Ian McEvan - Sobota (do korekty).doc

(1261 KB) Pobierz
Daj przykład

 

 

Daj przykład. Och, powiedzmy, co znaczy być człowiekiem. W mieście, w konkretnym stuleciu, w stanie przejściowym, w masie. Człowiekiem przeobrażonym przez naukę. Pod zorganizowaną władzą. Poddanym skomplikowanemu systemowi kontroli. W warunkach stworzonych przez mechanizację. Po niedawnym bankructwie radykalnych nadziei. W społeczeństwie, które nie jest społecznością i dewaluuje jednostkę. W wyniku uwielokrotnienia się siły mas, przez co jednostka traci znaczenie. Które wydaje wojskowe miliardy na zewnętrznych wrogów, ale nie chce płacić za porządek w domu. Które pozwala na dzikość i barbarzyństwo w swoich wielkich miastach. Z drugiej strony nacisk ludzkich milionów, które przekonały się, co może uczynić zgodny wysiłek i myśl. Jak megatony wody, kształtujące organizmy na dnie oceanu. Jak wiatry niwelujące pagórki. Piękne supermaszyny, otwierające nowe perspektywy życia dla niezliczonych rzesz ludzkości. Czy mógłbym im wszystkim odmówić prawa do istnienia? Czy mógłbym od nich żądać, żeby harowały i były głodne, gdy tymczasem ja rozkoszowałbym się cudownymi staroświeckimi wartościami? Ty, ty sam jesteś dzieckiem tych mas i bratem całej reszty. Albo inaczej niewdzięcznikiem, dyletantem, idiotą. A skoro pytasz o przykład, mój Herzogu, pomyślał Herzog, tak to wygląda.

Saul Bellow, Herzog, 1964,

tłumaczyła Krystyna Tarnowska 2

 

1

Na kilka godzin przed świtem Henry Perowne, neurochirurg, budzi się i uświadamia sobie, że jest już w ruchu, że siada, ściąga z siebie kołdrę i wstaje. Nie jest dla niego jasne i nie wydaje się ważne, kiedy się dokładnie ocknął. Nie zdarzyło mu się to nigdy wcześniej, lecz nie jest zaniepokojony ani nawet zaskoczony, ponieważ porusza się z łatwością i sprawia mu to przyjemność, a w jego plecach i nogach drzemie niezwykła siła. Stojąc nago przy łóżku zawsze śpi nago jest świadom swojego wzrostu, słyszy cierpliwy oddech żony i czuje na skórze powiew chłodnego powietrza. To również jest przyjemne uczucie. Na zegarze przy łóżku jest trzecia czterdzieści. Nie ma pojęcia, dlaczego wstał; nie chce się załatwić i nie dręczył go żaden sen, wydarzenia poprzedniego dnia ani nawet sytuacja świata. Stojąc tam w mroku, ma wrażenie, że powstał z nicości, w pełni uformowany i niekrępowany. Mimo późnej godziny i harówki ostatnich dni nie czuje się zmęczony, jego umysłu nie zaprząta żaden z ostatnich przypadków. Jest czujny, niczym niezaabsorbowany i dziwnie podekscytowany. Nie podejmując żadnej świadomej decyzji, bez żadnego powodu rusza w stronę najbliższego z trzech okien sypialni i stąpając, doświadcza takiej lekkości i swobody, że od razu budzi się w nim podejrzenie, że śni albo lunatykuje. Gdyby tak rzeczywiście było, sprawiłoby mu to zawód. Sny go nie interesują; świadomość, że to dzieje się naprawdę, wydaje się bardziej obiecująca. I jest całkowicie sobą, nie ma co do tego wątpliwości, wie, że się obudził; zdolność odróżniania snu od jawy, uświadomienie sobie, gdzie przebiega granica, jest istotą zdrowia psychicznego.

Sypialnia jest duża i niezagracona. Kiedy sunie przez nią z niemal komiczną łatwością, przez chwilę zasmuca go myśl, że to doznanie zaraz się skończy, lecz potem przestaje o tym myśleć. Zatrzymuje się przy środkowym oknie i ostrożnie, żeby nie zbudzić Rosalind, otwiera wysokie, składane w harmonijkę drewniane okiennice. To z jego strony przejaw zarówno egoizmu, jak i troski. Nie chce, by pytała go, co robi jaką mógłby dać odpowiedź i dlaczego miałby psuć urok chwili, żeby się nad tym zastanawiać? Rozkłada drugą okiennicę i otwiera cicho okno. Jest od niego znacznie wyższe, lecz sunie lekko w górę, pociągane przez ukryty ołowiany ciężarek. Owiewa go lutowe powietrze i dostaje gęsiej skórki, ale chłód wcale mu nie dokucza. Z drugiego piętra obserwuje noc, spowite lodowatym białym światłem miasto i stojące trzydzieści stóp niżej czarne włócznie ogrodzenia. Jest jeden albo dwa stopnie mrozu i powietrze zdaje się czyste. Światło ulicznej latarni nie przysłoniło do końca gwiazd; nad fasadą w stylu regencji po drugiej stronie placu, na południowym niebie wiszą okruchy konstelacji. Ta konkretna fasada jest rekonstrukcją, imitacją w czasie wojny Fitzrovia ucierpiała od nalotów Luftwaffe. Tuż za nią stoi wieża urzędu pocztowego, municypalna i obskurna w dzień, lecz w nocy w połowie skryta za innymi budynkami i przyzwoicie iluminowana, przywołująca na myśl bardziej optymistyczną, waleczną epokę.

A jaką teraz mamy epokę? Wprawiającą w konsternację i trwożną, uważa na ogół Perowne, kiedy odrywa się od cotygodniowej rutyny, by się nad tym zastanowić. Ale teraz tak nie sądzi. Pochylając się do przodu i przenosząc ciężar ciała na wsparte o parapet dłonie, napawa się pustką i klarownością sceny. Jego wzrok zawsze dobry wyraźnie się wyostrza. Widzi mikę lśniącą w płytach chodnikowych zamkniętego dla ruchu kołowego placu, gołębie odchody, które z daleka i na mrozie zastygają niemal w coś pięknego, podobnego do płatków śniegu. Podoba mu się symetria czarnych słupków z kutego żelaza, ich jeszcze ciemniejszych cieni oraz siatki brukowanych rynsztoków. Przepełnione kosze na śmieci kojarzą się bardziej z obfitością niż brudem. Stojące wokół okrągłych skwerów puste ławki zdają się spokojnie czekać na dzienne rojowisko wylęgające w porze lunchu pogodne rzesze pracowników biurowych, poważnych, pilnych chłopców z hinduskiego hostelu, pogrążonych w cichym zachwycie lub kryzysie kochanków, pojawiających się o zmierzchu narkotykowych dealerów i upośledzoną starszą panią, która wydaje dzikie, niesamowite wrzaski, całymi godzinami krzycząc „odejdź!” i skrzecząc chrapliwie niczym jakiś bagienny ptak albo zwierzę z zoo.

Stojąc tam, odporny na chłód niczym marmurowy posąg, i patrząc w stronę Charlotte Street oraz skróconego w perspektywie natłoku fasad, rusztowań i pochyłych dachów, Henry dochodzi do wniosku, że miasto jest sukcesem, genialnym wynalazkiem, biologicznym arcydziełem miliony istot rojących się niczym nad rafą koralową wokół nakładających się warstwami wielowiekowych osiągnięć, na ogół harmonijnie śpiące, pracujące i zażywające rozrywki, pragnące w znakomitej większości, żeby to funkcjonowało. I przy zachowaniu odpowiednich proporcji własny triumfalny zakątek Perowne'a; idealny plac wytyczony przez Roberta Adama wokół idealnie okrągłego ogrodu uwspółcześnione, osiemnastowieczne marzenie, z góry skąpane w świetle ulicznych latarni, z dołu oplecione światłowodami, płynącą rurami zimną świeżą wodą oraz odprowadzanymi i natychmiast zapominanymi ściekami.

Stały obserwator własnych nastrojów, Perowne zastanawia się nad tą przedłużającą się, wypaczającą rzeczywistość euforią. Może kiedy spał, gdzieś na poziomie molekularnym doszło do chemicznego wypadku czegoś podobnego do rozlania się drinków na tacy który skłonił receptory dopaminowe do zainicjowania miłej kaskady międzykomórkowych zdarzeń; może to perspektywa soboty bądź też paradoksalny wynik skrajnego zmęczenia. To prawda, zakończył ten tydzień kompletnie skonany. Wrócił do pustego domu i położył się w wannie z książką, zadowolony, że nie musi z nikim rozmawiać. To jego oczytana, nazbyt oczytana, córka Daisy przysłała mu biografię Darwina, mającą coś wspólnego z powieścią Conrada, którą powinien przeczytać i do której jeszcze się nie zabrał morskie podróże, bez względu na to, jak moralnie doniosłe, raczej go nie interesują. Już od kilku lat Daisy walczy z jego, jak to określa, zdumiewającą ignorancją, wypełniając luki w literackiej edukacji ojca i karcąc go za brak smaku i wrażliwości. Ma rację idąc bezpośrednio ze szkoły na akademię medyczną, harując później jak niewolnik na stażu i godząc totalne zaabsorbowanie neurochirurgią z ojcowskimi obowiązkami, przez piętnaście lat nie tknął chyba ani jednej niemedycznej książki. Z drugiej strony uważa, że obejrzał tyle śmierci, strachu, odwagi i cierpienia, że starczyłoby tego na pół tuzina literatur. Mimo to godzi się na jej listy lektur to sposób na zachowanie z nią kontaktu w okresie, gdy Daisy oddala się od rodziny i staje nieznaną kobietą na podparyskim przedmieściu; dziś wieczorem po raz pierwszy od sześciu miesięcy odwiedzi dom to kolejny powód jego euforii.

Ma zaległości w lekturze. Kontrolując jednym palcem dopływ ciepłej wody, nieuważnie czytał o pośpiechu, z jakim Darwin kończył O powstawaniu gatunków, o ostatnich stronach tego dzieła, poprawianych w późniejszych wydaniach. Jednocześnie słuchał wiadomości radiowych. Flegmatyczny pan Blix ponownie zwrócił się do ONZ panuje powszechne wrażenie, że podważył argumenty zwolenników wojny. Po chwili, przekonany, że niczego nie zrozumiał, Perowne wyłączył radio, przerzucił z powrotem kartki i zaczął czytać od początku. Ta biografia budziła w nim chwilami przyjemną nostalgię za zieloną, poczciwą Anglią; kiedy indziej przygnębiał go fakt, że można zawrzeć na kilkuset stronach całe życie zamknąć je w słoikach niczym domowej roboty czarni. Jak łatwo czyjaś egzystencja, z jej ambicjami, rodziną i przyjaciółmi, wszystkimi rzeczami, które się ceni i posiada, może kompletnie wyparować. Wyciągnął się potem na łóżku, zastanawiając się, co zje na kolację, i to ostatnia rzecz, którą zapamiętał. Rosalind musiała go przykryć po powrocie z pracy. Na pewno dała mu całusa. Czterdziestoośmiolatek zmożony snem o wpół do dziesiątej w piątkowy wieczór oto jak wygląda życie współczesnego profesjonalisty. Pracuje ciężko, wszyscy dookoła też ciężko pracują, a w tym tygodniu musiał dać z siebie więcej z powodu panującej wśród personelu szpitalnego epidemii grypy listę operacji miał dwa razy dłuższą niż zwykle.

Dzięki odpowiedniej synchronizacji i zastępstwom był w stanie przeprowadzić poważny zabieg na jednej sali operacyjnej, nadzorować starszego stażystę na drugiej oraz wykonać pomniejsze procedury na trzeciej. W swoim zespole ma obecnie dwóch neurochirurgów w trakcie specjalizacji Sally Madden, która jest już niemal wyszkolona i można na niej polegać, oraz kończącego drugi rok stażu Rodneya Browne'a z Gujany, utalentowanego, pracowitego, lecz niezbyt pewnego siebie. Anestezjolog Perowne'a, Jay Strauss, ma własną asystentkę Gitę Syal. Przez trzy dni Perowne wraz z Rodneyem kursowali między trzema salami stukot jego drewniaków po wypastowanej podłodze korytarzy oraz skrzypienie i zgrzytanie różnych wahadłowych drzwi brzmiały niczym jakiś orkiestralny akompaniament. Piątek był typowy. Podczas gdy Sally zszywała pacjenta, Perowne zajrzał do sąsiedniej sali, aby ulżyć starszej pani cierpiącej na bolesną neuralgię nerwu trójdzielnego. Te drobne zabiegi sprawiają mu satysfakcję lubi być szybki i dokładny. Przesunął palcem wskazującym w rękawiczce po podniebieniu pacjentki, aby wymacać drogę, a potem, prawie nie patrząc na wzmacniacz obrazu, wbił długą igłę w policzek, docierając aż do zwoju trójdzielnego. Jay przeszedł do nich z sąsiedniej sali, aby popatrzeć, jak Gita wybudza pacjentkę na krótko z narkozy. Elektryczna stymulacja czubka igły wywołała mrowienie w jej twarzy i kiedy sennym głosem potwierdziła, że pozycja jest prawidłowa Perowne trafił za pierwszym razem została ponownie uśpiona, a nerw przypieczony metodą termokoagulacji. Ta subtelna sztuczka miała wyeliminować ból, pozostawiając zdolność odczuwania lekkiego dotyku wszystko zdołali wykonać w piętnaście minut, kładąc kres trzyletniej udręce ostrego przeszywającego bólu.

Następnie zaklipsował tętniaka tętnicy środkowej mózgu jest w tej dziedzinie chyba prawdziwym mistrzem i wykonał biopsję guza umiejscowionego we wzgórzu, w regionie, gdzie nie można operować. Pacjentem był dwudziestoośmioletni zawodowy tenisista, cierpiący już teraz na ostre zaniki pamięci. Wysuwając igłę z głębi mózgu, od razu dostrzegł, że tkanka jest nienormalna. Nie pokładał dużych nadziei w radioalbo chemoterapii. Z laboratorium nadeszło słowne potwierdzenie i po południu tego samego dnia Perowne przekazał wiadomość rodzicom młodego człowieka.

Następną operacją była kraniotomia w celu wycięcia oponiaka u pięćdziesięciotrzyletniej kobiety, dyrektorki szkoły podstawowej. Guz, umiejscowiony nad ośrodkiem motorycznym i ostro zdefiniowany, odchodził gładko pod ostrzem dyssektora Rhotona zabieg zakończył się całkowitym sukcesem. Sally zamknęła czaszkę, a Perowne przeszedł do sąsiedniej sali, aby wykonać wielopoziomową laminektomię lędźwiową u otyłego czterdziestoczteroletniego mężczyzny, ogrodnika pracującego w Hyde Parku. Przed odsłonięciem kręgów musiał przebić się przez cztery cale podskórnego tłuszczu, a mężczyzna nie ułatwiał mu zadania, trzęsąc się na stole jak galareta za każdym razem, gdy Perowne naciskał go, żeby naciąć kość.

Dla starego znajomego z laryngologii otworzył następnie kanał słuchowy u siedemnastoletniego chłopca dziwne, jak ci laryngolodzy boją się sami odnajdywać trudne dojścia. Wykroił duży prostokątny kawałek kości nad uchem, co zajęło mu grubo ponad godzinę i irytowało Jaya Straussa, który chciał zająć się przypadkami z ich własnej listy. Na koniec guz został odsłonięty i leżał pod operacyjnym mikroskopem mały przedsionkowy osłoniak położony zaledwie trzy milimetry od ślimaka. Zostawiając jego wycięcie koledze, Perowne pospiesznie wyszedł do drugiego małego zabiegu, który tym razem kosztował go trochę nerwów hałaśliwa młoda kobieta o roszczeniowej postawie chciała, by przeniesiono jej stymulator rdzeniowy z tyłu na przód. Zaledwie miesiąc wcześniej zmienił jego położenie, kiedy skarżyła się, że utrudnia jej siadanie. Teraz twierdziła, że stymulator nie pozwala jej leżeć. Wykonał długie nacięcie brzucha i stracił dużo cennego czasu, nurzając się w niej po łokcie i szukając przewodu baterii. Był przekonany, że niebawem znowu do nich zawita.

Na lunch zjadł fabrycznie zapakowaną kanapkę z tuńczykiem i ogórkiem i popił ją butelką wody mineralnej.

W zatłoczonej kafeterii, w której woń grzanek i pizzy z mikrofalówki przypomina mu zawsze zapachy unoszące się nad stołem operacyjnym w trakcie poważnego zabiegu, dosiadł się do Heather, lubianej przez wszystkich pani ze wschodniego Londynu, która sprząta sale operacyjne między zabiegami. Opowiedziała mu o swoim zięciu, którego aresztowano za włamanie z bronią w ręku po omyłkowym rozpoznaniu podczas policyjnej konfrontacji. Zięć miał jednak żelazne alibi w czasie gdy popełniono przestępstwo, był u dentysty, który usuwał mu ząb mądrości. Gdzie indziej rozmawiano głównie o epidemii grypy tego ranka odesłano do domu jedną z instrumentariuszek i odbywającą szkolenie pielęgniarkę pooperacyjną, która pracuje dla Jaya Straussa. Po piętnastu minutach Perowne zagonił swój zespół z powrotem do roboty. Podczas gdy Sally wierciła w sąsiedniej sali dziurę w czaszce starszego mężczyzny, emerytowanego kontrolera parkingowego, aby odbarczyć ucisk spowodowany wewnętrznym krwawieniem przewlekłym krwiakiem podtwardówkowym Perowne skorzystał z najnowszego osiągnięcia techniki operacyjnej, komputerowego systemu śledzenia obrazu, aby wykonać kraniotomię i usunąć glęjaka prawego płata czołowego. Następnie pozwolił Rodneyowi wywiercić kolejną dziurę nad krwiakiem podtwardówkowym.

Kulminacją wczorajszego planu operacji było usunięcie gwiaździaka włosowatokomórkowego u czternastoletniej Nigeryjki mieszkającej w Brixton u swojej ciotki i wuja, pastora Kościoła anglikańskiego. Do guza można było najlepiej dotrzeć od tyłu głowy, przez dojście podnamiotowe nad móżdżkiem. Znieczulona pacjentka powinna znajdować się w pozycji siedzącej. To z kolei przysporzyło problemów Jayowi Straussowi, ponieważ trzeba się było liczyć z możliwością dostania się powietrza do żyły i zatoru. Andrea Chapman była kłopotliwą pacjentką i kłopotliwą siostrzenicą. Przybyła do Anglii w wieku dwunastu lat zgnębiony pastor i jego żona pokazali Perowne'owi fotografię uśmiechającej się nieśmiało dziewczynki w sukience i z kokardami we włosach. Jakieś cechy, które tkwiły w niej głęboko uśpione na wsi na północy Nigerii, ujawniły się, kiedy zaczęła chodzić do miejscowej szkoły w Brixton. Polubiła muzykę, modę, sposób mówienia i wartości ulicy. Jest zupełnie nieodpowiedzialna, przyznał pastor, kiedy jego żona pomagała Andrei zadomowić się na oddziale. Dziewczyna brała narkotyki, upijała się, kradła w sklepach, chodziła na wagary, nienawidziła autorytetów i klęła jak szewc. Czy to nie dlatego, że guz uciska jakąś część jej mózgu?

Perowne nie potrafił zaoferować tego rodzaju pociechy. Guz leżał daleko od płatów czołowych, głęboko w robaku móżdżka. Andrea cierpiała już na poranne bóle głowy, mroczki i ataksję niezborność ruchów. Te symptomy nie rozproszyły jej podejrzeń, że choroba stanowi fragment spisku uknutego przez wujostwo, szpital, szkołę i policję w celu ukrócenia jej nocnych hulanek. Już po kilku godzinach pokłóciła się z pielęgniarkami, siostrą oddziałową i pewną starszą pacjentką, która oświadczyła, że nie będzie tolerować wulgarnego języka. Również Perowne miał kłopoty, próbując wyjaśnić, co ją czeka. Nawet kiedy Andrea nie była pobudzona, nawijała niczym raper w MTV, zataczając kręgi opuszczonymi w dół dłońmi, wygładzając nimi powietrze w przygotowaniu na jedną z własnych burz. Podziwiał jednak jej temperament, idealne zęby i czysty różowy język chlastający formowane przez siebie słowa. Nawet wrzeszcząc w ataku furii, uśmiechała się radośnie, jakby rozbawiona tym, że tyle rzeczy uchodzi jej na sucho. Dopiero Jay Strauss, Amerykanin odznaczający się serdecznością L«b£zt50&^dniością, na które nie stać nikogo w tym anafęłsfcim szlpukiu, postawił ją do pionu.

Operacja Andrei trwała pięć godzin i udała się. Umieszczono ją w pozycji siedzącej i unieruchomiono głowę przyśrubowanym do ramy stabilizatorem. Otwarcie czaszki z tyłu wymagało wielkiej ostrożności, ponieważ tuż pod spodem biegną naczynia krwionośne. Rodney pochylał się z boku Perowne'a, przepłukując wiercony obszar i przyżegając krwawienie za pomocą dwubiegunowej diatermii. Na szczęście przy tym podejściu nie ma nigdy dużo krwi. W końcu ujrzeli przed sobą odsłonięte tentorium namiot piękną delikatną bladą strukturę, podobną do welonu wirującej tancerki, gdzie zbiega się i na powrót dzieli opona twarda. Pod nią znajduje się móżdżek. Dokonując ostrożnych nacięć, Perowne pozwolił, by grawitacja sama ściągnęła go w dół niepotrzebne były retraktory i można było zajrzeć głęboko, tam gdzie leżała szyszynka oraz wystająca z niej rozległa czerwona masa guza. Gwiaździak był dobrze uformowany i tylko częściowo naciekał otaczającą tkankę. Perowne był w stanie usunąć go prawie w całości, nie uszkadzając żadnego ważnego rejonu.

Pozwolił Rodneyowi spędzić kilka minut przy mikroskopie i ssaku i dał mu zaszyć cięcie. Opatrunek wykonał samodzielnie i wychodząc w końcu z bloku, nie czuł się w ogóle zmęczony. Operowanie nigdy go nie męczy zajęty tym, co dzieje się w obrębie bloku operacyjnego i jego ustalonych procedur, zaabsorbowany obrazami na ekranie operacyjnego mikroskopu, krocząc korytarzem tam, gdzie go oczekują, doświadcza ponadludzkiej zdolności do pracy, niemal jej łaknie.

Co do reszty tygodnia, dwa poranne dyżury w przychodni nie były bardziej absorbujące niż zwykle. Perowne jest zbyt doświadczony, by poruszały go różne nieszczęścia, z którymi się spotyka. Nie męczą go również obchody i konieczność zasiadania we wszelakich komisjach. Znużyła go papierkowa robota, którą musiał wykonać w piątkowe popołudnie zaległości w skierowaniach i odpowiedziach na skierowania, streszczenia na dwie konferencje, listy do kolegów i wydawców, niedokończona recenzja, odpowiedź na inicjatywy dyrekcji oraz rządowe zmiany w strukturze fundacji, a także kolejne korekty technik nauczania. Trzeba na nowo przeanalizować zawsze trzeba analizować na nowo szpitalny plan postępowania w sytuacjach awaryjnych. Zwykłe katastrofy kolejowe nie wyczerpują już listy tego, co należy przewidzieć, a słowa takie jak kataklizm, masowe ofiary, broń chemiczna i biologiczna i atak na wielką skalę zużyły się przez częste powtarzanie. W ostatnim roku był świadkiem powstawania nowych komisji i podkomisji, a także linii dowodzenia, które przekraczały szpitalne i medyczne hierarchie, sięgając odległych państwowych instytucji, do gabinetu ministra spraw wewnętrznych włącznie.

Perowne dyktował monotonnym głosem, a potem, kiedy sekretarka poszła do domu, pisał długo sam w swoim przegrzanym, ciasnym gabinecie na trzecim piętrze szpitala. Wstrzymywał go nietypowy brak weny. Jest dumny z tempa, w jakim pisze, i ze swego lakonicznego, suchego stylu. Nigdy nie potrzebuje długiego namysłu pisanie i komponowanie to dla niego jedno. Teraz zacinał się. I chociaż władał dobrze profesjonalnym żargonem to jego druga natura pisanie szło mu żmudnie. Poszczególne słowa kojarzyły się z nieporęcznymi przedmiotami rowerami, leżakami, wieszakami na płaszcze o które się potykał. Układał zdanie w głowie, a potem gubił je na kartce albo zapędzał się w gramatyczną matnię i musiał z niej karkołomnie wychodzić. Nie przerwał, żeby się zastanowić, czy ta nieporadność jest przyczyną, czy może konsekwencją jego zmęczenia. Jest uparty i zrobił wszystko, co było do zrobienia. O ósmej wieczorem skończył pisać ostatni z wielu e-maili i wstał od biurka, przy którym ślęczał od czwartej. 15

 

Wychodząc, zajrzał do swoich pacjentów na oddziale intensywnej opieki. Nie było żadnych problemów, stan Andrei był dobry spała i jej parametry życiowe były dobre. Niespełna półtorej godziny później był w domu, i on także już spał.

Dwie postaci w ciemnych płaszczach przecinają na ukos plac, kierując się w stronę Cleveland Street i stukając nierówno obcasami to z pewnością pielęgniarki wracające do domu, choć o tej porze nie schodzi się na ogół z dyżuru. Nie rozmawiają ze sobą i mimo że nie wyrównały kroku, idą tuż obok, stykając się niemal ramionami, w siostrzany, intymny sposób. Przechodzą dokładnie pod nim, zataczają ćwierć okręgu wokół ogrodów i zaczynają się oddalać. Jest coś wzruszającego w unoszących się nad ich głowami kłębach oddechów, zupełnie jakby bawiły się w parowozy. Dochodzą do końca placu, a on, mając nad nimi przewagę wysokości, nie tylko je obserwuje, lecz w swoim dziwnym nastroju czuwa nad nimi, nadzoruje ich wędrówkę z odległą zaborczością Boga. W martwym chłodzie nocy przemierzają ulicę, małe, gorące biologiczne maszyny, wyposażone w dwunożny aparat dostosowany do każdego rodzaju terenu i rozgałęziające się, niezliczone sieci nerwowe, zatopione głęboko w wysłanej włóknami kostnej obudowie, z ich żarzącą się niewidoczną poświatą świadomości maszyny, które same wytyczają sobie tory.

Perowne stoi przy oknie już kilka minut, euforia mija i zaczyna drżeć z zimna. W otoczonych wysokim parkanem ogrodach lekki szron okrywa trawę w sztucznie ukształtowanych nieckach i na wzniesieniach za szpalerem platanów. Perowne obserwuje karetkę, która skręca z wyłączoną syreną i migającym na dachu światłem w Charlotte Street i dodając ostro gazu, kieruje się na południe, prawdopodobnie w stronę Sono. Odwraca się od okna, by sięgnąć po leżący na krześle gruby wełniany szlafrok. W tym samym momencie uświadamia sobie, że gdzieś na peryferiach jego widzenia, na placu lub pośród drzew, pojawił się nowy element, jasny, lecz bezbarwny, rozmazany dlatego, że poruszył głową. Nie odwraca się jednak natychmiast z powrotem. Jest mu zimno i chce włożyć szlafrok. Bierze go, wsuwa dłoń w jeden rękaw i dopiero odnalazłszy drugi i zawiązawszy pasek, podchodzi ponownie do okna.

Nie od razu rozumie to, co widzi, chociaż tak mu się wydaje. W pierwszym momencie, zaciekawiony i poruszony, sądzi, że to zjawisko na skalę planetarną; płonący na niebie nad Londynem meteor, przemieszczający się z lewej ku prawej, nisko na horyzoncie, ale daleko nad najwyższymi budynkami. Meteory poruszają się jednak z pewnością szybciej i są podobne do szpilek. Widzi sieje w rozbłysku, tuż zanim strawi je ogień. Natomiast ta rzecz porusza się powoli, majestatycznie. Perowne zmienia szybko perspektywę, dostosowując ją do skali systemu słonecznego: ten obiekt znajduje się nie w odległości setek, lecz milionów mil, daleko w kosmosie, obiegając bez końca Słońce. To kometa zabarwiona na żółto, ze znajomym jasnym jądrem, które wlecze za sobą ognisty płaszcz. Obserwował kiedyś kometę Hale-Boppa z Rosalind i dziećmi, stojąc na trawiastym pagórku w Krainie Jezior, i ponownie ogarnia go fala wdzięczności za możność ujrzenia czegoś naprawdę bezosobowego, wykraczającego poza ziemskie granice. To, co widzi teraz, jest jaśniejsze, szybsze i jeszcze bardziej imponujące, dlatego że niespodziewane. Musieli przegapić relacje w mediach. Za ciężko pracują. Chciałby obudzić Rosalind wie, że ten widok wprawi ją w zachwyt ale nie jest pewien, czy kometa nie zniknie, nim ona podejdzie do okna. Wtedy on również jej nie zobaczy. A jednak rzecz jest zbyt niezwykła, by podziwiać ją w samotności. 17

 

Idąc w stronę łóżka, słyszy nagle niski łoskot, łagodny, wzbierający na sile grzmot. Staje w miejscu i nasłuchuje. Teraz wie już wszystko. Ogląda się przez ramię, szukając potwierdzenia. Komety są oczywiście tak daleko, że wydają się stacjonarne. Przerażony wraca na swój posterunek przy oknie. Dźwięk nie słabnie ani na chwilę, a on ponownie redukuje skalę, tym razem oddalając się od gwiezdnego pyłu i lodu ku zjawiskom lokalnym. Od chwili gdy ujrzał na niebie ten ogień, minęły zaledwie trzy albo cztery sekundy, a zmienił już o nim zdanie dwa razy. Wędruje trasą, którą on sam przemierzał w życiu wiele razy, wykonując w tym czasie szereg rutynowych czynności: prostując fotel, przestawiając zegarek, odkładając gazety, zawsze ciekaw, czy uda mu się zlokalizować własny dom pośród tego olbrzymiego, niemal pięknego, pomarańczowo-szarego skupiska; ze wschodu na zachód, wzdłuż południowego brzegu Tamizy, na wysokości dwóch tysięcy stóp, podchodząc do lądowania na Heathrow.

Samolot leci teraz dokładnie na południe od niego, w odległości zaledwie mili. Wkrótce minie korony najwyższych pozbawionych liści platanów, a później wieżę urzędu pocztowego, na poziomie najniższych mikrofalowych anten. Mimo wiszącej nad miastem łuny nie widać jego konturów. Pożar musiał wybuchnąć na bliższym skrzydle, przy spojeniu z kadłubem, bądź też w jednym z podwieszonych niżej silników. Spłaszczona biała kula ognia stanowi szpicę żółtoczerwonego stożka, mniej przypominającego autentyczny meteor lub kometę, a bardziej ich dramatyczne, artystyczne wyobrażenie. Reflektory lądowania migają regularnie, jakby udawały, że wszystko jest w porządku. Ale ton pracy silnika nie pozostawia żadnych wątpliwości. Przez głęboki, przepastny ryk przebija się coraz wyraźniej wysilony, przerywany, potępieńczy jazgot ...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin