczonego syna woyny.
XVIII
Ale nakoniec domowe niezgody hasło wydały, a woienne moie rzemiosło, stało. się
rzemiosłem wszystkich stanów. — Przywołany od Mortama, wróciłem prowadzić iego
poddanych na boie. — I iakaż moiey gorliwości nagroda? Niemogłem się pobożnością
poszczycić, ni świętych umiałem odmawiać pacierzy; tamci wszystkie otrzymali łaski, a ia
zniesławiony i pogardzony dostałem tylko w u- dziele wybór szczęśliwy, biedz naprzeciw
śmierci.... — Niecierpliwe twoie poruszenia dowodzą mi, że wszystko co opowiadam, dawno
tobie wiadome: lecz słuchay mnie z uwagą, honor bowiem powtarzać mi każe, wszystkie
okoliczności, które poprzedziły smutny los Mortama.
XIX.
Myśli które zwolna z ust się wysuwała, przebiegaią w sercu z szybkością błyskawicy. —
Zaledwiem ostrogami spiął mego rumaka,. a iuż się wszystkie moie niepewności ukończyły;
nim się szyki naszę zmieszały iuż zapadł wyrok na Mortama. — Nieodstępowałem go w
zamieszaniu walki. Zwycięztwo iak dzień wiośniany długo było niestałe aż podobny do
wezbranego potoku, któren zgwałtownością tamy rozrywa, Rupert wpadł na woiowników
naszych. — Wówczas wśrod wrzawy, dymu, i nieładu, gdy każden walczył aby własne ocalić
życie, wymierzyłem moią strzelbę, i Mortam upadł wraz ze swoim rumakiem — podniósł w
niebo konaiące oczy, które ieszcze gniew i boleść wyrażały — ostatnie to było iego
spoyrzenie.
Niemyśl abym się zatrymywał do końca bitwy, ieszczem się niemógł wydobyć z tłumu
walczących, a iuź rycerstwo nasze było rozproszone zupełnie. — Dowiedziałem się w
Monkton, że Szkoci nagłym opanowani przestrachem, zwrócili się nazad ku północy,
przeklinając dzień w którym Lesley przebył wody Twedu. — Jednak zaledwiern przybył na
brzegi Swali, inne iuż wieści nadbiegły: waleczny Kromwell, mówiono, odmienił los bitwy na
czele swey iazdy; lecz prawdzi- wa czy zmyślona wieść ta, równie iest oboiętną dla Bertratna,
iak i dla Oswalda.
XX.
Wilkliff bacznie się ukrywał, aby niewydać, ile pychę iego obrażała mowa pełna
zuchwalstwa iego współwinowaycy, któren śmiał iemu równym się okazać. Z udaną więc
mówił do niego słodyczą i dwornością; przysięgając mu przyiaźń. i wdzięczność dozgonną;
lecz Bertram przerwał mu te wszystkie oświadczenia.
Oswaldzie — rzekł — nie sądź ażebym tu pozostał — zaledwie ieśli doczekam iutrzenki;
nauczony doświadczeniem moiey młodości, niedowierzam. przysięgom współwinowaycy. —
Doliny ziemi moiey rodzinney powtarzała ieszcze smu- tne śpiewy Percy-Reeda którego do
zguby przywiódł zdradziecki Grizonfild. — Często na posępnych Pryngli nadbrzeżach,
postrzega pasterz widmo iego krwawe. — Mamże ci wspomnieć o posągu owego łowca,
dziele starożytnego snycerza, na któren z przestrachem spogladaią w mieyscu, które mi imie
swoie udzieliło, przy warowni Risingham, tam gdzie Reeda skrapia chaty i drzewa wieśniacze
Woodburnu. — Posag ten wyobraża Olbrzyma siły nadzwyczayney; kołczan ma
przewieszony na ramieniu, i krótką szatę. — Idź spytay się iak zginął ten śmiały łowiec, ten
wódz nieulękniony naszych dolin; i starzec i dziecie zarówno ci opowiedzą iż stał się ofiarą
zdrady braterskiey; nauczony powieściami dni moich młodzieńczych, raz ci ieszcze
powtarzam, myślisz, ii uwierzę twoim przysięgom?
XXI.
Gdyśmy po raz ostatni umawiali się z sobą, o razie któren ręka y moia zadać miała,
niceśmy nie ułożyli, ani się zgodzili iak podzielić bogactwa Mortama. Ja ci powiem, iak
odmienne nasze prawa któremi się rządziemy, dozwolą nam ten podział uskutecznić. Ty
...
sikanda66